Samopoczucie takie sobie. Wychodzę do azjatyckiej restauracyjki gdyż nie mam jeszcze siły stać przy garach. Posilam się schabowym i dużą ilością surówki.
Przypomina mi się pewne zdarzenie sprzed lat. Jest rok dwa tysiące któryś. Za parę dni jest Wigilia Bożego Narodzenia. Przylatuje z Nowego Jorku moja Mama. W przeddzień Jej przylotu dopada mnie choróbsko. Temperatura 39 stopni. Wiadomo już, że na lotnisko nie pojadę. Dzwonię do najbliższej przyjaciółki mojej Mamy z prośbą, żeby spotkała ją na lotnisku. Nie może. Na drugi dzień dzwonię na lotnisko, podaję nazwisko Mamy, nazwę linii i numer rejsu, proszę, żeby zawiadomiono Mamę, że nie przyjadę. Mijają dwie godziny, ja stoję w kuchni gotując sobie wodę na herbatę. Spoglądam przez okno na ulicę – o mój Boże! Podjeżdża taksówka, zatrzymuje się tuż przed domem. MAMAAAA!!!! Widzę, jak wychodzi z taksówki, widzę Jej kochaną siwą głowę! Boże, jaki to cudny widok! Witamy się. Mama każe się kłaść, przygotowuje śniadanie. Tak sobie myślę – niechby dziś sfrunęła do mnie z wysokiego nieba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze mile widziane.