Wspomnień czar

czwartek, 30 lipca 2020

Boże drogi, ponad 600 osób zachorowało. Kiedy to się skończy? Czy ponownie będziemy musieli izolować się od siebie? Boję się co będzie

Boże drogi, ponad 600 osób zachorowało. Kiedy to się skończy? Czy ponownie będziemy musieli izolować się od siebie? Boję się co będzie.

 Dzień w sumie niczym się nie wyróżnia. Moje zwykłe śnia
danie na balkonie – kawa z mlekiem i kanapki z kupionym wczoraj „chlebem bielańskim” - pysznym, i z mojej roboty serkiem. Wczoraj jeszcze nie miałam po ostatnich „rozrywkach” głowy do niczego, mleko zatem przelewam do bańki dzisiaj. Jest już ciut ścięte, Duduś – jak co tydzień – dostał trochę na spodeczku. Od przyszłej środy zapisuję się już na cztery butelki. Na obiad robię kotlety ziemniaczane. Tak, kotlety ziemniaczane. Ugotowane ziemniaki tłukę, dodaję do nich zeszkloną cebulkę, trochę zamrożonego koperku, mieszam, formuję kotlety i na patelnię. Do tego filet śledziowy w sosie pomidorowym – i jest papu na obiad. Duduś usiłuje się „podłączyć” ale nic z tego :)

Pogoda jest taka dziś piękna. Wychodzę na spacer. Kieruję się ku malutkiej lodziarni – dosłownie dwa stoliki. Otwarci są tylko latem. Kupuję lemoniadę i dwie rurki z kremem. Czytam parę stronic antologii „Klinika Strachu”.

Spoglądam na niebo nad lodziarnią. Boże, jakie piękne te białe obłoki na błękitnym tle. Przed paroma minutami przeleciał po nim szybowiec. O! Teraz samolot, który wystartował z Okęcia niknie w dali znacząc za sobą białą smugę. Życie toczy się normalnym torem. Ktoś niesie zakupy, ktoś inny jedzie na rowerze, tam dalej dwie panie stoją i rozmawiają, przebiegło dziecko, a za nim piesek na smyczy. Jest normalnie. Tylko maseczki na twarzach mówią, że jest inaczej.

Niebo nad moim balkonem takie cudowne, i co wieczór inne. Za chwilę biorę do ręki książkę, chłonę spokój wieczoru.


środa, 29 lipca 2020

Nawiązuję do mojego wczorajszego wpisu na temat chamstwa z jakim zostałam potraktowana przez personel przzychodni Cepelek przy ulicy Daniłowskiego na warszawskich Bielanach.

Nawiązuję do mojego wczorajszego wpisu na temat chamstwa z jakim zostałam potraktowana przez personel przzychodni Cepelek przy ulicy Daniłowskiego na warszawskich Bielanach.
Tak naprawdę to dopiero dzisiaj zaczęło do mnie docierać w jak chamski sposób zostałam wczoraj potraktowana wdeptana wręcz w ziemię. Wyszukuję w necie zatem numery telefonów i adresy do:
1. Rzecznika Praw Pacjenta
2. Ministerstwa Zdrowia.
Dzwonię najpierw do Rzecznika Praw Pacjenta. Mam połączenie z konsultantką. Mówię jej, że z powodu stanu zdrowia w myśl rozporządzenia Ministra Zdrowia (Dziennik Ustaw, pozycja 1066, paragraf 19.1 ustęp 3) nie jestem zobowiązana do noszenia maseczki. Referuję jej opisane powyżej zdarzenie nadmieniając, że nie chcąc wzbudzać obaw w innych pacjentach czekających pod gabinetem zasłaniałam nos i usta wydrukiem z Dziennika Ustaw (17 arkuszy A4). Pani rzecznik od razu przerywa wypowiedź, że to ja zachowałam się nieodpowiednio i podniesionym już conieco głosem zaczyna mi tłumaczyć, że twarz powinnam mieć zakrytą jakimś kawałkiem materiału a nie JAKIMIŚ TAM DOKUMENTAMI. Mówię jej, że w paragrafie nie ma nic na ten temat, i że jest tylko wspomniane, że osoba mająca problemy ze zdrowiem nie ma obowiązku zakrywania twarzy. Pani rzecznik dalej jednak zwraca się do mnie traktując mnie jak osobę z niepełnosprawnością intelektualną. Nie widząc zatem sensu kontynuowania rozmowy rozłączam się.
Po chwili – ochłonąwszy – dzwonię do Ministerstwa Zdrowia. Rozmawia ze mną pani – osoba, a nie urzędas. Pani mi łumaczy, że ja w sposób właściwy pojmuję rozporządzenie, że nie jestem zobowiązana do zakrywania niczym twarzy zakładając oczywiście, że dostosowuję się do innych obostrzeń. Mówię jej również – płacząc już (z ulgi) jak mnie potraktowano w przychodni, i że mnie postraszono policją. Pani od razu na tę wiadomość przełącza mnie do Działu Prawnego. Referuję sprawę prawnikowi. Prawnik potwierda, że moje rozumienie ustawy jest jak najbardziej prawidłowe, że moja reakcja była na każdym kroku prawidłowa, a co do grożenia mi policją – przychodnia zapłaciłaby ciężką karę za bezpodstawne jej wezwanie.
Ten post umieszczam tu po to, żeby uświadomić, że nie można zawsze być uległym, nie reagować - „bo to nic nie da”, a potem narzekać, że jest nie tak jak powinno być. Po prostu – ludzie – szukajcie informacji we WŁAŚCIWYCH źródłach.
O mój Boże. Toż to środa. Trzeba iść po moją tygodniową dawkę mleka - takiego, co krowę widziało. Biorę jak zawsze dwie butelki, i podłużny bochen chlebusia bielańskiego z prawdziwej mąki :) Co tydzień tam kupuję. Przy okazji odbywa się miła rozmowa z właścicielką  punktu, taka typowo babska. Siadam potem w pobliskiej pizzerii, zamawiam sobie coca-colę i nareszcie mam głowę do zabrania się do czytania tekstów moich kolegów na temat pandemii w antologii "Klinika strachu".
Noc kołysze mnie do snu piękną muzyką.
Bóg ponownie chlapie po niebie farbą :)


wtorek, 28 lipca 2020

Umówiona wizyta u lekarza. Przychodnia Cepelek, Warszawa, ul. Daniłowskiego. Wizyta wyznaczona na godz. 14:20.

