Wspomnień czar

sobota, 29 sierpnia 2020

Niestety nie zdążyłam dzisiaj na wiele punktów wydarzenia „Imieniny Jana Kochanowskiego”. Impreza ta powtarzana jest co roku niezmiennie w Ogrodzie Krasińskich przy gmachu Pałacu Krasińskich - głównej siedziby Biblioteki Narodowej. Każdego roku ktoś inny jest jej głównym bohaterem. W ubiegłym roku był nim Zbigniew Herbert, w tym natomiast pisarz i publicysta – Leopold Tyrmand. Tyle się o nim mówi, a ja zupełnie nie znam jego twórczości. Miałam nadzieję dzisiaj się z nią choć trochę zapoznać. No cóż, dopadł mnie dokuczliwy ból żołądka. Poleżawszy trochę jednak się zmuszam do wstania. Nie będąc w stanie dzisiaj nic zupełnie sobie ugotować ruszam do pobliskiej restauracji. Posilam się i ruszam. Upały definitywnie odeszły już do przeszłości. Dojeżdżam na miejsce. Biblioteka tak cudnie dziś wygląda przybrana odświętnie, jak na imieniny przystało. W takim miejscu w tym szczególnie dniu nie ma pośpiechu, niegrzeczności, zniecierpliwienia. Ochrona super grzeczna. Powiem więcej. MIŁA. Wszystko pokażą, wskażą, zaprowadzą. Przy wejściu oczywiście trzeba zakryć nos i usta, odkazić ręce. Półprzyłbicę zakładam, ręce odkażam. Na stronie wydarzenia było jeszcze napisane, żeby zaopatrzyć się w oświadczenie o stanie zdrowia, w którym należy poza informacją, że jest się zdrowym – podać jeszcze swoje imię i nazwisko i numer telefonu. Prawdę mówiąc wydaje mi się to trochę kuriozalne. Oświadczenia nie wydrukowałam i nie wypełniłam. Przy wejściu nikt się mnie o to nie pyta. Dochodzę do namiotu, z którego dobiegają dźwięki muzyki. Spotykam Stanisławę Celińską, której piosenek tak lubię słuchać. Zakładam moją półprzyłbicę, podchodzę do niej, mówię jej „Pani Stanisławo, dziękuję Pani za to, że Pani po prostu jest”. Uśmiecha się i odpowiada „I ja pani dziękuję, że Pani jest :)”. Rozmawiamy chwileczkę. To jest prawdziwa dama (nie mylić z damulką). Zdjęcia nie oddają jej całej urody – wzbogaconej jej osobowością. Woda sodowa bynajmniej jej do głowy nie uderzyła. Nie zrobiłam jej zdjęcia ani nie poprosiłam ją o pozowanie ze mną. Nie chciałam jej potraktować jak zwierzę w ZOO, które wszyscy fotografują. To spotkanie – tak przypadkowe – i tak poniosę w sercu zawsze. Zajmuję miejsce przed namiotem z estradą. Zaczyna się koncert. Czteroosobowy zespół wykonuje swoje aranżacje „Pieśni o Sobótce”. Nie jest to mój styl, ale jednak daje mi ta muzyka sporo wytchnienia, a poza tym cieszy mnie, że tacy młodzi ludzie chcą coś takiego robić, że – mówiąc językiem Wyspiańskiego – chce im się chcieć. Posiedziałabym dłużej, ale niestety ból żołądka powraca. Wracam więc do domu. Jutro miałam iść do przyjaciółki i potem na Plac Grzybowski na koncert finałowy zamykający Festiwal Warszawa Singera, a tu proszę – w radio zapowiadają burze i grad. Zatem szykuje się dzień w domu, dzień nic nie muszenia, dzień z kotkiem, robieniem serków i robótek, i - aha - czytania. nie martwienia się i – mam nadzieję – bez sensacji.

Poniżej parę migawek z naprawdę cudownego wieczoru. 

Katedra Polowa Wojska Polskiego

Biblioteka Narodowa

Biblioteka Narodowa

Biblioteka Narodowa

Biblioteka Narodowa

Biblioteka Narodowa

środa, 26 sierpnia 2020


Dwa dni temu – spotkanie z Ilonką - kuzynką. To rodzina ze strony mojej Mamy – z Wileńszczyzny. Boże, jaką moc czasem ma facebook – oczywiście sensownie wykorzystany. Spotkanie po tylu latach :) Przecież ja ją ostatni raz widziałam jak na rękach ją jeszcze nosiłam :) Reszty dnia nawet nie pamiętam, wszystko przyćmiła Ilonka :) Chrzanimy covidy i wszystko :)

Wczoraj dzień w większości w domu. Radio bombarduje wiadomościami o wirusie, o zachorowaniach, o wyzdrowieniach, o nowych ogniskach. Namawiają usilnie, żeby zaszczepić się przeciwko grypie. Nigdy w życiu się przeciwko grypie nie szczepiłam. Pytam koleżankę - rehabilitantkę – co radzi. Nie radzi i nie odradza. Tłumaczy tylko, że wirus grypy się mutuje i ona się nigdy nie szczepiła. No, to mam odpowiedź na moje pytanie. Nie boję się wirusa. Boję się, co te pajace jeszcze wymyślą, czy nie zaczną nas zmuszać do szczepienia się na covid.

Niebo dziś jest tak piękne, choć groźne. Zmienia się z minuty na minutę. Mam z niego piękną zaokienną firankę, nie potrzebuję żadnej innej. Dzień dzisiejszy taki sobie, żadnych wielkich wzlotów, żadnych porażek. Od miesiąca już mam sprawy uregulowane, śpię zatem i budzę się spokojnie. Dobrze jest mieć taki komfort psychiczny. Mam iść po moją tygodniową dawkę mleka, co krowę widziało. Wychodzę z domu. Nic z tego. Wiatr wieje taki, że omal mnie nie zmiata z powierzchni ziemi. Pojawiają się znów zawroty głowy. Jest pora obiadowa, idę więc do pobliskiej restauracyjki. Przy takich zawrotach nie będę ryzykowała stania przy kuchni. Chociaż – nie powiem – wypróbowałam dziś przepis z czasopisma Kuk Buk – z warzywami z patelni. Trochę zamula to danie żołądek. W restauracyjce – dobrze mi znanej – posilam się i ciut odpoczywam siedząc jeszcze przy stole na powietrzu, póki można. Wietrzysko ustaje, moje zawroty głowy również. Biorę więc swojego „mercedesa” na dwóch kółkach, ruszam po to mleko, przy okazji będzie dzienna dawka spaceru. Przy okazji wstępuję do pobliskiej pasmanterii. Jest już mój kordonek. Super, będzie serweta świąteczna – bożonarodzeniowa. Trochę mi zabrakło kordonka. Dowiaduję się, że panią z pasmanterii również dzisiaj dręczą zawroty głowy. Odbieram swoje mleko. Będzie kolejny serek.

W domu jest tak dobrze pomimo tymczasowego bałaganu. Rzeczy jesienne i zimowe powyciągane, jedne się wietrzą, jedne w praniu, kolejne czekają na pranie. Trzeba kupić bagienko przeciwko molom, lawendę do kosza, w którym trzymam pościel. Trzeba będzie już pomyśleć o jakiejś gablocie na tę piękną porcelanę po Mamie, a raczej na jej resztki, bo wytłukła mi część firma przewozowa Achilles, która przeprowadzała mnie do Warszawy. No i o jesiennym obuwiu trzeba już też pomyśleć. Nie dać się przeziębieniom ani grypie.

Dzwoni do mnie mój przyjaciel, którego poznałam na widowni programu "Tomasz Lis na Żywo". Mody to chłopak i biedny. Wcześnie stracił matkę, która go sama wychowywała. Nie ma nikogo. I tak przylgnął do mnie jak do matki, a ja - nie mając dzieci mam w nim niby syna. Piękna to przyjaźń. Nie znał mojej mamy ale przyszedł na jej pogrzeb. W kościele posadziłam go w miejscach dla rodziny. Jest w tej chwili w Częstochowie. Chciał wiedzieć, czy może zamówić za moją Mamę mszę wieczystą na Jasnej Górze. Wzruszył mnie tym do głębi. Oczywiście, że się zgodziłam. Oddam mu pieniążki.


© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

niedziela, 23 sierpnia 2020

Dzień mija jakoś tak… byle jak. Wczoraj nigdzie nie wyszłam, cały dzień w domu.

Dzień mija jakoś tak… byle jak. Wczoraj nigdzie nie wyszłam, cały dzień w domu. Dzisiaj wyjść trzeba. Planowałam iść do przyjaciółki, ale jakoś tak zbyt leniwie wszystko idzie. Jest po prostu niedziela, czyli niby nic nie muszę, ale chyba przesadziłam dziś lekko. Spokojnie sobie dziergam kolejny kwadracik do mojej bożonarodzeniowej serwety. Na szczęście wychodzę już ze swoich kłopotów i zrobiłam to zupełnie sama. No, może nie zupełnie sama, bo przecież pochyla się nade mną moja wileńska Matuchna Ostrobramska i czuwają moi Rodzice. Jadę tylko dzisiaj jeszcze do Teatru Żydowskiego po program Festiwalu Warszawa Singera. Od lat jestem ich wolontariuszką. Zawsze program był dość pokaźny, teraz zaś jest to cieniutka broszurka. I tym razem bez nas – wolontariuszy. Większość imprez w tym roku jest biletowanych, a jeżeli wstęp wolny to trzeba potwierdzić swoją obecność. Potwierdzić swojej nie zdążyłam, bo czas był do piątku. No cóż, ograniczenia pandemiczne. Ech, nic się nie stanie. Postoję sobie, bo chcę zobaczyć parę rzeczy. Po wyjściu z Teatru wstępuję do kawiarni na Senatorskiej. Zamawiam herbatkę i ciasto marchewkowe. Wieczór jest taki piękny. Światła Warszawy tak cudnie świecą na tle ciemniejącego już nieba. Czekam na przystanku na tramwaj. Przede mną Galeria Porczyńskich – obecnie Jana Pawła II. Obok niej – Urząd Miasta. To tu w styczniu 2019 wpisywałam się do księgi kondolencyjnej po śmierci Pawła Adamowicza. Byłam przez dwa lata Gdańszczanką i to miasto odcisnęło trwały ślad w moim sercu. Poznałam tu wielu ciekawych ludzi, którzy wywarli bardzo pozytywny wpływ na moje życie, zawarłam kilka pięknych przyjaźni.
Jest wieczór. Na dworze wręcz zimno. Cichutko gra radyjko. Duduś leży na mojej walizce od laptopa. Wydziergam jeszcze jeden kwadracik, i idę spać.

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

sobota, 22 sierpnia 2020

Przez parę dni nic nie pisałam.

Przez parę dni nic nie pisałam. Przesadziłam trochę z posiadówką na ławeczce. Trochę zmarzłam. Na drugi dzień drapanie w gardle. Miałam pojechać do przyjaciółki zawieźć jej mleko i bochenek naszego bielańskiego chleba. Wolałam jednak zwolnić trochę tempa, tym bardziej, że mamy to, co mamy.
Wczoraj napisała do mnie koleżanka. Też została „pięknie” potraktowana przez przychodnię „Cepelek” - tym razem na Koszykowej. Pomimo, że miała umówioną wizytę – nie została wpuszczona przez ochronę, bo nie miała maseczki ani przyłbicy. Co za tumany jakieś teraz kierują przychodniami. Czy mają w dupie rozporządzenie z 19 czerwca obowiązujące jeszcze do września, że osoby mające problemy ze zdrowiem są zwolnione z obowiązku noszenia maseczki i nie jest wymagane zaświadczenie lekarskie? Czy nie wiedzą, że przyłbica powoduje refleksy, co nie jest wskazane osobom, które albo noszą okulary, albo są po operacji oczu? Odszedł minister Szumowski, po nim nastąpił ktoś, kto nawet nie jest lekarzem. Boję się nie wirusa, ale tego, że znów nas pozamykają w domach, że nie będzie wolno nawet wyjść na krótki spacer, że znów zacznę opadać z sił i padnie mi psychika.
Nie czułam się najlepiej ani przedwczoraj, ani wczoraj. Mierzyłam temperaturę – książkowa: 36,6. Trochę się zmusiłam do prac domowych, wykonując je jednak stopniowo, po trochu, a więc: przepierki, wietrzenie ubrań, przegląd papierów, gazet. Będę musiała kupić nowe obuwie jesienne i zimowe.
Dziś już samopoczucie lepsze. Z domu wprawdzie nie wyszłam dziś z powodu upału, ale juto – jeżeli upał zelżeje choć trochę – jadę do Teatru Żydowskiego po program Festiwalu.

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

środa, 19 sierpnia 2020

Wczoraj odpoczywałam po nieprzyjemnościach dnia przedwczorajszego. Z tego wszystkiego zgubiłam gdzieś swoją półprzyłbicę. Po rozmowie z przyjaciółką okazuje się, że ona też nie może nosić ani maseczki ani przyłbicy. Przyjaciółka jest teraz bardzo zajęta, bo we wrześniu wraca do swojego miasta rodzinnego. Szkoda. Było nas trzy, obchodziłyśmy razem n urodziny każdej z nas – od lat w tej samej kafejce. Fajne są takie tradycje :) No cóż, trzeba będzie rozpocząć nową. Wszystko się zmienia.
Pora już robić przegląd swoich rzeczy. Odzież jesienną i zimową trzeba przewietrzyć, obuwie dać do przeglądu. W tym właśnie celu jadę dziś do szewca poleconego mi w jednej z bielańskich grup. Już parę butów dałam mu do naprawy. Dziś – spojrzawszy na moje jesienne boty – powiedział od razu uczciwie, że naprawianie ich będzie mnie więcej kosztowało, niż kupno nowych. No cóż, pojadę we właściwym czasie do dwóch znanych mi sklepów, gdzie można kupić obuwie o numer mniejsze od kajaka, bo taki mam właśnie rozmiar stopy.
Wstępuję do pasmanterii. Mają fajny koronek – złoty. W sam raz do mojej bożonarodzeniowej zielono-czerwonej serwety. Robię ją już długo, ale w końcu zrobię. Kupiony dziś kordonek zwijam – jak każdy – w kulkę. Wolę go tak, niż na szpuli, bo zajmuje o wiele mniej miejsca. Dzięki tego rodzaju zajęciom między innymi jeszcze nie zwariowałam przez to, co nas teraz otacza. A i w domu trzeba coś niecoś porobić, tym bardziej, że z powodu gorszego conieco samopoczucia i faktu, że szybciej się męczę – trochę dom zaniedbałam. Metodą małych kroczków zatem robię po trochu. Przez tę cholerną pandemię Festiwal Warszawa Singera (festiwal kultury żydowskiej) będzie się odbywał z mniejszym rozmachem. Nie będą potrzebowali wolontariuszy. Szkoda. Od lat byłam jego częścią. No nic, pójdę jako widz. I tak zresztą z powodu zdrowia mogłabym uczestniczyć jako wolontariusz w jednym, najwyżej dwóch wydarzeniach.
Mamy dziś środę. Jak co tydzień – odbieram swoją porcję mleka, „co krowę widziało”. Znów będzie z niego serek, znów jednak muszę się podzielić z kiciusiem, który już je zwąchał i już nie daje mi spokoju. Nalewam mu trochę do miseczki. Kochany kocina pije, aż mu się jego półtora uszka trzęsie. Tak. Ma półtora uszka, bo pewnie jak był jeszcze bezdomny – zadarł z innymi kotami. A zakapior to on jest, oj jest. Nalałam mu kiedyś do miseczki mleka kupionego w sklepie. Powąchał, spojrzał na mnie jakby mówił „Sama to pij”. Po pojutrze dostanie trochę serwatki. Znów uszka się zatrzęsą. Pani w sklepie już bez pytania zapisuje mnie na następny tydzień. Już nawet pamięta moje nazwisko. Miłe to. Wstępuję do pizzerii tuż obok. Dziewczyny od razu wiedzą, że poproszę o sok pomarańczowy świeżo wyciskany.
Wracam do siebie. Siadam jeszcze na ławeczce, żeby nacieszyć się pięknem wieczoru. Dosiada się sąsiadka. Chce pogadać :) Jest fajnie. Tak jakby tej cholernej pandemii nie było.
Słucham nocnej audycji Polskiego Radia na temat obecnej sytuacji. Nie podają dokładnych informacji.
Jutro – jeżeli nie będzie burzy – wio na moją Saską Kępę, gdzie się wychowałam i za którą jednak tęsknię. Zawiozę przyjaciółce z lat szkolnych butelkę tego wspaniałego mleka. A jeżeli deszcz albo burza – siedzę w domu, czytam, piszę, szydełkuję, rysuję albo maluję.
Aha, półprzyłbicę zrobiłam sobie sama drugą. Maseczki ani całej przyłbicy nosić nie powinnam z uwagi na zdrowie i na oczy.

