Wspomnień czar

poniedziałek, 5 października 2020

Kolejny dzień minął. Pora wybrać się do banku, wziąć trochę gotówki, żeby mieć w domu trochę w razie potrzeby, a i przy okazji w pobliskiej Żabce uiścić opłaty. Wychodzę z domu – a tu deszcz. Nic to. Stoję pod zadaszeniem żeby choć trochę świeżego powietrza wpuścić do płuc. Rejestruję przy okazji trochę tych pięknych jesienno-deszczowych widoków mojej okolicy. Deszcz przestaje padać, ruszam zatem w kierunku banku, choć kolor nieba nie zapowiada nic ciekawego. Pobieram potrzebną mi sumę, wstępuję do Żabki. Niestety mają problem z internetem i z płacenia rachunków przez najbliższe półtorej godziny – nici. No nic, musi to zaczekać do jutra. Pod wiatą przystanku autobusowego delektuję się kupioną w tejże Żabce kawą – pierwszą od dwóch tygodni. Boże, jaki ta zwykła kawa ma niebiański smak. Deszcz zaczyna padać na nowo, po chwili zaś już leje. Leje krótko, ale jednak. Chowam się do bramy, wzywam taksówkę. Wiem, że odległość dzieląca mnie od domu jest malutka, ale nie chcę ryzykować ani dopiero co odzyskanego zdrowia, ani życia. Taksówka podjeżdża szybciutko. Przepraszam kierowcę od razu, że odległość taka krótka. Taksówkarz rozumie, że się boję zmoknąć. Jestem w domu.

Teraz, kiedy normalnie już oddycham, chodzę, krzątam się po domu nadrabiając chorobowe zaniedbania – dociera do mnie, przez jakie piekło przeszłam zaledwie parę dni temu. Przy każdym kaszlnięciu ból w płucach ogromny – przeszywający całą klatkę piersiową. Oddychanie utrudnione do granic wytrzymałości. Jedyna pozycja, w jakiej jeszcze można jako tako funkcjonować – to pół-leżąca. Temperatura w dzień normalna, po godzinie 18 jednak 37,7, 37,9. Nie to jednak było najgorsze. Najgorszy dla mnie był ten okropny strach – a co, jeżeli lekarka się pomyliła, jeżeli czegoś nie dostrzegła, jeżeli jednak to covid? Po paru dniach jednak końska dawka antybiotyku – 500 mg (zażywany raz dziennie) zaczyna działać. Stopniowo wstaję, pokrzątam się, odpoczywam. Stopniowo dawkuję sobie wyjścia na dwór. Nie ryzykuję jednak. Aktywność na zewnątrz dawkuję sobie stopniowo. Nie chcę „powtórki z rozrywki”, Tego nie zrozumie nikt, kto tego koszmaru spotęgowanego jeszcze strachem nie przeszedł, i nikomu tego nie życzę.

niedziela, 4 października 2020

 

Z każdym dniem czuję się coraz zdrowsza i coraz silniejsza. Jeszcze pokasłuję, ale już bez bólu w płucach. Boże, jak cudownie jest móc normalnie oddychać, normalnie siadać, wstawać i chodzić bez strachu, że może zaboleć :) Za oknem wietrznie i niefajnie, wychodzę zatem z domu tylko na minutkę postać pod zadaszeniem. Przygotowuję na jutro pierś kurzą – marynuję w ziołach prowansalskich. Dzisiaj posilam się mięsem z rosołu – udkiem kurzym, szponderem i korpusem – w potrawce. Wychodzi mi całkiem całkiem. Jest wieczór. W domu spokojniutko. Kocina spokojnie pomrukuje przez sen – oczywiście na mojej kanapie, bo gdzieżby indziej :) Z radyjka dobiegają dźwięki muzyki Chopina. Oglądam film na youtube „Tess D'Urbelville” i jednocześnie dziergam dalsze rzędy mojego świątecznego bieżnika. Jutro – jeżeli Bozia pozwoli – do banku pouiszczać opłaty, uregulować zobowiązania. 