Umówiona wizyta u lekarza. Przychodnia Cepelek, Warszawa, ul. Daniłowskiego. Wizyta wyznaczona na godz. 14:20. Przychodzę jednak wcześniej. Wolę posiedzieć w poczekalni i spokojnie poczekać na swoją wizytę, niż gnać z wywieszonym językiem. Jako osoba z problemem z oddychaniem mocą rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia z 20 czerwca 2020 (Dziennik Ustaw pozycja 1066 paragraf 19.1 ustęp 3 podpunkt 3) nie jestem zobowiązana do noszenia maseczki. Zakrywam jednak nos i usta wydrukiem z tegoż rozporządzenia składającym się z 18 (słownie: osiemnastu) stron formatu A4. Wchodzę. Zatrzymuje mnie – nie wiem, czy to portier, czy ochroniarz. Pyta o maseczkę. Odpowiadam mu spokojnie, że jest rozporządzenie, itd., itd., itd. Pyta o zaświadczenie. Odpowiadam, że w myśl rozporządzenia zaświadczenie nie jest wymagane. Pan odpowiada, że nie ma obowiązku mnie wpuścić. Pokazuję mu wydruk rozporządzenia z zaznaczonym na czerwono fragmentem. Pan w międzyczasie mierzy mi temperaturę, przeciwko czemu oczywiście nie oponuję, ale jak tylko zaczyna mi puszczać komentarz „aaale pani mądra” - po prostu mijam go i z zakrytą wydrukiem twarzą idę pod gabinet lekarza. Czeka już jeden pacjent. Siadam na dozwolonym miejscu zachowując dystans. Dochodzą następni. Ustalamy, kto na którą godzinę, nie ma żadnych przepychanek. Cały czas siedzę zakrywając nos i usta.
Przechodzi obok ochroniarz. Patrzy na mnie i mówi, że nie wiadomo, czy lekarz mnie przyjmie, bo nie mam maseczki. Odpowiadam, że owszem, przyjmie, bo jest rozporządzenie… itd. itd. itd., a maseczkę założę jeżeli lekarz mi każe.
Odpowiada mi:
- Na drzwiach jest jak wół napisane o maseczkach.
Pokazuję ponownie to cholerne rozporządzenie:
- A tu jak wół jest napisane, kto nie musi.
W odpowiedzi słyszę:
- Jak policja przyjdzie to pani jak nic płaci 500 złotych.
Odpowiadam, że w razie czego wybronię się w sądzie, a na komisariat mogę sama pójść jeszcze dzisiaj. Ochroniarz nic nie odpowiada, odchodzi. Zaczyna się rozmowa z oczekującymi pacjentami – wszyscy świadomi rozporządzenia. Podchodzi do mnie pani z serwisu sprzątającego. Przerażona już na dobre myślę sobie „No nie, kolejna”. Pani jednakże cichutko mówi do mnie:
- Kochana, proszę pożycz mi ten wydruk, ja sobie zrobię ksero i zaraz oddam.
Pożyczam. Po paru minutach pani oddaje mi wydruk z podziękowaniem. Za chwilę przechodzi kolejna pracownica przychodni, patrzy na mnie.
- Maseczka.
Oczekujący już się śmieją „No nieeee...”. Pokazuję ponownie rozporządzenie. Odpowiada:
- No to przyłbica w takim razie.
Odpowiadam jej:
- Przecież zakrywam twarz, czego więc jeszcze pani ode mnie chce?
Odchodzi. Do gabinetu wchodzi pacjent z wizytą wyznaczoną przed moją. Wiadomo, po wejściu do gabinetu zamyka za sobą drzwi. Staję pod drzwiami. Podchodzi do mnie starszy pan pytając czy będzie mógł wejść przede mną, bo tylko chce się coś zapytać. Odmawiam mu, mówiąc, że ja już chcę jak najszybciej stąd schrzaniać. Pan rozumie. Siada nieopodal.
Podchodzi do mnie kolejna pracownica – chyba recepcji – i każe mi odejść spod drzwi bo… dystans. Nie bardzo rozumiem co drzwi mają z tym wspólnego, ale cofam się. Pani jednak ciągnie rzecz dalej:
- A pani nawet nie ma maseczki
Odpowiadam, że rozporządzenie, itd. itd. itd. Cały czas mam usta i nos zakryte. Pani odpowiada, że jest świadoma rozporządzenia. Pytam ją zatem czego w takim razie chce ode mnie.
- Pani musi mieć maseczkę.
Jestem już na granicy wytrzymałości. Podtykam jej rozporządzenie pod samą twarz.
- CZYTAAAAĆ – mówię już głośno.
- Jak pani się zachowuje – odpowiada mi.
Przechodzi w tym momencie kolejna pracownica przychodni.
- Co za chamstwo – rzuca pod moim adresem.
Już mi serce kołacze mocno. Mam jedno marzenie – znaleźć się jak najprędzej w domu.
Wchodzę w końcu do gabinetu – cały czas z zakrytą twarzą. Pytam lekarza, czy mam założyć maseczkę. Odpowiada mi, że jeżeli nie mam temperatury i nie czuję się chora, to nie. Nie mam, chora się nie czuję – poza silnymi uderzeniami serca i zawrotami głowy, które mnie opanowują w tej chwili. Lekarz pomaga mi usiąść. Referuję mu problem, z którym przyszłam. Zapisuje mi lekarstwa, daje skierowanie na badania jeżeli mi te lekarstwa nie pomogą. Tak czy inaczej mam do niego wrócić po skończeniu serii. Lekarz – uroczy, kontaktowy – po prostu CZŁOWIEK. Pytam go na samym końcu, jak to naprawdę jest z tymi maseczkami. Odpowiada mi, że według rozporządzenia nie każdy musi ją nosić, a jeżeli ktoś do mnie podejdzie to mam prawo po prostu pokazać rozporządzenie. Płacząc opowiadam mu, jak mnie podczas czekania potraktowało kilka osób z personelu.
Pytanie tylko teraz, dlaczego tak mamy. Odpowiedź chyba jest jasna. Pozwolę sobie porównać ogromną część naszego społeczeństwa do stada baranów. Przemiłe te zwierzęta nawet w stadzie pozwalają się zaganiać jednemu owczarkowi.
Nie zamierzam takiego chamstwa odpuścić. Jeszcze dzisiaj idzie skarga do Rzecznika Praw Pacjenta i do Ministerstwa Zdrowia, z kopią do przychodni.
Dziękuję Ci Mamo, że nie wychowałaś mnie na ciepłe kluchy. Dziękuję Wam - Rodzice moi, że zsyłacie na mnie z niebios swoje moce. Kocham Was oboje, kochani :)


Załączone zrzuty ekranu są zrobione z załączonej poniżej strony Ministerstwa Zdrowia. 

poniedziałek, 27 lipca 2020

Radio bombarduje wiadomościami, że pajace już zaczęły dzisiaj narady w celu opracowania strategii walki z mającą nadejść drugą falą koronawirusa.

Radio bombarduje wiadomościami, że pajace już zaczęły dzisiaj narady w celu opracowania strategii walki z mającą nadejść drugą falą koronawirusa. Od kiedy już się o tej mającej nadejść drugiej fali mówi? Co najmniej od kwietnia. Rychło w czas zatem zaczynają obrady teraz – na półmetku lata. Jacy to ludzie rządzą naszym krajem? Ja się nie koronawirusa boję. Ja się boję ponownego wzięcia nas za mordy, zamykania parków i cmentarzy, trzymania nas na siłę w domach, zakładania nam kagańców na gęby. Nie poddam się.
Wieczór w domu wszakże niepandemiczny. Szukam czegoś na youtube i przypadkiem natrafiam na spektakl z nowojorskiego Lincoln Center pod tytułem „Carousel” (Karuzela). Lincoln Center jest to kompleks trzech budynków instytucji kulturalnych. Na wprost od wejścia z Broadway'u jest słynna Metropolitan Opera, po lewej stronie jest City Opera (Opera Miejska) a po prawej Julliard School of Music (Nowojorska Akademia Muzyczna), New York Philharmonic (Filharmonia Nowojorska). Pozwolę sobie wtrącić tu parę słów o Metropolitan. W każdej operze przedstawienia operowe zaczynają się od uwertury. W przypadku Metropolitan jest trochę inaczej. Olbrzymią jej widownię mogącą pomieścić 3,800 widzów oświetlają nisko opuszczone żyrandole. Tuż przed uwerturą żyrandole te stopniowo gasną powolutku podciągane do samej góry. Zawsze ten moment odczuwałam jako zapowiedź czegoś wielkiego. No ale tym razem nie jesteśmy w Metropolitan. Jesteśmy w Filharmonii Nowojorskiej, gdzie odbywa się właśnie pokazany w poniższym linku spektakl. Byłam tu na kilku koncertach. Ostatni raz byłam tu chyba w 1985 roku. Nie pamiętam jaki to był koncert, ale pamiętam z kim byłam i jaką miałam sukienkę :) Ukoronowaniem wieczoru kolacja w eleganckiej restauracji. W tejże restauracji zobaczyłam mojego byłego dopiero od paru miesięcy męża. Bardzo wtedy chciałam wyjść. Przekonał mnie do zmiany zdania mój przyjaciel mówiąc: „Zostańmy. Jesteś ładnie ubrana, wyglądasz pięknie, nie jesteś sama. Niech właśnie cię zobaczy”. Posłuchałam Wayne'a. Wieczór był piękny. Mój były nas nie widział. A może i widział? :)

A tymczasem… dalecy od pandemii obejrzyjmy spektakl „Carousel” :)


niedziela, 26 lipca 2020

Z radia nadal płyną zatrważające wiadomości – ponad 400 osób zachorowało, podobno ileś tam na jakimś weselu, podobno najwięcej na Śląsku. Ja już sama nie wiem. Nasze pajace już takie rzeczy wyprawiają, że ja już im nie uwierzę nawet jak mi powiedzą, że mamy rok 2020. Ja wychodzę kiedy chcę, dokąd chcę, z kim chcę i od dwóch miesięcy bez maseczki i bez przyłbicy, i żyję. Znajoma od paru dni źle się czuła. Zaniepokojona, czy to przypadkiem nie to cholerstwo - planowała zrobić test na corona. Żeby taki test zrobić, trzeba wejść do namiotu. Najpierw jednak zgłosiła się do lekarza. Lekarz stanowczo odradził badanie się w namiocie, bo tam właśnie jest najwięcej zarazków. Po zbadaniu jej stwierdził, że jest po prostu zwyczajnie przeziębiona. Mądry lekarz i mądra dziewczyna. Czuje się lepiej. Pajace nie wszystkich jednak wyjałowiły z mózgu. Jak jednak to ujarzmianie ludzi przez zakładanie im kagańców paraliżuje ludziom myślenie. Stalinowski zamordyzm jak nic.
 
Niedziela upływa spokojnie. Jest mi trochę smutno, bo planowałam wybrać się na moją Saską Kępę do przyjaciółki zawieźć jej po egzemplarzu trzech antologii, ale upał jest taki, że mogę paść. Nic dzisiaj nie gotuję. Nie będę w taki żar stała nad garami, bo też padnę. Idę zatem na obiad na Płatniczą do domu, w którym mieszkała Krystyna Sienkiewicz. Biorę ze sobą antologię „Klinika strachu”, żeby dalej poczytać teksty kolegów. Zamawiam zupę pomidorową z makaronem, na drugie duszony schaboszczak z ziemniaczkami i buraczkami, do popicia kompot z wiśni. To wszystko za 23 złote. Żar jednak leje się taki, że o czytaniu mowy nie ma. Zwykle lubię tam posiedzieć, ale tym razem szybko wracam do domu, gdzie od razu wskakuję pod prysznic. Po drodze kupuję w malutkim osiedlowym sklepiku chleb – bo wczoraj zapomniałam, herbatę i ciasto jogurtowe. Płacę bardzo dużo, ale nie pójdę do Żabki, bo nie dam rady.