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

17 sierpnia 2020
Dzisiaj Niepandemiczna jest jednak trochę pandemiczna. Nie chce się dzisiaj nigdzie wychodzić, a jednak trzeba. Mam sprawę do załatwienia z gazownią. Wiem, mogę przez telefon, ale trudno się do nich dodzwonić. Wybieram więc osobistą wizytę w salonie w Centrum Handlowym Arkadia. Z powodu pandemii w punkcie pracują tylko dwie konsultantki i jeden mężczyzna, który wpuszcza klientów po wyjściu poprzedniego i pilnuje odkażenia rąk. W środku przebywać może tylko dwóch klientów. Trudno o to mieć do nich pretensję. Wszyscy przecież siedzimy w tym gnoju. Pod punktem kolejka – może z 10 osób. Staję na jej końcu za starszym panem. Kolejka posuwa się niezmiernie wolno. Zapomniałam wziąć swoją półprzyłbicę, znajduję więc na dnie torby maseczkę. Zakładam ją. Po około 40 minutach takiego stania robi mi się słabo, zaczyna się kręcić w głowie. Stoję za załomem. Ściągam maseczkę, żeby złapać trochę powietrza, robię parę kroków naprzód, opieram się o ścianę. Starszy pan głośno zwraca mi uwagę, żebym się cofnęła. Nie chcąc być upokorzona jeszcze bardziej cofam się. W głowie się kręci jak diabli, dochodzi drętwienie lewej nogi. Pan ciągnie dalej – jeszcze głośniej „A pani nawet nie ma maseczki i jeszcze pani się tu wciska”. Jestem już gotowa rozpłakać się. Proszę go tylko „Proszę pana, błagam, niech pan będzie człowiekiem”. „Ja jestem człowiekiem” - odpowiada. - „To pani niech człowiekiem będzie i zachowuje się jakoś”. Czekam na wejście do salonu godzinę z nawiązką. W końcu wchodzę. Konsultantka bardzo miło udziela mi wszelkich informacji. Pytam, czy mogę zdjąć maseczkę. Mogę. Zdejmuję, ale nie chcąc, żeby się bała – zakrywam nos i usta wachlarzem. To jednak w jakimś stopniu też chroni. Siedząc przez tych parę minut odetchnęłam trochę. Ruszam do pobliskiego salonu Bliklego. Zamawiam sobie kawę, lemoniadę i dwa pączki. Muszę po prostu odreagować.
Idę do salonu poczty. Jestem już pierwsza w kolejce. Młody człowiek podchodzi do mnie z pytaniem, czy puszczę go na chwilę – potrzebuje tylko poprosić o druk przelewu. Zgadzam się. Klientka odchodzi od okienka, urzędniczka zaprasza. Patrzę na młodego człowieka. Mówi do mnie „Niech pani idzie, ja poczekam”. Dziękuję mu.
Dzień dzisiejszy nie był tak miły jak przedwczorajszy. Miałam pisać dziś tekst do antologii. Ech, napiszę jutro. Dałam sobie radę dzisiaj, dam i jutro i pojutrze :) I chyba jutro wrócę do Arkadii do Empiku po książkę „Nadzieja”, której jedną z autorek jest Olga Tokarczuk. Polscy pisarze, reporterzy i poeci podarowali swoje utwory by mogły złożyć się w tom, z którego cały dochód zostanie przekazany ośrodkom pomocy społecznej dla osób starszych. A póki co – nie poddaję się i nie poddam. Nie wolno. Drewniane pudełko będzie za jakiś czas szkatułką na biżuterię.

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020



niedziela, 16 sierpnia 2020

Święto niepodległości. To już sto lat. A tak niedawno jeszcze nie można było go obchodzić.

Święto niepodległości. To już sto lat. A tak niedawno jeszcze nie można było go obchodzić. Ruszam tego dnia na miasto. Właśnie przeczytałam, że na warszawskim Starym Mieście o godzinie 19:00 będzie grany jazz. Lubię jazz instrumentalny. Zakładam swoją nową sukienkę. Posilam się ponownie w domu pani Krystyny Sienkiewicz, po czym ruszam. Na staromiejskim rynku rozbrzmiewają pierwsze dźwięki. Pod ich wpływem – jak zawsze - odpływam, a przed oczami moimi przesuwają się twarze ludzi, którzy w jakiś sposób wywarli pozytywny wpływ na moje życie, którzy po prostu wierzyli we mnie – często bardziej, niż ja sama, którzy w trudnych chwilach dali mi wsparcie. Są wśród nich koledzy z mojej dawnej pracy w banku w Nowym Jorku: Jest więc Gordon - z którym doskonale się rozumieliśmy i który wspaniale się czuł w mojej rodzinie i wśród moich przyjaciół - Polaków, jest Warren, jest Walter, jest Patricia, jest Jennifer, Jeannette. Są Krysia i Hirek. Do tych dwojga ostatnich zawsze mogłam wpaść bez uprzedzenia telefonem, i oni do mnie również. Krysia i Hirek lubili sobie czasem mocniej zatankować – przeważnie piwka. Nigdy jednak nie zdarzyło się im upić się do nieprzytomności ani zataczać się. Po prostu byli wtedy lekko „podchmieleni” ale nie przekroczyli nigdy granic dobrego smaku. W takim właśnie lekkim „stanie nieważkości” złożyli mi któregoś wieczoru niezapowiedzianą wizytę. Zastali u mnie pewnego pana. Skoro tylko się dowiedzieli, że to jest właśnie pan, o którym dużo im opowiadałam – oboje ruszyli ostro do natarcia. W sensie fizycznym przyparli tego biedaka do ściany mówiąc: „To jest nasza przyjaciółka, my ją kochamy. Czy ty ją kochasz?” Zbyszek – bo tak miał na imię – odpowiedział „Tak, kocham ją”. Krysia i Hirek odpowiedzieli na to: „No to dobrze. Jeżeli ją kochasz, to my ciebie też kochamy. Ale jeżeli ją skrzywdzisz, to my skrzywdzimy ciebie”. Reszta wieczoru upłynęła nam wszystkim bardzo miło.
Nie jestem jednak w stanie wysłuchać tego koncertu do końca. Słucham go bowiem na stojąco, gdyż wszystkie miejsca siedzące są zajęte. Zaczyna mi drętwieć lewa noga - i to coraz mocniej. Muszę gdzieś się oprzeć. Odchodzę w poszukiwaniu kawałka ściany. Jest kamienna ławka. Siedzą na niej ludzie. Przysiadam na samiutkim jej rogu. Siedzący obok pokaźnych rozmiarów mężczyzna pyta „Are you ok?” Daję mu znać skinieniem głowy, że tak, że ok. Widzi jednak chyba, że niezupełnie, bo posuwa się robiąc mi więcej miejsca. Po około piętnastu minutach drętwienie nogi przechodzi, wstaję, mogę iść dalej. Dziękuję owemu panu. „Are you sure you are ok?” - upewnia się. Odpowiadam -„Yes, I am sure. Thank you.” Żegna mnie słowami „God bless you”. -”God bless you too” - odpowiadam z uśmiechem.
Ruszam. Planuję dojść do przystanku autobusowego. Pudło. Z jakiegoś powodu – nieznanego mi – ruch autobusów wstrzymany. No cóż, idę dalej Krakowskiem Przedmieściem w kierunku Alej Jerozolimskich do tramwaju. W dali – przed Hotelem Bristol widzę tłum ludzi. „Oj, niedobrze” - myślę. „Pewnie jakaś demonstracja. Jak ja się dostanę teraz do domu?” Podchodzę bliżej. Nie, to nie demonstracja. To koncert starych przedwojennych piosenek. Prowadzi Maciej Miecznikowski. Prowadzący i orkiestra stoją na scenie, artyści natomiast na pięknym półkolistym balkonie hotelu. To tu właśnie, na tym balkonie Hotelu Bristol przed wojną po raz pierwszy spontanicznie zaśpiewał Jan Kiepura podczas swojej pierwszej wizyty w Polsce od czasu swojego wyjazdu. Niestety przyszłam za późno. To była już ostatnia piosenka. Na szczęście jest bis. Maciej Miecznikowski proponuje wspólne śpiewanie. Jako że mnie się dwa razy do tego nie zaprasza – wydzieram mordę co sił w krtani :) Jest fajnie.
Ruszam dalej. Z mijanej knajpki pod nazwą „Ceprownia” dobiegają jakieś fajne dźwięki. Zatrzymuję się. Nagrywam telefonem. Chłopak głośno mnie pozdrawia. Pozdrawiam i ja jego :) Ruszam dalej. Dochodzę do Pałacu Prezydenckiego ze stojącym na jego dziedzińcu pomnikiem Księcia Józefa Poniatowskiego dłuta duńskiego rzeźbiarza Bertela Thorvaldsena. Na ścianie Pałacu wyświetlany jest napis „1920 – Bitwa Warszawska”. Wejścia na dziedziniec strzegą dwa ogromne lwy, które podobno ryczą, ilekroć przechodzi obok nich dziewica. Oj, chyba dzisiaj zachrypły.
Kulminacyjny jednak moment wieczoru jest jeszcze przede mną. Kiedy zbliżam się do przystanku tramwajowego, zabiega mi drogę młody chłopak, chwyta mnie za rękę, pyta „Czy mogę panią porwać do tańca?” A CO TAM! TAŃCZYMY NA ŚRODKU ULICY! RAZ SIĘ ŻYJE. Pandemia jest gdzieś daleeeeeko, daleeeko :)
Tak właściwie to zdaję sobie sprawę z tego, że ja się po prostu moją Warszawą cieszę i mam wrażenie, że stale odkrywam ją na nowo. To tak, jak w wierszu Andrzeja Nowickiego "Moja Ojczyzna" napisanym w obozie jenieckim w Niemczech:

Gdy o Ojczyźnie mojej myślę -
Myślę: Aleje, Zjazd, Powiśle.
Nie las, nie łąka, nie łan zboża,
Lecz Krzywe Koło, Wspólna, Hoża.

Tobie Ojczyzna – wioska, ruczaj,
Mnie Mokotowska, Bracka, Krucza.
A kiedy bierze mnie tęsknota,
To myślę: Chmielna... marzę: Złota…

Jeśli mam zginąć dobry Boże,
To za spalone domy Hożej.
Jeśli mam zginąć – niech mnie zniszczą
Za Nowy Świat podobny zgliszczom.

Za Świętokrzyską zrujnowaną,
Za Dobrą, Twardą i Drewnianą...
Lecz przedtem daj mi ujrzeć latem
Księżyc idący Mariensztatem...”

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

piątek, 14 sierpnia 2020

Dziś Dorotka wyjątkowo niepandemiczna pomimo zatrważających informacji w radio, bo telewizora uparcie nie mam i nie chcę mieć. Zawieszone w gazie na kranie nad kuchennym zlewem kwaśne mleko jutro będzie pysznym twarożkiem. Trzeba jednak się oderwać od tej zatrważającej rzeczywistości. Kierunek zatem – Most Poniatowskiego, stamtąd bowiem będzie chyba najlepiej widać pokaz latających balonów tak reklamowany w radio jako „Balonowy cud nad Wisłą”. Miałam najpierw pozałatwiać sprawy przyziemne, ale jest upał jak diabli, nie będę zatem ryzykowała. Wskakuję zatem w moją nową sukienkę i idę na papu ponownie do domu pani Krystyny Sienkiewicz. Obiady tam niedrogie – jak już pisałam, można usiąść w środku wśród wielu pamiątek po pani Krystynie, można usiąść w ogrodzie przy stole. Wybieram to drugie.
Wsiadam do tramwaju – na szczęście klimatyzowanego. Oj, zapomniałam wziąć z domu moją półprzyłbicę. No nic, już się nie cofam. Zakrywam nos i usta trzymaną w ręku gazetą. Dzień jest taki piękny, po południu upał zelżał. Tak patrzę na tę moją kochaną Warszawę, Mijam Cmentarz Powązkowski. Łza się w oku kręci. Minęło już pięć lat jak Mama tu leży, a tęsknię tak, jakby to było wczoraj.
Wysiadam przy Muzeum Narodowym. Idę Mostem Poniatowskiego. Zaraz, zaraz, kiedy to ja ostatni raz tak szłam tędy piechotą? Oj, będzie parę lat. Widzę pierwszy balon wolniutko płynący nad mostem. Szary jakiś taki. Widzę kolejny. Też szary. Widzę całą ich grupę. Wszystkie szare. Na miłość boską, dlaczego nie dali kolorowych jakichś?
Zbliżam się mostem do Wisły. Przede mną Most Świętokrzyski. Byłam na jego otwarciu z przyjaciółką z lat szkolnych. Trochę sobie tamtego wieczoru dogodziły piwkiem :) Za nim widoczne dwie wieże Katedry Warszawsko Praskiej pw Św. Floriana i Św. Michała Archanioła. Byłam w niej bierzmowana 11 lipca 2013 roku. Ciekawym zbiegiem okoliczności – chrzczona byłam również 11 lipca, tyle, że w 1953 roku, i również w kościele pw. Św. Michała Archanioła – tyle, że we Wrocławiu.
Przepływają w obie strony statki wycieczkowe, łódeczki, motorówki. Na plaży pełno ludzi. Po drugiej stronie – na Wybrzeżu Helskim – kawiarnie, restauracje. Może wybiorę się tam jutro ze szkicownikiem, z pastelami, bo z książką to na pewno. Pode mną – łacha wiślana, na niej młody człowiek. Macham mu ręką. On też do mnie macha :) Miłe to :) Jest tak cudnie, tak beztrosko, tak normalnie. Pandemii tu nie widać :) Została gdzieś daleko z tyłu, jakby zamknięta w odbiorniku radiowym. A ja ruszam dalej. Jestem już na mojej Saskiej Kępie. Przy Rondzie Waszyngtona jest kawiarenka, do której kiedyś przed wielu laty zaprosił mnie mój nauczyciel gry na pianinie – uroczy staruszek. Minęło tyle lat, a ja wciąż pamiętam tamto spotkanie. Przyleciałam wtedy byłam do Polski z USA pierwszy raz po dwóch latach nieobecności. Dziś w niej pałaszuję pyszną kremówkę delektując się doskonałą kawusią.
Fajnie jest tak oderwać się :)

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020


środa, 12 sierpnia 2020

Od południa dziś dzień zajęty. To i dobrze.