 

sobota, 3 października 2020

Omija mnie dzisiaj niestety bardzo ważne wydarzenie rodzinne. No cóż. Obcy by nie zrozumiał, ale najbliżsi wiedzą i rozumieją. Dziś oficjalnie mocą dokumentu podpisanego w warszawskim Pałacu Ślubów rodzina powiększyła się o pewnego wspaniałego młodego człowieka. Mateńko, to ile nas już teraz tej rodziny jest – Zegarowskich, Bartlów i Daszkiewiczów? Oj, chyba jak się nas zbierze wszystkich do kupy to klan Kennedych wysiada.

Dzisiaj po raz drugi wychodzę z domu. Nie mam wyboru. Muszę pojechać parę przystanków dalej po żwirek dla Dudusia. Wiem. Mogłabym pójść do sklepu dla zwierząt na Alei Reymonta, ale tam musiałabym dojść i potem wracać taszcząc wprawdzie zakup w torbie na kółkach, ale przy moich jeszcze nadwerężonych siłach byłoby to trudne. Lżej mi jest wsiąść do tramwaju (niskopodłowego), podjechać tych parę przystanków i przejść przez ulicę wprost do Auchan. Maseczkę oczywiście zakładam, choć mam na ten temat swoje zdanie - odmienne od miłościwie nam panujących - no ale mus to mus. W drodze powrotnej siadam na pobliskiej ławeczce, oddycham głęboko, napawam oczy kolorami ulicy. Jeszcze tylko podstawowe zakupy w naszym osiedlowym sklepiku. Nie mam jeszcze siły iść do banku, płacę więc kartą. Nie robiłam tego przez wiele lat i czuję się z tym bardzo niekomfortowo, no ale trzeba. Jeszcze pokasłuję, ale płuca już nie bolą. Jak dobrze jest zdrowieć.

piątek, 2 października 2020

Dziś nie tak miło

Dziś nie będzie tak miło. Wczorajszy miły dzień szlag trafił po zdenerwowaniu po przykrej rozmowie. Co gorsza – diabli wzięli również lepsze samopoczucie. Noc była przechlapana: kaszel, ból w płucu, duszności. Ulga nadchodzi dopiero dziś około godz. 10 rano. Tak się zastanawiam, czy są jeszcze - poza rodziną – osoby, na których dobre słowo można liczyć w potrzebie. Na mój wpis na facebooku pięknie reaguje moja przyjaciółka Jadzia prosząc mnie w wiadomości prywatnej o wydzierganie jej czapki na szydełku.

Pogoda dzisiaj deszczowa. Nigdzie zatem nie wychodzę. Towarzystwa dotrzymuje mi przez calusieńki czas mój kiciuś Duduś. Jak to dobrze, że właśnie jego przygarnęłam pod swój dach jeszcze w Gdańsku. Mam nadzieję, że dzisiejsza noc będzie przespana.

 

czwartek, 1 października 2020

Świat jest piękny.

O jakże to piękny jest dzień. Po tylu dniach wychodzzę dziś na pierwszy spacer. Postanowienie moje jest wyjść dzisiaj tylko na chwilę, stanąć pod zadaszeniem by tylko złapać ciut świeżego powietrza, ewentualnie przejść się trochę wokół domu. Posuwam się o krok dalej: robię podstawowe zakupy w pobliskim sklepiku. Niewiele kupuję, bo nie chcę jeszcze przedobrzyć. Kolory jesieni – naszej złotej polskiej – są takie cudne, tak cieszą oczy. Świeże choć już jesienne powietrze tak cudnie gładzi nozdrza. Świat jest taki piękny. Szkoda tylko, że nie zawsze to dostrzegamy, że szukamy piękna gdzieś daleko podczas gdy ono jest na wyciągnięcie ręki.