Znajomi facebookowi przesyłają sobie wzajemnie linki ze zmarłym wczoraj Bernardem Ładyszem. Najczęściej to jest „Bajkał”. Wyszukuję i ja na youtube w jego wykonaniu „Starego Kaprala” i „Kozaka”. Nawiasem mówiąc był taki okres jeszcze za czasu PRLu, w którym rzadko było słychać Ładysza. Podobno stało się tak za sprawą właśnie „Bajkału”. Kiedyś Bernard Ładysz zaśpiewał „Bajkał” na jakimś przyjęciu dla sowieckich dygnitarzy, z których jeden – będący już w stanie „nieważkości” - wzruszywszy się do łez – powiedział do Ładysza: „Ty śpiewaj, ja ci wszystko oddam tylko śpiewaj”. Na to Bernard Ładysz trzasnął pięścią w stół i wykrzyczał „Wilno oddaj”.
Wyszukując linków z Ładyszem natrafiam na link – mazur z opery „Halka”. I myśl biegnie 50 lat wstecz. Mam dziewiętnaście lat. Jestem maleńkim nowojorskim mieszkanku mojej babuni. Za tydzień mam iść na pierwszy bal – taki najprawdziwszy – bal lekarzy polskiego pochodzenia w bardzo renomowanym nowojorskim hotelu Waldorf Astoria. Babunia uczy mnie mazura. Pokazuje kroki z przytupami, przyklęka, ja ją obiegam, jednym słowem – mazur na całego :)
Mija tydzień. Jest piątek. Przyjeżdżam z akademika na weekend. Kieruję się do miejsca pracy mojej mamy. Mama prowadziła wtedy dom milionera – polskiego Żyda z Gorlic. Poczciwy ten człowiek bardzo mnie lubił i obie nas traktował jak domowników. Samotnie wychowywał czworo dzieci: trzy córki i syna. Dzieci mamę moją ubóstwiały, właściwie to uważały ją za matkę. Nadchodzi dzień balu. Najstarsza z córek – Leslie – układa mi fryzurę. Wieczorem przyjeżdża po mnie mój balowy partner. Wychodzę z pokoiku mamy w balowej sukni – do kuchni. Stoi już w niej pan Morgan z dziećmi. Zobaczywszy mnie woła do syna: - „Nicky, go get the camera”. Sam bal – no cóż… gentlemanów już nie ma. 

Mama moja nostryfikowawszy swój polski dyplom pielęgniarski odeszła do pracy do szpitala (czego potem bardzo żałowała). Dzieci pana Morgana zostały prawnikami i wszystkie adoptowały po kilkoro dzieci z sierocińca z Polski.

A w domu spokojnie, z radyjka płynie piękna muzyka organowa, i tylko Duduś gania nie wiadomo za czym. Niepandemiczny wieczór.

sobota, 25 lipca 2020

Odbieram dzisiaj moje egzemplarze antologii „Klinika strachu”,  „Van Gogh wiedział” i „Pod krzewem bzów spisane”, których mam szczęście być współautorką. To takie mieszane uczucie widzieć swój tekst w druku. To tak, jakby się swoje dziecko wypuściło w świat. „Klinika strachu” to antologia na temat naszej obecnej sytuacji. Tekst ten oddałam 30 kwietnia. Czytam go w pociągu i dopiero dostrzegam, jak bardzo zmieniło się moje podejście do tych spraw. Czytam teksty moich kolegów. Widzę, że na początku odbieraliśmy to wszystko w podobny sposób, czyli podporządkowując się zaleceniom i obostrzeniom. Nie widzieliśmy się jeszcze tak twarzą w twarz od tego pamiętnego marca. Ciekawam, jak oni teraz te rzeczy odczuwają. Muszę się z nimi skontaktować. Kto wie, może uda nam się pojechać w tym roku na Litwę na kolejny Zlot Autorów Polskiego Rodowodu.
Wysiadam na Dworcu Wschodnim. Celowo to robię, choć mogłam wysiąść wcześniej. Lubię ten dworzec i lubię to jego otoczenie. Ma to miejsce jakąś niepowtarzalną atmosferę i nawet kanapka w McDonaldsie smakuje tu jakoś inaczej. Zamawiam więc tę bułę, siadam na zewnątrz, czytam.
W domu błogi spokój. Pałaszuję kupiony dziś na dworcu owoc - kombinację melona i papai. Smaczny. Z radia płynie uspokajająca muzyka fado. Jest cicho, spokojnie, tylko Duduś od czasu do czasu mordkę drze. Niech będzie błogosławiony ten dzień, w którym jego właśnie wzięłam pod swój dach. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.
Przytoczone tu mojego pióra teksty są objęte następującymi prawami autorskimi:
© Copyright by Dorota B. Zegarowska Warszawa 2020
© Copyright by Stowarzyszenie Autorów Polskich Warszawa 2020
© Copyright by Kazimierz Linda Stalowa Wola 2020



Władca w koronie.

Przyszło nam żyć w dziwnych czasach. Choroby XX i XXI wieku panoszą się i nie wiadomo kiedy albo z jakiego powodu wielu z nas dopadają. Niby żyje się lepiej niż kiedyś, niby ciekawiej, ale… czy na pewno? Opanował nas wyścig szczurów, wielu pilnowało tylko swojego nosa. Ingerowaliśmy i ingerujemy nadal w naturę. Wysyłamy rakiety kosmiczne, badamy księżyc nie znając naszej Matki-Ziemi. Latamy w dalekie egzotyczne kraje, a nie znamy swoich okolic. Rozmawiamy z całym światem na Skype, na facebooku, a nie zamieniliśmy nieraz słowa z sąsiadem za ścianą. Jaką zatem rolę spełnia ten wszechobecny włóczykij z koroną na głowie? Czy pojawił się przypadkowo, czy został przez jakąś siłę wyższą nam przysłany? Boję się go. Bardzo się nawet boję. Ale czy ten strach ma prawo mnie ograniczać? Czy ma prawo kazać komukolwiek izolować się nie wiadomo na jak długo? Ja mu to prawo dałam, ale skoro zauważyłam, że taka zmiana mnie w pewnym sensie okalecza, odbieram mu ten przywilej bezwarunkowego panowania nade mną.

A może ten pan przyszedł, by spełnić pewną rolę? Może ma coś nam uświadomić? Może ma niektórych – w tym mnie też – czegoś nauczyć? Może chce nam pokazać, że ta osoba obok potrzebuje naszej pomocy? A może po prostu otwiera nam oczy na to, że nie wszyscy są zapatrzeni wyłącznie w siebie, tylko, że my tego nie dostrzegamy? Mnie samą zaskoczyła życzliwość granicząca nawet z otwartym sercem osób blisko mnie, i tych w internetowej rzeczywistości. W piekarni, w której kupuję chleb z gatunku tych, co mąkę widziały – właścicielka przygotowywała plakaty do rozwieszenia po klatkach schodowych. Wpisywała na nich dwa numery komórek osób, które zaoferowały się pomóc seniorom i innym potrzebującym. Kilka tych plakatów wywiesiłam na naszej klatce. Jeszcze tego samego dnia zapełniły się wpisami osób chcących pomóc sąsiadom. Do mnie samej zgłosiło się kilku znajomych rzeczywistych i z grup faceboookowych. Ja jednak leczę się z tego strachu biorąc swojego „mercedesa” na dwóch kółkach i zakładając maseczkę na twarz ruszam do swoich sklepów. Fajnie jest mieć takie swoje miejsca, w których sprzedawca – zanim poprosisz - poda ci towar, który zawsze u niego kupujesz. Czy ja to dostrzegałam parę tygodni temu?

Mam ponadto wrażenie, że ten siejący postrach pan z koroną na głowie przekonał mnie, że właściwie potrafię wiele. Przede wszystkim nauczył mnie racjonalnego kupowania produktów żywnościowych i nie marnowania ich, a czyniąc to zaoszczędził mi wydatków. Nauczył mnie sprawniej organizować swoje otoczenie. Książki, których mam bardzo dużo – stały na półkach po prostu od przypadku do przypadku. Od dawna planowałam poukładać je według kategorii: beletrystyka, poezja, albumy, literatura faktu. Gubiłam się w tym wszystkim. W tej chwili część już jest na półkach, część jeszcze na podłodze. Nauczył mnie stawiać czoło wyzwaniom i nie przejmować się tym, co ludzie powiedzą.

Tak. Boję się. Boję się bardzo. Nie pozwalam nikomu siadać blisko mnie w środkach komunikacji miejskiej. Ja po prostu chcę żyć. Ja BARDZO chcę żyć. Może więc ten koronawirus jest bardziej tą kliniką, w której ja leczę swój strach i wyzbywam się swoich ograniczeń? Może to on jest moim lekarstwem?


Zapachnie Saska Kępa.

Za parę tygodni obdarzą nas swoim zapachem bzy – białe, niebieskie, fioletowe. Przy moim dawnym domu rosły dwa. Oba z maleńkiego krzaczka po latach przeobraziły się w piękne dorodne drzewa po to, by co roku przystroić się białym kwieciem jak panna młoda welonem. Jeden wdzięczył się od strony ulicy, drugi królował w ogródku za domem tuż przy ogromnym tarasie. Pachniały na potęgę. Szkoda, że tak krótko kwitły. Po nich przychodziła kolej na niebieskie i fioletowe. Te królowały na całej ulicy. To nimi w piosence do tekstu Agnieszki Osieckiej pachniała Saska Kępa. Po nich do ataku ruszały dzikie bzy. Te dopiero dawały po nozdrzach zapachem, którego nie można było porównać do żadnego. I ta naleweczka z nich – zapobiegająca nadchodzącemu przeziębieniu – cudowne i przyjemne lekarstwo, a naleśniczki – pychotka. Zaraz, zaraz. Dlaczego ja piszę w czasie przeszłym? Przecież one cały czas są, i to rozsiadają się wszędzie wcale nie pytając o zgodę.
Ten tekst oddałam w dwóch językach, jako że dedykowany jest mojej koleżance ze szkoły w USA, która od pierwszego momentu traktowała mnie jakbyśmy się znały wieki całe ułatwiając mi w ten sposób aklimatyzację w nowej szkole w nowym kraju.