Od południa dziś dzień zajęty. To i dobrze. Jadę do Hali Mirowskiej po półprzyłbicę. W maseczce bowiem nie da się dłużej wysiedzieć – powiedzmy, w autobusie czy tramwaju. Kupuję za 10 złotych. Okazuje się to takim samym gównem jak maseczka. No cóż, przycinam sobie przyłbicę, której nie powinnam nosić jako przyłbicę bo ogranicza pole widzenia. Piękny jest budynek Hali Mirowskiej, taki stary. Przechodzę się po straganach. Kupuję dla siebie praskę do ziemniaków, słoneczniki, sukienkę, a dla Dudusia kocimiętkę. Sukienka – jakby dla mnie szyta – pasuje idealnie. Wracam do domu. Duduś od razu dostaje szału, usiłuje dobrać się do mojego „mercedesa”, w którym mam kocimiętkę. Łapię trochę oddechu, wskakuję w nową sukienkę i ruszam po swoją tygodniową porcję prawdziwego mleka. Będzie znów serek, który ja tak lubię. Obiad dziś papusiam w swojej ulubionej pizzerii. Tam też już mnie znają i wiedzą, co mi podać :) Jak zwykle – biorę ze sobą książkę do czytania. Cały czas jest to „Prawiek” Olgi Tokarczuk. Czytam to długo z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że w tym codziennym zabieganiu związanym również z problemami zdrowotnymi, a zatem z wizytami u lekarzy – mniej jest czasu na czytanie. Drugi powód – że książka jest napisana tak cudnym językiem, że do wielu fragmentów wracam po kilka razy. A jeszcze jak chce się przyjaciół odwiedzić… jak dobrze, że są tak blisko.
Popapusiawszy i nacieszywszy serce zapadającym pięknym wieczorem wracam do siebie. Przysiadam pod domem na ławeczce. Lubię tak sobie przysiąść i popatrzeć na swój balkon oświetlony kolorowymi lampionami, mieć świadomość, że tam w środku czeka na mnie malutkie serduszko mojego kociny. Spokój tej chwili zakłóca jednak grupka młodych ludzi siedząca na sąsiedniej ławce i stojąca przy nich kobieta obmawiająca inną kobietę używając bardzo soczystych… przerywników w zdaniu. Nic tu po mnie. Idę do domu.
Wychodzę co jakiś czas na balkon. Dziś noc spadających perseidów. Niestety, nie widzę ani jednego.
Juto znów zajęty dzień. Dobrze, że to już czwartek.
Tęsknię za Mamą, tęsknię za Saską Kępą. Niepotrzebna była ta wyprowadzka tak daleko.
© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020
© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

wtorek, 11 sierpnia 2020

Niepandemicznie.

Od rana czekam na telefon mojej pani doktór. Ma dzwonić między 9-tą a 12-tą. Godzina 10. nie dzwoni. Może zapomniała? 10:30 – dzwoni. Proszę ją o wystawienie mi zaświadczenia, na podstawie którego nie będę musiała nosić tej cholernej maseczki. Przypominam jej, że byłam u niej w związku z moimi zawrotami głowy, że skierowała mnie do innych specjalistów, że przechodzę badania. Pani doktór niestety odmawia. Mówi mi, że wystawia takie zaświadczenie tylko w bardzo skrajnych przypadkach, że jeżeli ja umrę na koronawirus to ona będzie pociągnięta do odpowiedzialności. No cóż, trzeba i ją zrozumieć. Swoją drogą to jak te pajace pozastraszały ludzi, że lekarze się ich boją. No cóż, jutro pójdę po półprzyłbicę. Pajace natomiast pieją z zachwytu, że od wczoraj zachorowalność spadła. Wielki mi spadek – z 800 do 600. I już ogłaszają, że w szkołach nie trzeba będzie nosić maseczek. I oni rządzą krajem.
Niepandemicznie natomiast idę dziś posilić się – ponownie na Płatniczą. Tym razem w roli głównej rosołek – najprawdziwszy na świecie, taki z oczkami. Drugie danie to klopsiki w sosie pomidorowym, ziemniaczki i suróweczka, no i oczywiście kompot. Bardzo mi odpowiada atmosfera tego miejsca. Tak mi ta ulica przypomina moją ulicę Rzymską i mój na niej dom, sąsiadów, przyjaciół… Nie musiałam wyprowadzać się tak daleko – 300 kilometrów z nawiązką. Mogłam kupić mieszkanie bliżej. W kwietniu 2020 został zamieszczony w wydanej przez Stowarzyszenie Autorów Polskich antologii „Pod krzewem bzu spisane” taki mój malutki tekścik o saskokępskich bzach:

Zapachnie Saska Kępa.

Za parę tygodni obdarzą nas swoim zapachem bzy – białe, niebieskie, fioletowe. Przy moim dawnym domu rosły dwa. Oba z maleńkiego krzaczka po latach przeobraziły się w piękne dorodne drzewa po to, by co roku przystroić się białym kwieciem jak panna młoda welonem. Jeden wdzięczył się od strony ulicy, drugi królował w ogródku za domem tuż przy ogromnym tarasie. Pachniały na potęgę. Szkoda, że tak krótko kwitły. Po nich przychodziła kolej na niebieskie i fioletowe. Te królowały na całej ulicy. To nimi w piosence do tekstu Agnieszki Osieckiej pachniała Saska Kępa. Po nich do ataku ruszały dzikie bzy. Te dopiero dawały po nozdrzach zapachem, którego nie można było porównać do żadnego. I ta naleweczka z nich – zapobiegająca nadchodzącemu przeziębieniu – cudowne i przyjemne lekarstwo, a naleśniczki – pychotka. Zaraz, zaraz. Dlaczego ja piszę w czasie przeszłym? Przecież one cały czas są, i to rozsiadają się wszędzie wcale nie pytając o zgodę”.
Po powrocie do domu sprawy przyziemne – mycie kuchni i łazienki. No cóż, służba ma wychodne :) I tak mi dzisiaj dzionek minął – zwyczajnie i w sumie spokojnie. Niepandemicznie.

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Ręce mi opadają jak słyszę te pierdoły w radio.

Zmęczona jestem dziś jak jasna cholera. Zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest moje przekleństwo ten mój umysł wnikliwy. Ręce mi opadają jak słyszę te pierdoły w radio. Chcę jednak pozostać niepandemiczną.  Po mojej rozmowie z Ministerstwem Zdrowia  jeszcze mniej rozumiem niż rozumiałam dotąd. Jutro mam teleporadę z moją panią doktór. Może da mi zaświadczenie. Później denerwująca rozmowa z moim bankiem. Mam tam dwa konta: dewizowe i złotówkowe. Miesiąc temu pracownik banku dzwonił do mnie z informacją, że nie wpłynęła moja zapłata za prowadzenie konta. Poinformowałam go, że wpłynie jak wpłynie moja emerytura. Odpowiedział, że ok, wtedy automatycznie zostanie z mojej emerytury pobrana opłata. Dzisiaj ponownie bank do mnie zadzwonił, że opłata nie została pobrana i kiedy ja to uzupełnię. Ponieważ teraz rozmowy są nagrywane, zażądałam przesłuchania nagrania rozmowy i poinformowania mnie o wyniku. Zastanawiam się, czy nie zamknąć w cholerę tego złotówkowego, ale boję się, że przez pomyłkę zamkną mi moje dewizowe, na które wpływa mi emerytura. Cholera jasna, że człowiek już bankowi nie ufa.
Tym bardziej nie mam dziś ochoty gotować. Obiad zatem jem na Płatniczej. Jak miło, że mnie tam już pamiętają. Dwadzieścia trzy złote za cały obiad. Wracam do domu. Na klatce w moim korytarzyku napotykam dwie sąsiadki - młode dziewczyny mieszkające naprzeciwko. Witają mnie radośnie - "Jak miło zobaczyć sąsiadkę" :) Dla tekiego powitania warto było przejść przez koszmar rozmowy z Ministerstwem, potem z bankiem. Muszę się bardziej postarać powrócić do bycia "niepandemiczną" w tym gównie.

