Wspomnień czar

piątek, 19 czerwca 2020

Radio podaje wiadomość, że dziś ponad 300 zachorowań na koronawirusa i 30 osób zmarło. To co, zaprzestają podawania dokładnej liczby? A może sami cholera jasna się w tym pogubili? W jakim ja kraju żyję?
Zniechęcona wczorajszym bezskutecznym dzwonieniem po przychodniach postanawiam dzisiaj nie dzwonić tylko po prostu iść do jednej. Zaczyna jednak padać, potem grzmieć. Po przejściu pierwszej burzy jednak jeszcze raz dzwonię. O Mateńko, słysz sygnał/ O cudzie, połączenie przyjęte. O następny cudzie! Wizyta normalna - nie na telefon - wyznaczona na 28 lipca. Jak na nasze polskie warunki - nawet nie pandemiczne - to jest tryb ekspresowy. Mam tylko dostarczyć skierowanie w ciągu czternastu dni. Nie ma sprawy, zaraz zaniosę, to jest na sąsiedniej ulicy.
Wchodzę do przychodni. Przed wejściem zakładam tę cholerną maseczkę. W maseczce i w środku w przychodni możliwość oddychania równa zeru. Rejestratorka zajęta rozmową z koleżanką. Robię parę kroków naprzód, żeby delikatnie dać do zrozumienia, że czekam. Zero reakcji. Mogłabym się głośno odezwać, że przepraszam, że stoję tu w kolejce, że nie wytrzymuję, Boję się jednak, bo a nuż mnie nie przyjmą. Ech, te PRLowskie nawyki... Pani w końcu przyjmuje, a wklepując moje skierowanie do komputera zaczyna rozmowę z kolejną koleżanką co jakiś czas odrywając się od tego, co ma do zrobienia. Oj, Dorotko, gęba w kubeł, gęba w kubeł. Wytrzymuję. Dostaję bilecik.
Padam na twarz. Idę do pobliskiej kawiarenki, która chyba już jest moją ulubioną. To Wake Up Cafe przy ul. Żeromskiego. Raczę się dobrą kawą i - a jakże - torcikiem. Zapomniałam wziąć książkę, a lubię sobie poczytać właśnie przy stoliczku kawiarnianym. No cóż, każdy ma swoje dziwactwa, to jest jedno z moich, Jutro żegnam sąsiada z mojego piętra. Dzwonię do parafii z pytaniem, czy zamiast maski mogę w kościele mieć przyłbicę. Tak, mogę. Siedząc sobie tak patrzę na ulicę, na sklepy po drugiej jej stronie. Po raz kolejny dochodzę do wniosku - parafrazując wypowiedź Janusza Korczaka, że Bielany są moja i ja jestem ich. U tej pani po lewej stronie są ładne pomidory. U tej po prawej z kolei widziałam ładne kalafiory. Z tyłu za mną sklep "Wierzejki" - gdzie mają dobre mięso i chleb, co mąkę widział. Kupuję schabowe i dwa bochenki chleba wileńskiego. Po drodze do domu wstępuję do Stokrotki, kupuję trochę ziemniaków i ser Gouda.
Szykuję sukienkę na jutro. Nie czarną, bo to w końcu nie rodzina. Wzorzystą, ale w stonowanych kolorach.
Zaczyna się burza i to nielicha. I znów się boję o ten skrawek maleńki na Powązkach, kwatera 223. Chyba tam pójdę jutro po uroczystości.