Słoneczniki.
Kochane słoneczka zstępują z niebios na ziemię. Nie pachną, a tyle zdrowia nam dają. Zakwitają w naszych ogrodach, pod oknami wiejskich chałup, przy przydrożnych kapliczkach, na obrazach mistrzów i sukience córki mojej przyjaciółki.

Ten tekst dedykuję mojej przyjaciółce z IC High w Lodi – Nancy Cucci, która pierwsza się otworzyła na mnie od samego początku. Odnalazła mnie na facebooku kilka tygodni temu. Kiedy jej napisałam, że powstaje tomik o słonecznikach, przysłała mi zdjęcie swojej córki w sukience w słoneczniki właśnie. Dziękuję tobie Nancy i tobie Nancy2 za to, że jesteście. Słoneczniki – to wy właśnie, najpiękniejsze.

Those dear suns step down from the skies to Earth. They do not smell and yet give us so much. They bloom in our gardens, under the windows of country cottages, by wooden chapels on country roads, on masters' paintings and the dress of my friend's daughter.

I dedicate this text to my IC High friend in Lodi, New Jersey – Nancy Cucci and her daughter. I will ever forget that Nancy was the first person who opened up on me at the very first minute. She found me now on facebook. She sent me a photo of her beautiful daughter in sunflowers dress after I told her that there will be a book on sunflowers published here. Thank you Nancy and you – Nancy2 for being here. The two of you are the most beautiful sunflowers.”


Bernard Ładysz.

Przebudzenie dzisiaj takie piękne. Włączam radio. Leci piosenka – melodia wprawdzie byle jaka, nie wpadająca w ucho, ale tekst przepiękny – taki prawdziwy, o prawdziwej i prawidłowo pojętej miłości. Młoda osoba śpiewa o swojej dziewczynie – że jak jest z nią to gwiazdy wokół nich tańczą, i że z nią u swojego boku zdobędzie wszystko. I za pół godziny ta wiadomość: Zmarł Bernard Ładysz. Trudno cośkolwiek napisać. Smutno się zrobiło. Legenda polskiej sceny operowej – tak, ale dla mnie nie tylko. Muszę ponownie przeszukać pamiątki po Mamie. Jest wśród nich zdjęcie grupowe drużyny harcerskiej z miasteczka Głębokie na Wileńszczyźnie. Jest na nim i Bernard Ładysz. Mama wprawdzie nie kojarzyła Go z tamtego okresu, ale jej o tym powiedział jej kolega z drużyny kiedy razem w świąteczny wieczór przeglądali stare fotografie snując wspomnienia i opowieści o swoich wojennych losach.
Lata 60-te. Idziemy z Mamą do opery. Jeszcze wtedy mieściła się na Nowogrodzkiej. Idziemy na „Straszny Dwór”. Bernard Ładysz śpiewa arię Skołuby. Sama rola może niewielka, ale ta aria i to wykonanie… Wracając do domu Mama śpiewa a ja jej wtóruję „Ten zegar stary niczym świat”
Mijają lata. Jest rok chyba 1978. Za sprawą impresaria Jana Wojewódki przyjeżdża grupa artystów, wśród nich Bernard Ładysz. Na scenie nowojorskiego Carnegie Hall rozbrzmiewa „Kozak” i „Stary kapral”. Poza Bernardem Ładyszem jednym z artystów jest pianista Cezary Owerkowicz. Pierwsze swoje kroki w nauce gry na pianinie stawialiśmy pod okiem tego samego profesora – Wacława Cholewy. Mija wiele lat. Ulica Woronicza 17 Gościem Kawiarenki Polskiego Radia Retro jest m.in. Bernard Ładysz. Podchodzę do niego. Nie wypuszcza mnie z objęć dowiedziawszy się, że jestem córką koleżanki z drużyny w Głębokiem. Mijają kolejne lata. W Bazylice Św. Krzyża jest koncert. Śpiewa jego syn. Wchodzimy do środka. W kruchcie siedzi na ławce pod ścianą jakaś bardzo skromnie ubrana postać. Mama mówi: - Jakiś biedak. Przyglądam się postaci dokładniej. - Mamo, toż to Ładysz. I zaczyna się rozmowa dwóch wileńskich serc – krótka, bo za chwilę jest koncert. Po koncercie maestro wyszukuje nas w kościele. Puentuje rozmowę stwierdzeniem z wyrazem oburzenia na twarzy: „Co oni mówią, że Wilno nie jest polskie. Wilno JEST POLSKIE.
Mój Boże. Odeszła nie tylko legenda polskiej sceny operowej. Dla mnie odeszła osoba, która w jakiś sposób była częścią mojej wileńskiej tożsamości. Smutno.

czwartek, 23 lipca 2020

Wizyta w banku. Przez trzy ostatnie miesiące chodziłam do innej jego filii, bardziej oddalonej. Robiłam to z uwagi właśnie na większą odległość. Opadłszy bowiem zupełnie z sił przez to narzucane siedzenie w domu muszę jakoś się zregenerować (mam to chyba po mojej mamie, która mając do wyboru dwa sklepy – jeden bliżej, a drugi dalej – szła do tego dalszego). Dziś jednak poszłam do tej bliższej filii. Podchodzę do kasy by zrobić przelew. Kasjerka pyta o maseczkę. Odpowiadam jej, że nie założyłam, mówię o rozporządzeniu. Jej reakcja - „No, jeżeli pani uważa, że pani jest chora...”. Każdemu innemu bym odparowała za taki zwrot. Biorę jednak pod uwagę, że ta pani zawsze była do mnie bardzo miła i na pewno nigdy by mi tak nie powiedziała, gdyby nie była w stresie. Po raz kolejny ogarnia mnie przerażenie na myśl, co te pajace już zrobiły z naszym narodem i co jeszcze mogą zrobić. Czeka mnie jeszcze wizyta w Arkadii. Najpierw jednak wstępuję do Żabki, kupuję kawę i hot doga. Siadam na pobliskiej ławeczce. Jakoś tak chce mi się w tej chwili powrócić do tej młodości szumnej i czasów studenckich w Nowym Jorku, kiedy taką właśnie byle jaką kawę i hot doga tak się spożywało.
Po załatwieniu swoich spraw przyziemnych wracam do domu. Włączam radio. Jedynkę. Lecą wiadomości. Słyszę, że sąd rozpatrzył trzy wniesione skargi na nieprawidłowości ostatnich wyborów, uznał je za zasadne, ale za nie mające żadnego wpływu na wynik wyborów. Po raz kolejny zadaję sobie pytanie w jakim my żyjemy kraju.
No dobrze. Mniej przyjemne myśli na bok. Niebo dziś nad Bielanami przepiękne. I sukces, bo udało mi się ustrzelić przelatującego nad moim domem szybowca. Z aparatu, kochani, z aparatu :)

Szybowiec szybuje w chmurach :)








wtorek, 21 lipca 2020

Przyjeżdża kurier. Przywozi mi zamówioną dwa tygodnie temu fiksatywę do akwareli, akryli i tempery. Zamówiłam wprawdzie w sprayu a dostałam w buteleczce, ale w porządku. Może się okazać wydajniejsza. W radio słyszę, że na Dworcu Głównym – Stacja Muzeum jest Lato z Radiem. Oooooo, ciekawe. Papusiam zatem śniadanko i jadę sprawdzić, czy mnie tam nie ma. Przed wejściem do tramwaju wstępuję na chwilę do naszego osiedlowego kiosku. No i zaczyna się rozmowa na temat maseczek. Właścicielka kiosku jest przerażona. Boi się, żeby nie przyczepił się do niej Sanepid, bo słyszała, że gdzieś tam się czepiają, że klientowi wlepili karę 500 złotych a właścicielowi sklepu 5000 zł. Pokazuję tej pani rozporządzenie pajaca od zdrowia z zakreślonym urywkiem na temat kto nie musi nosić maseczki. Mówię tej pani, że mogę jej zrobić fotokopię żeby miała co okazać w razie czego. Kobiecina jest tak przerażona, że nie rozumie nawet, co jej to da. Wyjaśnia mi, że nie ma pretensji do mnie. Ja do niej też nie, rozmowa jest miła i rzeczowa. I tak sobie myślę, że jak te pajace z Wiejskiej otumaniają naród przez zatrważanie, zakładają kagańce, odbierają zdolność myślenia, ubezwłasnowolniają. Ludzie boją się już wszystkiego. Mamy powtórkę z PRLu jak nic.
Dojeżdżam do Stacji Muzeum przy Dworcu Głównym. Lata z Radiem ani słychu ani widu. Nic to. Kupuję bilet ulgowy za 6 złotych. Wchodzę. Spodziewam się zobaczyć jakieś fotografie, jakieś makiety i to wszystko. Tymczasem oko mi bieleje. Spędzam tam dobrych parę godzin. Uwagę moją przykuwa wagon bydlęcy z wystającymi przez okratowane okno rękami. Drzwi są otwarte, napis mówi, że w środku mogą przebywać jednocześnie trzy osoby. Wchodzę. Czytam, że do takiego jednego wagonu ładowano do 200 osób, że nowo przybyłych więźniów przy 30to stopniowym mrozie oblewano wodą, że na początku nie było nawet baraków i więźniowie sami je budowali, a na noc zapędzani byli do wykopów zwanych wilczymi dołami przy mrozie sięgającym – 50 stopni. Moja babunia dużo mi mówiła o Syberii, ale podejrzewam teraz, że nie opowiedziała nawet jednej czwartej.
Dzień uważam za dobrze spędzony, choć niełatwy.