niedziela, 9 sierpnia 2020

Do snu mnie dzisiaj ukołysało RMF classic Warszawa i cudna muzyka filmowa, jakże spokojna i tak bardzo potrzebna w tym zwariowanym okresie

Do snu mnie dzisiaj ukołysało RMF classic Warszawa i cudna muzyka filmowa, jakże spokojna i tak bardzo potrzebna w tym zwariowanym okresie, w którym pajace kręcą nami jak szewc butem. Dzień spokojny. Nawet radio nie bombarduje dziś Jednak to, co oni z nami wyprawiają. Te zmiany decyzji… Zgłupieć można. Łażą już po naszej okolicy sprawdzać, czy klienci mają maseczkami zakryte twarze. No trudno, wyciągnęłam swoją. Nie będę narażała właścicieli sklepów. Ci ludzie mnie znają, wiedzą co kupuję, zasługują na szacunek. Późnym popołudniem wychodzę do Żabki po piwko i po coś słodkiego. Przy kasie jakiś gościu w wieku ok 65-70 wykłóca się z właścicielem o dwa złote. Klienci z maseczkami na twarzach czekają w kolejce, jest gorąco, ja prawie padam. Ktoś tam nie wytrzymuje, zwraca gościowi uwagę. Ten odpowiada zniecierpliwionym tonem, że musi załatwić swoją sprawę. Podchodzę do niego, zwracam mu uwagę na fakt, że tu ludzie stoją już w kolejce, że gotowi omdleć. Stojąca przy nim kobieta – żona albo córka – mówi „Ja już z tobą nie wytrzymuję, mam tego dość” Gościu w końcu wychodzi. Płacę za swoje zakupy, wracam do siebie Siadam pod domem na ławeczce. Dołącza sąsiadka, zaczyna się miła rozmowa. W domu spokojnie, radyjko gra, kiciuś szaleje.
Może następny weekend będzie wolniejszy od zatrważających wieści, od myśli o ewentualnym powtórnym zamordyzmie. Ja tego trzymania nas za mordy się boję.

A tak - dla odprężenia - tu papeteria, jaką  w 2016 roku tęskniąc bardzo za Warszawą, za Saską Kępą, za sąsiadami - napisałam do nich tradycyjny list na zrobionej przez siebie papeterii przedstawiającej morski widok żaglówki kołyszącej się na falach.


sobota, 8 sierpnia 2020

Tym razem niepandemiczna pandemicznie.

"Panie Ministrze Zdrowia, panie Premierze.

Jak długo Pan i Panu podobni - łącznie z panem premierem - macie zamiar nami się bawić? Wy umiecie tylko 500 plus rozdawać, bony na wyjazdy wakacyjne. Tak nawiasem mówiąc to skąd wy na to macie fundusze? Z waszych ubożuchnych pensyjek? Nie. To od nas bierzecie – z naszych podatków, czyli osób, które macie w głębokim poważaniu. Zabraliście się za robienie czegoś, o czym nie macie zielonego pojęcia: za rządzenie krajem. Robicie z nas idiotów, zwłaszcza teraz, w okresie pandemii. Wam nie chodzi o nasze dobro ani o nasze zdrowie. Wam chodzi o wasze stołki. Wy porządnego rozporządzenia nie umiecie dokładnie opracować, a potem sami z własnych rozporządzeń się wycofujecie. Ale co tam jakieś tam rozporządzenie, jak wy konstytucję usiłujecie zmieniać. Granice otwieracie, obostrzenia nakładacie, potem luzujecie, nakładacie z powrotem, poradę lekarską otrzymujemy tylko przez telefon (nawiasem mówiąc – przez telefon to ja mogę sobie z przyjaciółką pogadać a nie poradę lekarską otrzymać), dzieciaki izolowaliście w domu w nosie mając to, że nie w każdym domu jest po kilka komputerów. Każecie pozamykać firmy w nosie mając to, że na przykład fryzjerzy będą z głodu na pysk padali (wiem to z autopsji, że wasze wsparcie dla nich jest wręcz żałosne, że musieli się głośno upominać o swoje prawa). Pozamykacie znowu parki, lasy i cmentarze? A proszę bardzo, pozamykajcie. Najpierw jednak kupcie nam wszystkim – każdemu z 37 milionów – po limuzynie, byśmy mogli na groby naszych bliskich wjechać z fasonem. A COOO??? Każecie nosić maseczki głęboko w poważaniu mając to, że one an i wcale nie chronią. Przyłbicę też nie każdy może nosić, zwłaszcza osoby po operacjach oczu. Zostawanie w domu też ogranicza nam dostęp do świeżego powietrza, nie mówiąc o tym, że doprowadza do szału. Wynika z tego, że wy chcecie mieć podwładnych przygłupów.

Igracie sobie z narodem, którego większa (podobno) część was wybrała. Szkoda tylko, że my wszyscy w wyniku tego budzimy się z ręką w… naczyniu do oddawania moczu. Wiecie, komu maseczki i przyłbice pomagają???? PRODUCENTOM I SPRZEDAWCOM.

I nie wmawiajcie mi, że Was obrażam. Nie padło tu ani jedno obraźliwe słowo."

Wyrżnąwszy powyższy liścik Niepandemiczna idzie na obiadek do ulubionego miejsca - "Jadło pod podłogą" na ulicę Płatniczą do domu, w którym mieszkała aktorka Krystyna Sienkiewicz. 

P.S. Niepandemiczna jednak nie poszła na Płatniczą. Może pójdzie jutro. Za gorąco dziś było Obiadek spożyła w azjatyckiej jadłodajni po drugiej stronie ulicy, po czym odbyła jednak półgodzinny spacerek

Jest cichy spokojny wieczór w domu. Radia "Jedynki" nie da się słuchać. Przełączam na RMF Classic. Leci piękna spokojna muzyka. Duduś leży przy moich nogach. On jest taki mój.


 

czwartek, 6 sierpnia 2020

Dzień spokojny pomimo zatrważających informacji w radio.

Dzień spokojny pomimo zatrważających informacji w radio: ponad 800 osób zakażonych, najwięcej nadal na Śląsku. Sporo również i na Mazowszu. Koleżanka w Krynicy przerażona. Staram się strachy odpędzać od siebie, ale w niedzielę pójdę do Mamy zanim pajace znów wezmą nas za mordy, pozamykają w domach, pozamykają parki, lasy i cmentarze. Muszę jednak wyjść – kupić piasek dla Dudusia w Rossmannie. Przy okazji idę do pizzerii, żeby nie musieć w taki upał stać nad garami. Wracając wstępuję do naszego osiedlowego sklepiku. Kupuję pomarańcze i cytryny. Będzie z tego lemoniada. Jestem już blisko domu, kiedy przypominam sobie, że zapomniałam o leku na ból głowy. Zawracam. Proszę pracownicę, żeby mi go podała. Dziewczyna podaje. Stojący przede mną młody człowiek chce mnie przepuści. Uśmiecham się do niego mówiąc, że mnie głowa nie boli, tylko już mi się ten lek skończył. Na koniec wreszcie w domu. W radio nadają piosenki Presleya. Jak pięknie :) Nadchodzą dwa dni nic nie muszenia.

środa, 5 sierpnia 2020

Policja kontroluje sklepy.

Pogoda deszczowa. Muszę jednak wyjść – po moją tygodniową dawkę mleka. Tym razem biorę już cztery butelki. W radio od wczoraj zapowiadali, że będą chodzić i sprawdzać czy klienci mają twarze zakryte i czy prawidłowo. Wchodzę do sklepiku. Właścicielka sklepu prosi mnie o założenie maseczki, choć zawsze dotąd wpuszczała mnie bez niej. Mówię jej, że założę jeżeli muszę, ale mam problemy ze zdrowiem. Widzę przerażenie w jej oczach. Mówi mi, że kilka razy łazili już po tej ulicy. Zakładam maseczkę. Nie chcę jej narażać na nic z powodu tych dupków, co najprawdopodobniej nie mają nic do roboty. Pani w końcu umawia się ze mną, że nie muszę zakrywać nosa, a jak ona ich zauważy – powie mi tylko „Policja”. Ech, pomimo wszystko jej narażać nie będę. Skoro ona chce być w stosunku do mnie w porządku, mnie to samo obowiązuje w stosunku do niej. Mam tylko nadzieję, że nie chwycą nas ponownie za mordy. Boże, do czego to dochodzi.

wtorek, 4 sierpnia 2020

Żegnamy Bernarda Ładysza.

