Wspomnień czar

piątek, 17 lipca 2020

Moje robione w czasie pandemii zapiski nie zawsze są stricte pandemiczne. W końcu my jednak w tej rzeczywistości w miarę normalnie żyjemy: chodzimy, robimy zakupy, prowadzimy domy, jemy, pijemy. Życie po prostu toczy się swoim torem.
Dzień zaczął się nie za bardzo, ale potem już było w porządku. Jakoś czasem tak jest, że zanim wstanę – jest gonitwa myśli, A potem jak już się podniesie – wszystko układa się dobrze. Dziś mały nieplanowany wypad na Chomiczówkę po odbiór pantofli. Niewielka była robota, tylko zmienić mi rzemyk na dłuższy. Nic z tego, spóźniłam się o parę minut, zakład zamknięty. Nic to, pojadę jutro, Chomiczówka jest zresztą bardzo ładną częścią Bielan.
Wychodząc od szewca przechodzę przez bazarek – bardzo dobrze zaopatrzony i niedrogi. Kupuję dobre ziemniaki – podłużne, więc łatwe do obierania. Pamiętam jak moja ukochana Babunia mówiła mi, żeby kupować właśnie takie – podłużne, nie za duże i nie za małe. A babunia wiedziała, co robi. Prowadziła w końcu swój dom i gospodarstwo w Głębokiem na Wileńszczyźnie (obecnie Białoruś), potem w czasie wojny po opuszczeniu Syberii z Wojskiem Andersa nieraz z towarzyszkami broni urządzała przyjęcia na dworze szacha Persji – Mohameda Rheza Pahlavi. Wspominała, jak szach po każdym przyjęciu - zanim pożegnał się z gośćmi – podchodził do pań, które które wszystko przygotowały - by im podziękować. O oczach szacha mówiła, że można się było w nich utopić :) No cóż, kobieta. Potem, już w Nowym Jorku – prowadziła dom Johna Kennedy'ego jak był jeszcze senatorem. Wspominała, jak Kennedy przychodził do kuchni i mówił „Pokaż Wanda, jak ty to robisz” kiedy przygotowywała jego ulubioną potrawę. No proszę, takie wspomnienia przy kupowaniu kartofli :) Kupuję jeszcze koper o dorodnych kwiatach na długich łodygach. Będzie kiszenie, oj będzie :) Nie mogę się oprzeć czarnym jagodom – tym, które znają zapach lasu i widziały ściółkę leśną.
Wracając do domu wstępuję do bardzo miłej kawiarenki/cukierenki/lodziarni. Na półce stoją prześliczne kubki w pięknych pastelowych kolorach. Pytam, czy są na sprzedaż. Nie są, ale można w wybranym na miejscu wypić kawę. Wybieram biało-różowy. Kawusia w takim smakuje znakomicie. Przypomina mi się w tym momencie pewien dzień sprzed lat, kiedy przy okazji wizyty w Konstancinie poszłyśmy z koleżanką na piwo do Starej Papierni, w której wyrabiano papier zanim ją przekształcono na restaurację. Piwo podano nam w przepięknych kuflach z cieniutkiego szkła z cudnym wyrytym na nich wzorem. Obu nam się te szklanice bardzo spodobały. Przy opłacaniu rachunku koleżanka zapytała kelnera: „Proszę pana. A gdybyśmy tak całkiem niechcący stłukły te kufle – ile musiałybyśmy za nie zapłacić?” Odpowiedź brzmiała: „Dają panie po 5 złotych, i kufle są wasze” :) Może zastosuję tę metodę przy następnej bytności w tej kafejce :) Na razie jednak tylko fotografuję kubek i dzbanuszek z różnych stron. Planuję to przenieść na papier.
Kupione wczoraj mleko pięknie się zakisiło. Jutro będzie z niego pyszny twarożek z tych, co ulepszaczy nie widział. Serwatka natomiast – do brzuszka.
Znowu nie zrobiłam tego, co zaplanowałam na wczoraj, a potem na dziś. Pilniejsza praca jednak zrobiona. Koperek pokrojony na krótsze kawałki, powkładany do foliowych śniadaniówek i włożony do zamrażalnika będzie czekał na wykorzystanie go do kiszenia. Czarne jagody (po warszawsku – borówki, z wileńska zaś – czernice) już przesypane cukrem (niewielką ilością) juro znajdą się w garnku i potem w słoiczkach, by w zimowe dni przypomnieć mi zapach lata. Kupione wczoraj mleko już się pięknie zsiadło i wisząc w gazie nad zlewem w kuchni jutro rano stanie się pysznym twarożkiem, który nie widział żadnych konserwantów.
Maciejka tak cudnie pachnie. Zachodzące słońce tak cudnie barwi niebo – za każdym razem inaczej. Naprawdę, nie ma dwóch takich samych zachodów słońca. Duduś dostaje szału. Gania nie wiadomo za czym. Jest dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze mile widziane.