poniedziałek, 20 lipca 2020

Jakoś tak smutnawo dzisiaj. Może to ta pogoda – zapowiadają ponownie burze. Nie chce mi się nigdzie wychodzić, ale trzeba. Nie mogę tylko siedzieć w domu bo ponownie opadnę z sił. Idę zatem do Żabki zapłacić rachunek za internet, i potem do naszego sieciowego sklepu Stokrotka – z bardzo miłą obsługą. Wymyśliłam sobie bowiem na dzisiejszy obiad pilaf, do którego potrzebowałam pewnych przypraw i cebuli, a tej mi już zabrakło. Podchodzę do kasy, płacę, przekładam towar do torby. Stojąca za mną kobieta – wiek ok. 40 lat – mówi głośno: „Jak można wejść do sklepu bez maski!”. Mówię jej, że jest rozporządzenie z 19 czerwca, w którym wyraźnie jest napisane, że osoby mające problemy zdrowotne związane z oddychaniem nie muszą nosić maseczek. Kobieta nic nie odpowiada. Cholera jasna, czy my – zwłaszcza osoby starsze, które mają prawo mieć problemy zdrowotne – musimy być tak upokarzani? W żadnym sklepie właściciele ani kierownictwo tego rodzaju uwag mi nie zwracają, gdyż znają treść rozporządzenia. Z drugiej strony te pajace z ulicy Wiejskiej tak często zmieniały rozporządzenia, że można zgłupieć. Co do mnie - nigdy w życiu nie brałam w sklepie bułeczek gołą ręką nawet przed pandemią, a inni robią to nagminnie. Podchodzi taki osobnik w maseczce lub przyłbicy, a pieczywo bierze gołą łapą, jeszcze przebierając w nim. Wracam do domu ze skwaszonym ciut humorem. Przy wejściu na klatkę młody człowiek przytrzymuje mi drzwi. W naszym bloku taki gest nie jest rzadkością. Dziękuję mu z uśmiechem. Pilaf wychodzi mi smaczny. Nie mając ryżu wykorzystałam kaszę jęczmienną. Jak mawiał mój kochany tatko – możżżna i tak możżżna i tak :) Odprężam się oglądając na youtube stare nagranie z wręczania nagród Tony Awards z roku 1987 za najlepsze przedstawienia na nowojorskim Broadwayu. Mój Boże, wielu z tych aktorów już nie ma, a na moim monitorze pokazują mi się tacy piękni i tacy młodzi.
Burza jakoś chyba dzisiaj minęła Warszawę, Bielany minęła na pewno. A ja dalej szydełkuję swoją świąteczną serwetę na Boże Narodzenie. Idzie mi powoli, ale w końcu nikt mnie nie goni.
Duduś dziś grzeczny.

niedziela, 19 lipca 2020

Kolejny dzień z mojego niepandemicznego życia w pandemii. Pan Bozia znów mi pokazał, co myśli o moich planach. Wybierałam się dzisiaj do Domu Spotkań z Historią, a on – chodniki zaczął podgrzewać. Żar z nieba. Na ostatnich nogach dochodzę do przystanku autobusu 116. Zmieniam jednak zdanie. W Domu Spotkań z Historią nie ma klimatyzacji. Zastanawiam się, czy nie pojechać do przyjaciół na Saską Kępę. I tu Pan Bozia znów ingeruje zsyłając mi zawrót głowy taki, że muszę się oprzeć. Do domu mam parę kroków. Po krótkim odpoczynku ruszam. W domu wstawiam do dzbanuszka zebrane po drodze kwiaty.
Radiowa Jedynka znów bombarduje ilością zachorowań, zgonów, ozdrowień, znów każą odkażać telefony, nie kłaść ich na stole, a na dodatek zapowiadają rozmowę z Naczelnym Pajacem. Przełączam stacje na RFM Classic. Nastawię z powrotem Jedynkę na czas nocnej audycji Kazimierza Kowalskiego.
Dzisiejszy obiad – skromny, prosty a pożywny: kluchy, schaboszczak i serwatka. Schaboszczak zamarynowany wczoraj w szczypcie soli i w ziołach prowansalskich pokrojony dziś na kawałki, obsmażony, do tego dodane ugotowane kluchy, jajko i wszystko razem dosmażone. Otwieram słoiczek zakiszonej przez siebie parę tygodni temu boćwiny. Pierwszy raz kisiłam boćwinę. Nie chwaląc się – wyszła znakomicie.
Zabieram się za dalszy etap mojego rysunku z kwiatami w dzbanuszku. Jeszcze daleko do końca. Wieczór zapada piękny. Duduś znów obrażony. Że wczoraj – to rozumiem, bo dostał ścierką po ogonie. Ale za co dzisiaj?







sobota, 18 lipca 2020

Mówią, że najskuteczniejszy sposób na rozśmieszenie Pana Boga to przedstawienie mu swoich planów. Przyznaję, że dostarczam mu rozrywek. Dzisiaj też nie było inaczej. Planowałam jechać na warszawską Pragę do Konesera na Ząbkowskiej. Tam jest w każdą sobotę przez cały lipiec targ rzeczy przerabianych. Chciałam zobaczyć, co ludzie robią z czego, jakie mają pomysły, potem spokojnie usiąść z książką przy kawie. No i co? Spece od pogody zaczęli straszyć burzą. Nie jadę zatem. Rozrywki za to dostarcza mi Duduś. Wskakuje na blat kuchni, potrąca pojemnik z wodą, który ląduje w otwartej szufladzie. Katastrofa. Trzeba teraz wyjąć sztućce i wszystko inne barachło jakie tam trzymam jak sitka, siteczka, i różne takie, szufladę umyć, wytrzeć, sztućce umyć, wytrzeć, sitka i siteczka umyć, wytrzeć… Duduś obrywa ścierką po ogonie. Obrażony wielce podąża do swoich apartamentów - do szafy. Ja natomiast oświadczam wszem i wobec – sobie i jemu – że chrzanię dzisiaj wszystko. Dzisiaj dzień dla mnie. Wychodzę tylko po zakupy – po bułeczki poznańskie, które tak lubię, i po coca-colę. Wiem. To niezdrowe. A co tam! Raz na jakiś czas można. Tylko trochę trudno jest mi te zakupy przynieść do domu. Może za bardzo przywykłam do swojego „mercedesa” na dwóch kółkach? Poza tym jest duszno.
Z zaplanowanych czynności zrealizowałam tylko dwie: serek wyłożyłam z gazy do miseczki, jest pyszniutki – bez żadnych dodatków, gładziutki jak pupcia niemowlaka. Serwatkę zlałam do słoika. Pycha i samo zdrowie. Zawekowałam kupione wczoraj jagódki. Stoją teraz słoiczki dupką do góry, żeby się dobrze zamknęły. Zapewniam sobie odrobinę rozpusty w łazience: wio pod prysznic, i szampon na głowę – kupiony bynajmniej nie w żadnej sieciówce hipermarketów, a w body shop, a jakże! I balsam we włosy – na parę godzin. I mam tę pękną świadomość bycia przez parę godzin kobietą luksusową. Należy mi się :) Radio znów podaje informacje, ile osób zachorowało. No cóż… Ja jednak nie poddaję się, ja chcę żyć i żyć normalnie, a nie myśleć o strachu na każdym kroku.
Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że mieszkam w pięknym miejscu. Powiedzą niektórzy, że co może być pięknego w widoku blokowisk aż po horyzont. A jednak… to nie są blokowiska. To są miejsca, w których ludzie mają dach nad głową. Gdzieś tam ktoś gotuje obiad, ktoś inny ogląda telewizję, ktoś wychodzi, ktoś wraca. A nad tymi dachami – niebo przecudowne, i tym piękniejsze, że codziennie inne. Dziś na przykład mieni się odcieniami błękitu, oranżu, żółci, różu. Właściwie to powinnam mieć ustawiony na moim balkonie aparat fotograficzny, który przez cały dzień strzelałby z automatu zdjęcia minuta po minucie. Nie ma piękniejszego miejsca.
Duduś nadal w szafie.