05 sierpnia 2020


Żegnamy dziś Bernarda Ładysza. Ubierając się do wyjścia przypominam sobie, jak 3 września Mama wpadła po dyżurze nocnym do domu by zabrać mnie na pogrzeb Jana Kiepury. Stałyśmy w wielotysięcznym tłumie przed gmachem Teatru Wielkiego (Obecnie Opery Narodowej) – daleko bardzo od wejścia. Pamiętam, jak przemawiała Martha Eggerth wzruszająco łamaną polszczyzną i łamiącym się głosem. To wszystko wraca dzisiaj – tamten dzień, te tłumy, Mateńka. Na wszelki wypadek chowam do torby maseczkę. Trudno, będzie trochę niekomfortowo, ale nie chcę ani się narażać na upokarzanie mnie, ani – przez szacunek dla wielkiego Polaka i Artysty - stwarzać forum dyskusyjnego w tak podniosłym dniu. Wsiadam do autobusu 103. Siadam na samiuśkim końcu w rogu na miejscu oddzielonym szybą. Trzymam w ręku maseczkę na wszelki wypadek, jeżeli ktoś obok mnie usiądzie. Wysiadam przed bramą główną na Powązkach Wojskowych. Kieruję się tam, gdzie już ktoś stoi ze sztandarem.

Rozbrzmiewa dźwięk werbli. Powolutku i dostojnie jedzie karawan, za nim kroczy rodzina. Dostrzegam w kondukcie transparent z fotografią Bernarda Ładysza i z napisem: „Rodaku z ziemi wileńskiej, żegnamy Cię ze smutkiem. Wilnianie”. Dołączam do nich. Idziemy powolutku przy dostojnych dźwiękach marsza. Dochodzimy do miejsca pochówku. Po mojej lewej stronie trzy świeżo usypane groby. Leżą w nich: Paweł Królikowski, Andrzej Strzelecki, Emil Karewicz. Orkiestra gra „Jeszcze Polska nie zginęła”. Jest modlitwa, po niej przemówienia, w tym dla mnie dwa najważniejsze – synów. Aleksander Ładysz śpiewa „Deszcz jesienny deszcz”, a mnie myśl biegnie do tamtego 15 czerwca, kiedy to przy grobie mojej Mateńki koleżanka – Jadzia Stępień – zaintonowała a reszta podjęła ulubioną jej pieśń - „Barka”. Łzy cisną się do oczu. Na koniec śpiewa nam sam pan Bernard.

Podchodzę do pani Leokadii. Mówię jej, że pan Bernard i moja Mateńka byli w jednej drużyni harcerskiej w Głębokiem na Wileńszczyźnie. Pani Leokadia się wzrusza: „Boże, co on by powiedział, gdyby to usłyszał”. Odpowiadam jej, że on to wiedział. Kilka lat wstecz był w Bazylice Sw. Krzyża koncert pana Aleksandra, pan Bernard siedział wtedy w kruchcie kościoła. Nie chciał prawdopodobnie swoją obecnością odwracać uwagi od śpiewu syna. Podeszłyśmy do niego. Kiedy usłyszał o tym maleńkim Głębokiem – nie chciał nas puścić z objęć. Po koncercie zaś wyszukał nas w kościele, podszedł i z oburzeniem na twarzy powiedział, że jak ktoś może mówić, że Wilno nie jest polskie. WILNO JEST POLSKIE – prawie wykrzyknął. Pani Leokadia ze wzruszeniem wysłuchuje  tego wspomnienia.

Cóż, pora wracać do domu.

 Mistrzu. Dziękuję za wszystko.





Grób Emila Karewicza

Na pierwszym planie grób Andrzeja Strzeleckiego

Poniżej - na pierwszym planie - grób Pawła Królikowskiego

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Maseczki chyba będą mi się po nocach śnić przez lata.

Tak nie lubię chodzić do banku. Muszę jednak dziś pójść. Dziś przychodzi moja emerytura. Źle się dzisiaj czuję – ponownie zawroty głowy. Idę więc do tej filii bliżej mnie. Błąd. Zawroty się nasilają. Do tej bardziej oddalonej filii idzie się trochę dłużej, ale za to wzdłuż chodnika jest ogrodzenie, w razie czego zatem jest o co się oprzeć i czego się chwycić, by nie upaść. Na ulicy, po której idę – jest tylko żywopłot. No trudno, nie będę się już cofać.
Coś dużo tej emerytury. Dziś już nie zrobię tego, ale jutro trzeba sprawdzić, czy nie popełniono jakiejś pomyłki.
Wyszedłszy z banku wstępuję do pobliskiej Żabki. W środku stoi młoda kobieta w pięknej kolorowej sukience, i BEZ MASKI. Jest w pięknej kolorowej sukience. Mówię jej, że fajnie jest zobaczyć osobę z odkrytą twarzą. Zaczyna się króciutka, i bardzo miła rozmowa. Sukienkę swoją kupiła w Leclercu za39 złotych. Ja z kolei podaję jej swoje źródełko – pawilon w przejściu podziemnym pod Dworcem Centralnym. Kupuję kubeczek gorącej kawy. Wiem. W domu zrobię lepszą, ale tak lubię tę akurat Żabkę, wziąć tę kawę w papierowym kubeczku, usiąść na pobliskiej ławeczce i tak podelektować się nią powolutku patrząc na okolicę, na drzewa, na kwiaty, na przejeżdżające samochody, na przechodzących ludzi.
Jadę do Arkadii. Nowe/stare obostrzenia naszych pajaców już zaczynają być wprowadzane w życie. Przy wejściu stoi ochroniarz i prosi o założenie maseczki. Prosi, a nie rozkazuje. Uśmiecham się do niego mówiąc, że nie mogę maseczki nosić z powodu problemów ze zdrowiem. Ochroniarz uśmiecha się do mnie i kiwa głową – że rozumie. Mówię mu, że więcej powinno być ludzi takich, jak on. Dziękuje mi za dobre słowo. Należy mu się. Można? Można.
Zwykle będąc w Arkadii robię obchód kilku sklepów. Nie muszę nic kupować. Lubię popatrzeć. Tym razem jednak szybko wracam do domu. Wykupuję potrzebne mi lekarstwo na… no na przypadłość związaną niestety z faktem, że nie mam już osiemnastu lat. Nie mam dziś siły stać nad garami. Papusiam zatem w pobliskiej restauracyjce azjatyckiej.
W domu dochodzą mnie zatrważające wiadomości co pajace planują teraz robić. Krótko mówiąc – chyba usiłują mocniej chwycić nas za mordy. Znajoma z Nowego Jorku przesyła mi ciekawy link. Brawo Viola Kołakowska. Tak proszę trzymać :) KOCHAM PANIĄ!!!
Miałam jutro jechać do Wilanowa na zajęcia plastyczne. Niestety odwołuję je. Przy moich zawrotach głowy boję się, żeby mi się coś nie przytrafiło w czasie prawie godzinnej jazdy autobusem. Szkoda, ale jednak zdrowie ważniejsze.

https://www.tysol.pl/a49881--Powiesimy-go-za-jaja-albo-oskalpujemy-Aktorka-wulgarnie-grozi-premierowi-Morawieckiemu?fbclid=IwAR24aUu5esc--H31W0vyNOqcP9RkF7a0Pw57dU5aFINQUZLvROaWguxJXt0

niedziela, 2 sierpnia 2020

Nawet mi się nie chce o dzisiejszym dniu pisać.

