Wczoraj porobiłam niezbędne zakupy: mleko i trochę warzyw i owoców. Dobrze, że mi się już chce. Jenak nie byłam w stanie nic napisać. Po prostu na kanapę i spać. Dużo śpię. Dziś o 04:30 budzi mnie bardzo bolesny skurcz w nodze. No trudno, trzeba wstać, dojść do łazienki i dać nogę pod bardzo ciepły strumień wody. Pomaga. Zasypiam.
Bardzo zaniedbałam mieszkanie. Staram się powolutku jakoś sobie z tym radzić – codziennie zrobić coś choćby niewielkiego. Dzisiaj idę do apteki po gazę do zrobienia serka. Idę potem na spacer – taki koło domu, ale coraz już dłuższy. Pogoda jest piękna. Jest cieplutko. Idę zatem na sąsiednie podwórko – trochę dalej od domu. Siadam na ławeczce pod dębem. Powietrze pachnie tak cudnie. Trafiam na ptasią awanturę w koronach drzew. Piękną okolicę dał mi Bóg do zamieszkania.
Wracam do domu. Szybko przygotowuję sobie skromniutki obiadek. Porcyjka mała, ale pożywna: mięso kurze, kilka ziemniaków, kilka różyczek brokuł. Chwytam jeszcze za robótkę. Niewiele jeszcze robię: czasem po kilka rządków, czasem po kilka oczek. Ale ważne, że już się chce. Morzy mnie sen. Kładę się. Zasypiam. Mam cudowny sen: jest w nim moja Mama. Nie wiedzę Jej, ni nie słyszę, ale wiem, że jest. Wokół cudna pogoda, jasno, błękity i zielenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze mile widziane.