piątek, 17 lipca 2020

Moje robione w czasie pandemii zapiski nie zawsze są stricte pandemiczne. W końcu my jednak w tej rzeczywistości w miarę normalnie żyjemy: chodzimy, robimy zakupy, prowadzimy domy, jemy, pijemy. Życie po prostu toczy się swoim torem.
Dzień zaczął się nie za bardzo, ale potem już było w porządku. Jakoś czasem tak jest, że zanim wstanę – jest gonitwa myśli, A potem jak już się podniesie – wszystko układa się dobrze. Dziś mały nieplanowany wypad na Chomiczówkę po odbiór pantofli. Niewielka była robota, tylko zmienić mi rzemyk na dłuższy. Nic z tego, spóźniłam się o parę minut, zakład zamknięty. Nic to, pojadę jutro, Chomiczówka jest zresztą bardzo ładną częścią Bielan.
Wychodząc od szewca przechodzę przez bazarek – bardzo dobrze zaopatrzony i niedrogi. Kupuję dobre ziemniaki – podłużne, więc łatwe do obierania. Pamiętam jak moja ukochana Babunia mówiła mi, żeby kupować właśnie takie – podłużne, nie za duże i nie za małe. A babunia wiedziała, co robi. Prowadziła w końcu swój dom i gospodarstwo w Głębokiem na Wileńszczyźnie (obecnie Białoruś), potem w czasie wojny po opuszczeniu Syberii z Wojskiem Andersa nieraz z towarzyszkami broni urządzała przyjęcia na dworze szacha Persji – Mohameda Rheza Pahlavi. Wspominała, jak szach po każdym przyjęciu - zanim pożegnał się z gośćmi – podchodził do pań, które które wszystko przygotowały - by im podziękować. O oczach szacha mówiła, że można się było w nich utopić :) No cóż, kobieta. Potem, już w Nowym Jorku – prowadziła dom Johna Kennedy'ego jak był jeszcze senatorem. Wspominała, jak Kennedy przychodził do kuchni i mówił „Pokaż Wanda, jak ty to robisz” kiedy przygotowywała jego ulubioną potrawę. No proszę, takie wspomnienia przy kupowaniu kartofli :) Kupuję jeszcze koper o dorodnych kwiatach na długich łodygach. Będzie kiszenie, oj będzie :) Nie mogę się oprzeć czarnym jagodom – tym, które znają zapach lasu i widziały ściółkę leśną.
Wracając do domu wstępuję do bardzo miłej kawiarenki/cukierenki/lodziarni. Na półce stoją prześliczne kubki w pięknych pastelowych kolorach. Pytam, czy są na sprzedaż. Nie są, ale można w wybranym na miejscu wypić kawę. Wybieram biało-różowy. Kawusia w takim smakuje znakomicie. Przypomina mi się w tym momencie pewien dzień sprzed lat, kiedy przy okazji wizyty w Konstancinie poszłyśmy z koleżanką na piwo do Starej Papierni, w której wyrabiano papier zanim ją przekształcono na restaurację. Piwo podano nam w przepięknych kuflach z cieniutkiego szkła z cudnym wyrytym na nich wzorem. Obu nam się te szklanice bardzo spodobały. Przy opłacaniu rachunku koleżanka zapytała kelnera: „Proszę pana. A gdybyśmy tak całkiem niechcący stłukły te kufle – ile musiałybyśmy za nie zapłacić?” Odpowiedź brzmiała: „Dają panie po 5 złotych, i kufle są wasze” :) Może zastosuję tę metodę przy następnej bytności w tej kafejce :) Na razie jednak tylko fotografuję kubek i dzbanuszek z różnych stron. Planuję to przenieść na papier.
Kupione wczoraj mleko pięknie się zakisiło. Jutro będzie z niego pyszny twarożek z tych, co ulepszaczy nie widział. Serwatka natomiast – do brzuszka.
Znowu nie zrobiłam tego, co zaplanowałam na wczoraj, a potem na dziś. Pilniejsza praca jednak zrobiona. Koperek pokrojony na krótsze kawałki, powkładany do foliowych śniadaniówek i włożony do zamrażalnika będzie czekał na wykorzystanie go do kiszenia. Czarne jagody (po warszawsku – borówki, z wileńska zaś – czernice) już przesypane cukrem (niewielką ilością) juro znajdą się w garnku i potem w słoiczkach, by w zimowe dni przypomnieć mi zapach lata. Kupione wczoraj mleko już się pięknie zsiadło i wisząc w gazie nad zlewem w kuchni jutro rano stanie się pysznym twarożkiem, który nie widział żadnych konserwantów.
Maciejka tak cudnie pachnie. Zachodzące słońce tak cudnie barwi niebo – za każdym razem inaczej. Naprawdę, nie ma dwóch takich samych zachodów słońca. Duduś dostaje szału. Gania nie wiadomo za czym. Jest dobrze.

czwartek, 16 lipca 2020

Pogoda nie nastraja pozytywnie. Mam tyle do zrobienia, a tak mało zrobiłam.
Posłuszna swemu postanowieniu, żeby nie dać się ogłupiać radiowej jedynce - ograniczam się do słuchania audycji nocnej. Zwykle są w porządku. Nie tym razem. Znów gadka o pandemii. Jakby nie mieli innych tematów na świętą noc. Gada jakiś pan doktór. Dzwonię. Chcę mu zadać parę pytań, a zwłaszcza to jedno: dlaczego wprowadzają ludzi w błąd nie informując dokładne o tym, kto jest zwolniony z obowiązku noszenia maseczki. Mam przed sobą rozporządzenie z 19 czerwca 2020. Telefon dzwoni. Nikt nie podnosi słuchawki. Teraz wierzę, że radiowa „jedynka” odbiera telefony wybiórczo. A pierdoły, jakie słyszę – przyprawiają o skręt kiszek. Dzisiaj z kolei w czasie „Lata z radiem” słyszę, że przewidują kolejną epidemię jesienią. Ja nie wirusa się boję. Chodzę bez maseczki (nie dlatego, że nie chcę, ale z powodu problemów z oddychaniem), z domu wychodzę dokąd chcę, kiedy chcę, na jak długo chcę - i żyję. Boję się, że wezmą nas jeszcze bardziej za mordy, że będzie powtórka ze stalinizmu, że znów nam pozamykają parki i cmentarze, a sami będą wjeżdżać limuzynami.
Tak się w ogóle zastanawiam nad mentalnością naszego społeczeństwa. Czy my umiemy być jednym narodem? Czy naprawdę nie umiemy przyjąć do wiadomości, że zawsze byli, są i zawsze będą wygrani i nie-wygrani (nie cierpię słowa „przegrany”. Przegrany jest tylko ten, kto nic nie robi, o nic się nie stara)? Czy musimy wzajemnie się opluwać?
No dobrze, dosyć o tym. Dziś dzień zaczyna się wprawdzie tak sobie, ale po jakiejś godzinie za sprawą pewnego telefonu wszystko nabiera piękniejszych barw. Około tygodnia wstecz zamówiłam przez internet fiksatywę do akwareli, akrylu i tempery. Dla niewtajemniczonych – to jest produkt służący do utrwalania obrazu. Na szczęście zamówiłam z zaznaczeniem, że płatność przy odbiorze. Dzwoniący do mnie dziś właściciel sklepu przeprasza mnie, że nie miał tego produktu i zamówił, że dostawa przyszła wczoraj ale bez tego produktu, i że widocznie w hurtowni też tego nie mieli. Zgadzamy się, że przetrzyma moje zamówienie do następnej dostawy, która prawdopodobnie przyjdzie za tydzień. Oczywiście, że się zgadzam. Siedzimy przecież wszyscy w tym samym gównie. Zaczyna się miła rozmowa :). Ten człowiek naprawdę sprawił, że dzień stał się radośniejszy :) Potem zaś – nic szczególnego. Trochę robię korektę moich poprzednich wpisów. Myślę bowiem o swego rodzaju pamiętniku pandemicznym. W końcu przecież ten okres też będzie historią. Jedno jest pewne: zachowam jako pamiątkę dwie maseczki. Wychodzę potem na zakupy, takie zwyczajne: masło, kartofle, mięso i dla osłody ciacha :) Powietrze pachnie tak cudnie. Idę się przejść. Skręcam w ulicę Leopolda Staffa. Pierwszy raz tędy idę. Piękna to ulica – jak moja Rzymska :) Ech, ta Rzymska… chyba do końca moich dni będzie za mną szła. Idę dalej. W budce, w której pani ma dobre pomidory – kupuję ich cztery. W domu wita Duduś – przy drzwiach i z pretensjami - „gdzie ty byłaś tyle czasu?” No już jestem, kiciuś, już jestem :)
W radio zapowiedzi bardzo groźnych burz nad całą Polską. I znów się boję o ten skrawek warszawskich Powązek – kwatera 223.
Dzień powoli chyli się ku końcowi. Duduś… gdzie jest Duduś? A, jest. Wiadomo. W szafie. Obok mnie rozpoczęta robótka. RFM Classic nadaje „Moon River”. Jest pięknie. Jest spokojnie. Jest domowo.

środa, 15 lipca 2020

Przebudzenie dzisiaj po bardzo nieprzyjemnej nocy, podczas której głowa bolała na całego. Zasypiam dopiero po zażyciu tabletki, co robię bardzo rzadko. A może to świadomość, że dzisiaj czekała mnie wizyta w pewnym urzędzie... Wizyta okazała się nie taka zła. Są jeszcze ludzie, którzy pewne rzeczy rozumieją. Pani mówi - bardzo grzecznie i nieśmiało - żeby następnym razem przyjść w maseczce. Mówię jej, że nie mogę bo mam problemy zdrowotne z oddechem, ale rozumiem jej prośbę i następnym razem dołożę starań, żeby czymś nos i usta zakryć, choćby wachlarzem. I jest w porządku.
Upał na nowo daje się we znaki. Nie gotuję zatem dzisiaj. W pobliżu jest dom, w którym mieszkała pani Krystyna Sienkiewicz. W piwnicy tego domu jest cudowna restauracyjka pod nazwą "Jadło pod podłogą". W ogrodzie również rozstawione są stoły, przy których również można usiąść by się posilić. A kuchnia tu naprawdę jest smaczna i niedroga. Za 23 złote można spożyć super obiad składający się z bardzo pożywnej zupy, drugiego dania z surówką i kompotu. Ponadto można tu spotkać bardzo miłych ludzi. Pani Krystyna tak dużo pisała o tym domu w swoich książkach: "Haftowane gałgany", "Cacko", "Skrawki". Kiedy je czytałam, nie przypuszczałam, że kiedyś będę tak blisko tego cudownego miejsca mieszkała i w nim bywała. I za każdym razem, kiedy tam jestem - mam wrażenie, że za chwilę sama pani Krystyna tu wejdzie. Dlatego - ilekroć idę tam się posilić - nie mówię, że idę do domu, w którym mieszkała Krystyna Sienkiewicz. Mówię, że idę "do pani Krystyny".
Załatwiwszy zatem swoją sprawę i posiliwszy się - ruszam po moje cotygodniowe zakupy - po mleko, co krowę widziało. Przy okazji wstępuję do sklepu dla artystów po komplet ołówków. Przy rysunkach pastelami lub nawet obrazkach malowanych akwarelą, akrylem czy temperą - nie wszystko da się zrobić pędzelkiem nawet najcieńszym i czasem jedno maźnięcie ołówkiem załatwi sprawę. Jutro zatem wracam do moich rysuneczków. A na dziś - ten wieczór, zapach maciejki, piękna kojąca muzyka, w ręku szydełko i kordonek, kiciuś obok. Jestem w bardzo dobrym miejscu.