 

środa, 30 września 2020

Chyba zdrowieję

Powoli bo powoli ale lekarstwa zapisane mi przez moją panią doktór zaczynają działać. Jestem przy przedostatnim antybiotyku. Dziś w nocy chyba było jakieś przesilenie, ale dałam w końcu radę. Muzyka z radia – taka piękna, spokojna – koiła nerwy. Calusieńką noc leżał na mnie Duduś. Kilka razy siadałam na kanapie opierając się o jej oparcie, gdyż wtedy oddychanie było o wiele łatwiejsze. Nawet wtedy Duduś ładował mi się na kolana i całą siłą tulił mi się do piersi włączając jednocześnie na cały regulator ruski traktor na luzie. Dziś rano natomiast zwinął mi się w kłębuszek tuż przy moim boku w nosku mając to, że ja muszę wstać i zjeść przed przyjęciem lekarstwa. W końcu dał się przekonać. Zakupy mam zrobione. Skorzystałam z dobrodziejstwa bliskości sklepiku spożywczego mieszczącego się w odległości 100 metrów od mojego domu – nie najtańszego wprawdzie, ale zaopatrzonego w podstawowe produkty. Wcinam banany, nie gardzę również pomidorami. Dzisiaj powinnam iść po moją dawkę mleka, ale świat się nie zawali, jeżeli raz nie pójdę. Odpoczynek przede wszystkim.

Najgorsze w tym wszystkim jest dla mnie to, że w zalewie tego, co się teraz wokół nas dzieje - gubimy się w tym wszystkim. Kto wie. Może gdybym od razu zasięgnęła teleporady i poszła do mojej pani doktór – byłabym już zdrowa. Nic to chyba, że nie była uprzejma. Ważniejsze jest dla mnie to, że pomogła.

 

sobota, 26 września 2020

Lekarstwa pomogły, i to jest chyba na teraz najważniejsze.

 

Lekarstwa pomogły, i to jest chyba na teraz najważniejsze. Po raz pierwszy od wielu dni budzę się dziś rano bez bólu w płucu. Leżę sobie leniwie trochę się rozkoszując tym brakiem bólu. Jakaż to prawdziwa rozkosz tak móc sobie spokojnie normalnie oddychać.

Za długo jednak leżeć nie mogę. Muszę kupić dla siebie pewną rzecz w aptece, dla Dudusia żwirek i dla siebie pieczywko, bo wszystko inne już mam. Ubieram się, schodzę do apteki koło swojego domu – Dr. Max na ulicy Daniłowskiego. Mam twarz osłoniętą przyłbicą. Wchodzę do środka. Przy okienku obsługiwana jest jedna osoba. Staję w odległości o wiele większej niż ta przepisowa – 2 metry. Wraca niestety kaszel – nie tak już uporczywy, jak jeszcze wczoraj. Pani magister – młoda osoba – prosi mnie, bym wyszła i zaczekała na zewnątrz. Odmawiam. Mówię, że zachowuję wszystkie zasady, i że ona nie ma prawa mnie wypraszać. Kupuję potrzebną mi rzecz. Jestem jednak osłabiona – pocę się. Ruszam naprzeciwko ulicy po żwirek dla Dudusia i pieczywo dla siebie. Sklep zamknięty, i podobno pobliski Megasam również. No cóż, wsiadam w tramwaj i ruszam do Oszołoma (czyt. Auchan). Ten na pewno będzie otwarty. Jest otwarty. Kupuję co trzeba, plus na stoisku ulicznym trochę kartofli i trochę jabłek. Wracam do domu. Wołowinka na gulasz już się od wczoraj zamarynowała w ziołach prowansalskich, już gotowa do smażenia i do gotowania.

Jesień już powolutku ale coraz wyraźniej zaczyna barwić liście drzew na złoto. Świat jest taki piękny, a za parę tygodni nasza piękna złota polska rozgości się na dobre :) Jutro dzień leniuchowania. Należy mi się :)