Nawet mi się nie chce o dzisiejszym dniu pisać. W sytuacjach odmiennych ujawniają się różne cechy charakteru. Godzina ok. 18. Wracam do domu ze śródmieścia tramwajem linii 22. W tramwaju jadą zaledwie 3 – 4 osoby. Siedzą w przedniej części pojazdu, tylna jest pusta. Siadam w tylnej części. W ręku trzymam wachlarz, żeby zakryć nim nos i usta jeżeli ktoś siądzie blisko. Na przystanku Rondo Radosława wsiada kobieta – około 50. Spogląda na mnie.
- Gdzie pani ma maseczkę? - pyta tonem dyktatorskim.
- Nie mam. - odpowiadam spokojnie.
- To trzeba wysiąść.
Na szczęście siada w przedniej części pojazdu. Mnie jednak znów ręce opadają. Chcę jej wykrzyczeć w twarz: DOEDUKUJ SIĘ BABO!!! Milczę jednak. Niedzielny nastrój diabli wzięli. Rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia mam w tobie, mam jednak serdecznie dosyć wyciągania go i pokazywania każdemu. Widzę, że będzie wysiada na tym samym przystanku, co ja – Piaski (Bielany). Ogarnia mnie już strach, że szykuje mi się kolejna konfrontacja, na którą absolutnie nie mam ochoty. Wysiadamy. Baba wysiada środkowym wyjściem, ja tylnym. Na przystanku stoję – czekając na zielone światło – w przepisowej odległości od innych, a od niej to już dwa razy tyle. Baba przechodzi na czerwonym świetle – na szczęście w kierunku przeciwnym, niż mój. A mnie się po prostu płakać chce.
Wchodzę do sklepu „Stokrotka”. Kupuję chleb i coś tam jeszcze, już nie pamiętam dokładnie. Idę do domu, ale potrzebuję usiąść na ławeczce pod domem by się jeszcze nacieszyć powietrzem. Podchodzi sąsiadka – bardzo miła kobieta. Zawsze widz ją uśmiechniętą, i nie jest to uśmiech przylepiony. Rozmawiamy najpierw o rzeczach obojętnych, potem zaś rozmowa schodzi na temat maseczek. Ona również jest zdania, że to gówno bardziej szkodzi niż pomaga. Podchodzi druga sąsiadka. Żartujemy – tym razem z mojego ubioru – leciutkiej seksownej spódnicy. Sąsiadka określa ją mianem „chodź za mną” :) Nie myślimy o zachowywaniu dystansu, choć nie obłapiamy się i nie całujemy. Jak to fajnie, jak ludzie rozmawiają ze sobą tak po prostu, tak normalnie.

sobota, 1 sierpnia 2020

Obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. Spacer po Szlaku Królewskim.

Planowałam dzisiaj iść do Domu Spotkań z Historią na projekcję filmu o Powstaniu Warszawskim kręconego przez samych powstańców, potem stanąć na Godzinę „W” na Krakowskiem Przedmieściu. Swoim zwyczajem jednak ciut długo się zbierałam. Wychodzę w końcu z domu planując pójść na wieczór piosenek powstańczych. Wychodząc zauważam na drzwiach informację o tym, żeby o godzinie 17 stanąć na rogu Broniewskiego i Reymonta.
Patrzę na zegarek – jest godzina 16:35. Nie zdążę już na 17:00 na Krakowskie. Kieruję się zatem na Reymonta. Na razie nikogo nie ma. Siadam na ławeczce obok Żabki. Jest bardzo gorąco. Mam ze sobą wodę z cytryną. Powoli nadchodzą ludzie, przeważnie młodzi, przyprowadzają swoje dzieci. Serce się raduje, że te piękne wartości, które nam wpoili nasi rodzice – nie zaginą.

Godzina 17:00. Wyją syreny. Młodzież odpala race dymne. Zgromadzeni skandują „Cześć i chwała bohaterom”. Po minucie wszyscy się rozchodzą.


Dochodzę do przystanku tramwajowego. Wsiadam do tramwaju 22 planując dostać się pod adres Nowy Świat 6/12. Jadę bez maseczki, i choć siedzę z tyłu z dala od innych pasażerów i zakrywam nos i usta ręką – podniosły nastrój zakłóca mi strach, czy ktoś mnie znów nie upokorzy tak, jak to zrobili pracownicy przychodni Cepelek 28 lipca. Przy Rondzie Radosława tramwaj zmienia trasę. Wysiadam pod Trasą W-Z. Nie mam siły wchodzić na górę na piechotę. Wjeżdżam ruchomymi schodami. Przy okazji znajduję oryginalną – sowiecką – tablicę sterującą urządzeniami elektrycznymi związanymi z funkcjonowaniem pierwotnych schodów ruchomych wybudowanych w latach 1947-1949 w związku z budową Trasy W-Z.



Nie szukaj mnie Mamo ze swojej chmurki na Placu Piłsudskiego. Nikt tam dzisiaj nie usiądzie w rzędach. Spaceruję sobie Krakowskiem Przedmieściem. Natrafiam na jakiś marsz. Pytam ochronę, co to jest. Odpowiada mi niezwykle uprzejmie, że jest to marsz z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, i że idą do Placu Krasińskich. Maszerujący wznoszą okrzyki „Cześć i chwała bohaterom” oraz „Zbrodnie niemieckie nierozliczone”. Czy tak naprawdę da się je rozliczyć?

Idę dalej. Mijam Hotel Europejski, do którego lubiłyśmy Mamo chodzić na kawę i na lody. Pamiętasz? Ja tak lubiłam lody różane. Nie ma już, Mateńko, tej kawiarni. Jest jakiś wypasiony sklep z ekstra ciuchami. Lody natomiast są sprzedawane w tym hotelu na malutkim stoisku w wypasionym hallu wyścielanym wypasionymi dywanami, po których szary obywatel krępuje się chodzić. Mijam kawiarenki i restauracyjki, siedzący przy stoliczkach ludzie raczą się posiłkiem, kawą, herbatą, winem, rozmawiają. Zewsząd dobiegają dźwięki muzyki ulicznych grajków. Jest spokojnie, sobotnio. I tylko maseczki na twarzach przypominają, że coś jest nie tak.Wyraża to zresztą również iluminacja na tyłach Pałacu Staszica.





Mijam tzw. ławeczki chopinowskie rozmieszczone w miejscach związanych z Fryderykiem Chopinem. Wspominam Ciebie Mamo, jak ich wyszukiwałyśmy na Krakowskiem Przedmieściu, jak prędko podchodziłyśmy do nich, i jak prawo do przyciśnięcia guzika miała ta, która ją pierwsza zauważyła. Łzy się cisną do oczu. Zmienia się warszawski Szlak Królewski. 



Z rozmowy nadanej dziś przez radio wynika, że mieszczący się u zbiegu Smolnej, Nowego Światu i Alej Jerozolimskich pomnik przedstawiający postać matki trzymającej na kolanach ciało swego zabitego syna miał być hołdem warszawskim powstańcom. Władze komunistyczne nie wydały na to zgody, i w rezultacie na jego cokole pojawił się napis „Partyzantom bojownikom o Polskę Ludową”. Pamiętam tę inskrypcję. Wiedziona ciekawością resztką sił podążam w kierunku Alej. Drętwienie lewej nogi daje się we znaki. Muszę usiąść. Wchodzę do pizzerii, by orzeźwić się coca-colą. Po około pół godzinie ruszam dalej. Dochodzę do pomnika. Jest już wieczór, na pomnik pada skąpe światło stojących na niewielkim placyku latarni. Na cokole płoną znicze. Inskrypcja jednak jest zupełnie inna niż ta, którą pamiętam i o której była mowa dziś rano w radio. Nie ufając swemu wzrokowi robię kilka zdjęć cokołu. Wyświetlę je w domu, powiększę, odczytam. Po godzinie jestem w domu. No tak. Na cokole widnieje napis "Partyzantom Walczącym o wolną Polskę w czasie II Wojny Światowej". No nic. Przyjadę tu jutro za dnia, zobaczę wszystko dokładniej.