niedziela, 12 lipca 2020

Bolesne skurcze łapią w nodze z samego rana, dopiero kiedy parę minut pomoczyłam w bardzo ciepłej wodzie – przeszło. Staram się jednak żyć normalnie w tym nienormalnym czasie. Pora na śniadanie. Wczoraj zakwaszone przez siebie mleko z tych, co krowę widziało – zlałam do gazy, i dzisiaj mam pyszny twarożek. Produktem ubocznym jest pyszna i zdrowa serwatka, której porcyjkę malutką Duduś wsunął tak, że echo się niosło po domu, trzęsły się jemu uszka i jeszcze miseczkę wylizał do czysta.
Czas wyjść z domu. Jadę najpierw na cmentarz do Mamy. Była ponownie nawałnica, i znów się boję o ten skraweczek maleńki. Przy cmentarzu łapią mnie niewielkie wprawdzie ale zawroty głowy. Zastanawiam się, czy nie wrócić do domu. Ale nie, nie mogę. Muszę zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Dochodzę do IV bramy. Przy stoisku ze zniczami i kwiatami oprócz tradycyjnych i jakże już moim zdaniem oklepanych wianuszków są zwyczajne polne kwiaty. Mama tak bardzo polne właśnie lubiła. Te akurat są prześliczne, takie kolorowe. Kupuję dwa bukiety. Jeden dla Mamy, drugi do domu. Zawroty głowy nie ustępują. Widzę jednak ludzi, więc czuję się w miarę bezpieczna. Mam poza tym na wewnętrznej stronie klapy mojej torebki przyklejoną kartkę ze swoim imieniem i nazwiskiem i numerami telefonów do mojej rodziny. Ponownie dociera do mnie, że już mnie dopadają dolegliwości związane z wiekiem, a tyle się jeszcze chce robić, doświadczyć, zobaczyć, przeżyć. Stawiam Mamie bukiet.
W drodze powrotnej wstępuję do kafejki. Może kawa mnie trochę wzmocni. Urocza obsługa. Nie taka zimnogrzeczna, a szalenie miła, rozluźniona. Kawa rzeczywiście mnie wzmacnia. Robię zdjęcie tej kafejki, chodzi mi o układ stolików do poćwiczenia ręki w rysunku kiedy nadejdą długie zimowe wieczory. Siedzący nieopodal pan pyta czy chcę, żeby on mi zrobił zdjęcie. Ja uprzejmie dziękuję. Parę jeszcze tylko zamieniamy zdań, że to do rysunku i ew. do pamiętnika pandemicznego (na stoliku jest tabliczka z napisem „Zdezynfekowano”). Wychodzę z kafejki. W tramwaju nagle dociera do mnie, że kiedy rozdawali rozum, ja stałam chyba na samym końcu kolejki. Panu – wiek 60+ nic nie brakowało. Chyba powinnam zacząć leczyć głupotę :)
Obowiązek obywatelski na koniec spełniony. Głos oddany – na Rafała Trzaskowskiego.

czwartek, 9 lipca 2020

No i znów niestety ciut pandemicznie.
Radio podało przed chwilą, że w Kazachstanie wykryto jakąś nieznaną dotąd formę zapalenia płuc, i że umieralność na nią w tym kraju jest o wiele wyższa, niż na Covit. Ja się nie tego boją. Ja się boję reakcji miłościwie jak dotąd nam panujących, jeżeli jeszcze będą panować. Ja się boję tego, że znów zaczną nas brać za mordy, że znów pozamykają w domach i praktycznie nic nam nie będzie wolno. Sami zaś będą stawali zwartym szeregiem na Placu Piłsudskiego, limuzynami wjeżdżali na Powązki podczas gdy nam nie wolno będzie odwiedzić grobów naszych matek, ojców, przyjaciół. A może to radio puściło nam fake newsa, w końcu to Jedynka. Czy ten strach przed nieznanym nigdy nas nie opuści?

środa, 8 lipca 2020

Dzień jakiś taki nie za bardzo. Czy to pogoda taka? Zimno jak diabli. No, ale wyjść trzeba, nie mogę pozwolić sobie na ponowne opadnięcie z sił. Dość tego miałam pozwoliwszy się zamknąć w domu. Popłacenie rachunków też jest dobrym pretekstem do wyjścia, oraz wykupienie mleka takiego, co krowę widziało. Zapisana jestem na to mleko na odbiór co tydzień :) Jak za PRLu :) Mój kiciuś dostaje porcyjkę raz na tydzień i bardzo to lubi, a miseczkę wylizuje do ostatniej kropelki. Jest pora obiadowa. Mijam restaurację, której muzyczna nazwa od jakiegoś czasu zapraszała mnie do przestąpienia ich progu. Wchodzę. Wystrój jak podrzędnej podmiejskiej restauracyjki z czasów PRLu. Proszę o menu. Ceny przekonują mnie, że jestem tu dwa razy: pierwszy i ostatni. Dziękuję i wychodzę. W domu wita mnie Duduś Jak dobrze, że ta kocinka jest.
W radio wiadomości – w dalszym ciągu o wczorajszym wypadku autobusu i wykryciu w organizmie kierowcy narkotyków. Skąd oni biorą takich ludzi i czemu nie prowadzą cyklicznych testów? Przypominam sobie sobie pewne zdarzenie sprzed kilkunastu lat, kiedy pod kołami autobusu omal nie zginęła na moich oczach moja matka. Jechałyśmy razem. Ja byłam po zastrzyku w staw kolanowy, miałam więc ograniczone możliwości ruchowe. Dojechałyśmy do naszego przystanku. Mama wysiadła pierwsza żeby pomóc mnie. Kierowca nie czekając, aż mama wysiądzie zamknął drzwi przytrzaskując jej rękę i ruszył. Nie reagował na moje głośne krzyki. Innych pasażerów ogarnęła znieczulica. Uratował mamę pan, który wysiadł tuż przed nią i zabiegł kierowcy drogę. Wezwałyśmy taksówkę. Pojechałyśmy na ostry dyżur do Szpitala na Solcu. Mama nie miała wtedy ubezpieczenia, lekarz odmówił udzielenia pierwszej pomocy. Polecił tylko maść na obtarcie na ręku. Kupiłyśmy tę maść, ale doszłyśmy do wniosku, że jeżeli trzeba to zapłacimy. Wróciłyśmy do szpitala. Lekarz od razu na dzień dobry powiedział do Mamy „No przecież mówiłem pani, żeby kupiła pani maść...” Powiedziałyśmy, że chcemy zapłacić. O, to już była zupełnie inna gadka. Ale najpierw trzeba było do kasy, zapłacić i dopiero potem udzielono dokładniej zbadano mamie rękę. Sprawę z autobusem zgłosiłyśmy na policję. Po roku odbyła się rozprawa sądowa. Kierowca dostał grzywnę w wysokości 150 złotych, rozłożoną na raty. Tak mi się to przypomniało w związku z dwoma ostatnimi wypadkami autobusowymi w Warszawie.
Wieczorem nastrój ciut lepszy. Trochę szydełkuję, kocina wskakuje mi na kolana, za oknem piękny zachód słońca. Jak to się dzieje, że widziałam już setki zachodów słońca z tego okna, a nigdy nie ma dwóch takich samych?
Rok temu kupiłam lampionik z wmontowanymi już lampkami ledowymi. Lubię go zapalać. Ale jest jakiś taki ciut nijaki. Mam już „pomysła” jak go ożywić :)

