Moje
robione w czasie pandemii zapiski nie zawsze są stricte pandemiczne.
W końcu my jednak w tej rzeczywistości w miarę normalnie żyjemy:
chodzimy, robimy zakupy, prowadzimy domy, jemy, pijemy. Życie po
prostu toczy się swoim torem.
Dzień
zaczął się nie za bardzo, ale potem już było w porządku. Jakoś
czasem tak jest, że zanim wstanę – jest gonitwa myśli, A potem
jak już się podniesie – wszystko układa się dobrze. Dziś mały
nieplanowany wypad na Chomiczówkę po odbiór pantofli. Niewielka
była robota, tylko zmienić mi rzemyk na dłuższy. Nic z tego,
spóźniłam się o parę minut, zakład zamknięty. Nic to, pojadę
jutro, Chomiczówka jest zresztą bardzo ładną częścią Bielan.
Wychodząc
od szewca przechodzę przez bazarek – bardzo dobrze zaopatrzony i
niedrogi. Kupuję dobre ziemniaki – podłużne, więc łatwe do
obierania. Pamiętam jak moja ukochana Babunia mówiła mi, żeby
kupować właśnie takie – podłużne, nie za duże i nie za małe.
A babunia wiedziała, co robi. Prowadziła w końcu swój dom i
gospodarstwo w Głębokiem na Wileńszczyźnie (obecnie Białoruś),
potem w czasie wojny po opuszczeniu Syberii z Wojskiem Andersa nieraz
z towarzyszkami broni urządzała przyjęcia na dworze szacha Persji
– Mohameda Rheza Pahlavi. Wspominała, jak szach po każdym
przyjęciu - zanim pożegnał się z gośćmi – podchodził do pań,
które które wszystko przygotowały - by im podziękować. O oczach
szacha mówiła, że można się było w nich utopić :) No cóż,
kobieta. Potem, już w Nowym Jorku – prowadziła dom Johna
Kennedy'ego jak był jeszcze senatorem. Wspominała, jak Kennedy
przychodził do kuchni i mówił „Pokaż Wanda, jak ty to robisz”
kiedy przygotowywała jego ulubioną potrawę. No proszę, takie
wspomnienia przy kupowaniu kartofli :) Kupuję jeszcze koper o
dorodnych kwiatach na długich łodygach. Będzie kiszenie, oj będzie
:) Nie mogę się oprzeć czarnym jagodom – tym, które znają
zapach lasu i widziały ściółkę leśną.
Wracając
do domu wstępuję do bardzo miłej kawiarenki/cukierenki/lodziarni.
Na półce stoją prześliczne kubki w pięknych pastelowych
kolorach. Pytam, czy są na sprzedaż. Nie są, ale można w wybranym
na miejscu wypić kawę. Wybieram biało-różowy. Kawusia w takim
smakuje znakomicie. Przypomina mi się w tym momencie pewien dzień
sprzed lat, kiedy przy okazji wizyty w Konstancinie poszłyśmy z
koleżanką na piwo do Starej Papierni, w której wyrabiano papier
zanim ją przekształcono na restaurację. Piwo podano nam w
przepięknych kuflach z cieniutkiego szkła z cudnym wyrytym na nich
wzorem. Obu nam się te szklanice bardzo spodobały. Przy opłacaniu
rachunku koleżanka zapytała kelnera: „Proszę pana. A gdybyśmy
tak całkiem niechcący stłukły te kufle – ile musiałybyśmy za
nie zapłacić?” Odpowiedź brzmiała: „Dają panie po 5 złotych,
i kufle są wasze” :) Może zastosuję tę metodę przy następnej
bytności w tej kafejce :) Na razie jednak tylko fotografuję kubek i
dzbanuszek z różnych stron. Planuję to przenieść na papier.
Kupione
wczoraj mleko pięknie się zakisiło. Jutro będzie z niego pyszny
twarożek z tych, co ulepszaczy nie widział. Serwatka natomiast –
do brzuszka.
Znowu
nie zrobiłam tego, co zaplanowałam na wczoraj, a potem na dziś.
Pilniejsza praca jednak zrobiona. Koperek pokrojony na krótsze
kawałki, powkładany do foliowych śniadaniówek i włożony do
zamrażalnika będzie czekał na wykorzystanie go do kiszenia. Czarne
jagody (po warszawsku – borówki, z wileńska zaś – czernice)
już przesypane cukrem (niewielką ilością) juro znajdą się w
garnku i potem w słoiczkach, by w zimowe dni przypomnieć mi zapach
lata. Kupione wczoraj mleko już się pięknie zsiadło i wisząc w
gazie nad zlewem w kuchni jutro rano stanie się pysznym twarożkiem,
który nie widział żadnych konserwantów.
Maciejka
tak cudnie pachnie. Zachodzące słońce tak cudnie barwi niebo –
za każdym razem inaczej. Naprawdę, nie ma dwóch takich samych
zachodów słońca. Duduś dostaje szału. Gania nie wiadomo za czym.
Jest dobrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze mile widziane.