wtorek, 7 lipca 2020

Dziś ponownie ciut pandemicznie. Ale to później i nie jest to tematem mojego wpisu.
Planowałam od dwóch tygodni wyjście dziś do klubokawiarni na wieczór z muzyką. Dojeżdżam według informacji ZTM. Wysiadam na wskazanym przystanku. Zupełnie nie wiem, w którym kierunku iść, a zanim moja komórka odbierze internet, to dzień przeminie. Pytam więc przypadkowego przechodnia. Wyciąga swoją komórkę. Wynika stąd, że mam spory kawał do dojścia. Rezygnuję w takim razie, gdyż nie mam ochoty ryzykować wracając wieczorem po opustoszałej nieznanej sobie ulicy. Wsiadam do tramwaju i kieruję się do tyłu do siedzenia, w pobliżu którego nie ma innych pasażerów, a zatem zachowany będzie dystans. Nawiasem mówiąc tu, gdzie w danej chwili stoję – pasażerowie dystans mają głęboko w poważaniu. Muszę ich minąć, żeby dojść na upatrzone miejsce. Słyszę od siedzącej kobiety – maska na ustach, nos odkryty - „Pani zapłaci 30 tysięcy”. Odpowiadam, że nie zapłacę ani grosza, wyciągam z torby rozporządzenie z odpowiednim ustępem zaznaczonym na czerwono. Kobieta mówi „Niech pani nie chucha”. Stoję w przepisowej od niej odległości. Mam ochotę zapytać czy wolno mi oddychać, ale wolę przemilczeć. Nawiasem mówiąc przyłbica też nie jest powinnam nosić, gdyż rozregulowuje jednak wzrok, a biorąc pod uwagę, że mam sztuczną soczewkę po zabiegu – jest dla mnie bardzo niewskazana. Siadam na upatrzonym miejscu. Zdenerwowanie jednak mnie nie opuszcza. Tramwaj zatrzymuje się na Placu Konstytucji. O, znana mi okolica, a wieki tu nie byłam. Wysiadam. Idę spacerkiem ulicą Marszałkowską. Mijam adres Pl. Konstytucji 6. Na budynku tablica. Czytam: „W tym miejscu stał dom, w którym mieszkał Lucjan Szenwald – żołnierz i kronikarz I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Zginął w walce o Polskę w r. 1944.” Szkoda, że nie piszą – gdzie. Idę dalej. Mijam Teatr Polonia. Jak to dobrze, że teatry – pod obostrzeniami wprawdzie, ale już jednak działają. Dalej natrafiam kamienicę z ciekawą bramą. Widzę również podwórko. Na bramie kamienicy wisi informacja, że w podwórku wisi obraz Chrystusa Miłosiernego namalowany podczas bombardowania 11 września 1944 przez Pereca Willenberga – artysty plastyka specjalizującego się w malowaniu fresków synagogalnych, który ukrywał się w tym budynku podczas Powstania Warszawskiego. Zaciekawiona wchodzę chcąc zobaczyć ten obraz. Część podwórka ogrodzona blachą. Obrazu nie widzę. Pytam o niego wchodzącą kobietę. Odpowiada, że jest ale za ogrodzeniem, i że taki stan już trwa dwa lata i nic tu nie jest robione. Ciśnie się na usta parę słów. Co robić, ruszam dalej. Mijam witrynę Galerii Książki. Zatrzymuję się chwilkę. Widzę otwarty egzemplarz a w nim ciekawe cytaty. Mijam parę ciekawych budynków. Znam je już dobrze, ale za każdym razem odkrywam je na nowo. Posilam się w przytulnej kawiarence. Nikt mnie nie pyta o maseczkę. Najwyraźniej pracownicy są dobrze zaznajomieni z rozporządzeniami.
Staram się – nawet jak mi jakiś plan nie wypali – zastąpić go czymś innym. Ten spacer był takim właśnie zastępstwem. A po nim jakże cudownie jest znaleźć się pod swoim dachem, słyszeć głośne wymówki kociny, otworzyć drzwi na balkon i wdychać zapach maciejki :) A część zrobionych fotek wykorzystam do malowania kiedy już nadejdą długie zimowe wieczory.

niedziela, 5 lipca 2020

Leży przede mną kupiona dziś w maleńkiej księgarence na Pradze książka pod tytułem „Umrzeć za Gdańsk” autorstwa Tomasza Lisa, z wizerunkiem tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska – Pawła Adamowicza. Z tyłu okładki jest napisane, że są to właściwie rozmowy o Gdańsku, o jego historii, o jego magii i o wpływie, jaki wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat wywarły na historię Polski. I po raz kolejny się przekonałam, że Gdańsk odcisnął bardzo trwały ślad w moim sercu. Gdańsk, i jego ludzie.
Rok 1959. Przyjechała nasza rodzina z Wileńszczyzny w ramach repatriacji. Mateńka i ja nie wróciłyśmy już do Wrocławia. No cóż, poplątały się sprawy rodzinne, wojna namieszała w losach Mateńki i rodziny. Wilniucy wtedy po wyjeździe "z Polski do Polski" jak to moja Mateńka nazywała zakotwiczali albo w Gdańsku, żeby było blisko wracać, albo w Szczecinie - żeby było jak najdalej, żeby nic nie przypominało rodzinnych stron. W naszej rodzinie padło na Gdańsk. Nie wiem, czy Mama już tam kogoś znała, może ktoś z przyjaciół z Wileńszczyzny już tam był - nie wiem tego i już niestety chyba się nie dowiem. Mama kupiła mieszkanie - piękne, trzypokojowe we Wrzeszczu na rogu Miszewskiego i Grunwaldzkiej. Dwa pokoje były duże, ten trzeci to malutki. Ponieważ jest to kamienica przedwojenna - domyślaliśmy się, że był to pokoik dla służącej, bo był tuż obok ogromnej kuchni, z której z kolei wchodziło się dwóch komórek. Jedną z nich zagospodarował wujek Bronek na swoją pracownię fotograficzną. Jakże lubiłam towarzyszyć mu przy wywoływaniu zdjęć, patrzeć jak w pojemniczkach wypełnionych - jak wtedy myślałam - wodą - pływają prostokąciki chyba kartoników, na których stopniowo jawią się nasze postacie. W drugiej komórce była spiżarnia. Nikt wtedy nie słyszał o czymś takim jak lodówka. Sprawami kuchennymi zajmowała się ciocia Kazia Barzdo. Ilekroć myślę o niej z tamtego czasu - widzę ją stojącą nad garnkami. A równej jej po prostu nie było. Żywność ciocia Kazia kupowała na pobliskim rynku. To był prawdziwy rynek, nie taki - jak dziś - z eleganckimi pawilonami. Tam zajeżdżały chłopskie furmanki, konie jadły owies z obroku, wiejskie baby sprzedawały z blaszanych baniaków mleko lub śmietanę. Pamiętam, jak ciocia Kazia śmietanę kupowała. Baba kapnęła cioci troszeczkę na rękę, ciocia próbowała i dopiero kupowała. Jakaż to była śmietana - mój Boże! Niebo w gębie :)
Chodziłam do szkoły podstawowej nr 17 im. Stefana Czarneckiego. W pierwszej klasie dano nam kokardki, które nosiliśmy na fartuszkach. Kokardki czerwone to była klasa 1 A (moja), zielone to klasa 1 B. Takiego samego koloru kokardki, tylko że dużo większe - wisiały nad drzwiami do naszych sal. Wychowawczynią moją była Kazimiera Rusiniak - przekochana osoba.
Naszą parafią była Parafia Najświętszego Serca Jezusowego. Ulica, na której się znajdowała - wtedy nazywała się Czarna. Dziś to jest ulica Księdza Józefa Zator-Przytockiego. Biegałam tam na nabożeństwa majowe i czerwcowe z ciocią Józią, którą kochałam najbardziej. Proboszczem w tym czasie był tam ks. Kazimierz Mirynowski - również repatriant. Gospodynią jego była jego macocha, którą bardzo kochał. Znał moją Mamę i moich dziadków jeszcze z Wileńszczyzny - z Głębokiego. Często przychodził do nas do domu. Lubiłam go bardzo. Wprowadzał nastrój wielkiej serdeczności. Ilekroć widziałam go spowiadającego z konfesjonale – wpatrywałam się w niego wręcz odwracając się tyłem do ołtarza. W Sopocie zamieszkała rodzina państwa Ostaszewskich. Chyba to byli przyjaciele moich dziadków. Jakże ja lubiłam bywać w ich domku otoczonym pięknym ogrodem. Z tego domku pamiętam jedynie pokoik cioci Irki, a w nim ołtarzyk z maleńką gipsową figurką Matki Boskiej. Uparłam się, że i ja muszę taki ołtarzyk mieć i taką figurkę. Tak długo wierciłam Mamie dziurę w brzuchu, że w końcu mi taką figurkę kupiła, a ja ołtarzyk urządziłam przy swoim tapczaniku. Była jeszcze nasza rodzina – Szypiłłowie: ciocia Tereska, wujek Zdzsio, Waldek. Po jakimś czasie ta gromadka powiększyła się o jeszcze jedną osobę – Ilonkę :) Z Ilonką kontakt się cudownie odnowił całkiem niedawno. Patrząc na jej zdjęcia trudno mi dzisiaj uwierzyć, że kiedyś nosiłam ją na rękach.
Niestety los ponownie spłatał figla. Mama musiała mieszkanie sprzedać. Rodzina się rozjechała. Ciocia Kazia z wujkiem Tośkiem zamieszkali na gdańskich Stogach, ciocia Józia z wujkiem Bronkiem najpierw znaleźli lokum w Gdańsku na ulicy Seredyńskiego a potem w Jelitkowie. A Mama i ja – opuściłyśmy Wybrzeże całkowicie i przeniosłyśmy się na jakiś czas do podwarszawskiego Piastowa. Pamiętam jak strasznie moja Mama płakała żegnając się z moją wychowawczynią i potem jak ciężarówka z nami i naszym dobytkiem ruszyła spod domu. Trudno mi było przyzwyczaić się do nowej szkoły i nowej wychowawczyni. To już nie była moja kochana pani Rusiniakowa.
Minęło wiele lat, i znów przez dwa lata byłam gdańszczanką. Dane mi było spotkać na mojej drodze wspaniałych ludzi, z którymi kontakt utrzymuje się do dzisiaj. Dane mi było również parę razy zetknąć się z Pawłem Adamowiczem – bardzo kochanym przez nas - gdańszczan. On też był potomkiem wygnańców z Wileńszczyzny.
Mój Boże. Jedna książka, a tyle wspomnień.