czwartek, 18 czerwca 2020

Radio podaje wiadomość, że dziś ponad 300 zachorowań na koronawirusa i 30 osób zmarło. To co, zaprzestają podawania dokładnej liczby? A może sami cholera jasna się w tym pogubili? W jakim ja kraju żyję?
Zniechęcona wczorajszym bezskutecznym dzwonieniem po przychodniach postanawiam dzisiaj nie dzwonić tylko po prostu iść do jednej. Zaczyna jednak padać, potem grzmieć. Po przejściu pierwszej burzy jednak jeszcze raz dzwonię. O Mateńko, słysz sygnał/ O cudzie, połączenie przyjęte. O następny cudzie! Wizyta normalna - nie na telefon - wyznaczona na 28 lipca. Jak na nasze polskie warunki - nawet nie pandemiczne - to jest tryb ekspresowy. Mam tylko dostarczyć skierowanie w ciągu czternastu dni. Nie ma sprawy, zaraz zaniosę, to jest na sąsiedniej ulicy.
Wchodzę do przychodni. Przed wejściem zakładam tę cholerną maseczkę. W maseczce i w środku w przychodni możliwość oddychania równa zeru. Rejestratorka zajęta rozmową z koleżanką. Robię parę kroków naprzód, żeby delikatnie dać do zrozumienia, że czekam. Zero reakcji. Mogłabym się głośno odezwać, że przepraszam, że stoję tu w kolejce, że nie wytrzymuję, Boję się jednak, bo a nuż mnie nie przyjmą. Ech, te PRLowskie nawyki... Pani w końcu przyjmuje, a wklepując moje skierowanie do komputera zaczyna rozmowę z kolejną koleżanką co jakiś czas odrywając się od tego, co ma do zrobienia. Oj, Dorotko, gęba w kubeł, gęba w kubeł. Wytrzymuję. Dostaję bilecik.
Padam na twarz. Idę do pobliskiej kawiarenki, która chyba już jest moją ulubioną. To Wake Up Cafe przy ul. Żeromskiego. Raczę się dobrą kawą i - a jakże - torcikiem. Zapomniałam wziąć książkę, a lubię sobie poczytać właśnie przy stoliczku kawiarnianym. No cóż, każdy ma swoje dziwactwa, to jest jedno z moich, Jutro żegnam sąsiada z mojego piętra. Dzwonię do parafii z pytaniem, czy zamiast maski mogę w kościele mieć przyłbicę. Tak, mogę. Siedząc sobie tak patrzę na ulicę, na sklepy po drugiej jej stronie. Po raz kolejny dochodzę do wniosku - parafrazując wypowiedź Janusza Korczaka, że Bielany są moja i ja jestem ich. U tej pani po lewej stronie są ładne pomidory. U tej po prawej z kolei widziałam ładne kalafiory. Z tyłu za mną sklep "Wierzejki" - gdzie mają dobre mięso i chleb, co mąkę widział. Kupuję schabowe i dwa bochenki chleba wileńskiego. Po drodze do domu wstępuję do Stokrotki, kupuję trochę ziemniaków i ser Gouda.
Szykuję sukienkę na jutro. Nie czarną, bo to w końcu nie rodzina. Wzorzystą, ale w stonowanych kolorach.
Zaczyna się burza i to nielicha. I znów się boję o ten skrawek maleńki na Powązkach, kwatera 223. Chyba tam pójdę jutro po uroczystości.

środa, 17 czerwca 2020

Dziennika pandemicznego ciąg dalszy. Staram się rozumieć i być cierpliwa. Nie za bardzo mi się to dzisiaj udaje. Nie, nie wstydzę się. Nie mam osiemnastu lat i mam prawo do różnych dolegliwości, o których nie sądziłam będąc młodą dziewczyną, że kiedyś mnie dopadną. Ano, dopadły. W związku z nimi mam teraz skierowania do różnych specjalistów cudotwórców.
Pani z NFZ podała mi namiary na poradnie urologiczne, neurochirurgiczne i ortopedyczne ze względnie wczesnymi datami wizyt. Dziś od rana chwytam za telefon. Dzwonię do poradni urologicznych. Poradnia na ulicy Chmielnej 14 - numer cały czas zajęty. Dzwonię do takowej na ul. Żeromskiego 33. Zajęty. I na przemian: Chmielna - Żeromskiego - Chmielna - Żeromskiego... zajęte. Dzwonię do poradni przyszpitalnej Szpitala Bielańskiego. Nagrana informacja - "Wszyscy konsultanci są obecnie zajęci. Prosimy o późniejszy kontakt". Koniec połączenia. Dzwonię znów na Chmielną. Zajęte. Dzwonię na Żeromskiego. To samo. Dzwonię ponownie do Szpitala Bielańskiego. "Wszyscy konsultanci... ..." I tak dwie godziny.
Nie wytrzymuję. Na stronie Ministerstwa Zdrowia składam "podziękowanie" miłościwie nam panującemu ministrowi Szumowskiemu. Dzwonię ponownie po wszystkich. O Mateńko! Na Żeromskiego mam normalny sygnał telefonu. Dzwoni 35 razy (odkąd zaczynam liczy). Rozłączenie. Jutro się do nich pofatyguję. Nie poddaję się.
Wychodzę do Żabki opłacić rachunek. Na drzwiach wejściowych do bloku klepsydra. Matko Boska. Sąsiad mój z mojego piętra. Przyjazna mi osoba. Żegnamy go w ten piątek.
Nad Warszawą przeszła burza. Burze z gradem jeszcze zapowiadane na noc. I znów się boję o ten maleńki skrawek na Powązkach, kwatera 223.

sobota, 13 czerwca 2020

Jadę do kliniki na rezonans. Zabieram poza dowodem osobistym i skierowaniem całą dokumentację l leczenia zawrotów głowy. Docieram do szpitala, który znajduje się na Saskiej Kępie – mojej dawnej dzielnicy. Stójkowy zatrzymuje mnie w przejściu, mierzy temperaturę. Wpuszcza. Każe założyć maseczkę. Pytam, czy naprawdę muszę. Tak. Na terenie szpitala to konieczność. Wyciągam swoją ale mówię mu, że będzie mi trudno bo mam trudności z oddychaniem. - To trzeba było od razu tak mówić – odpowiada. Chowam maseczkę schodzę na dół do kliniki. W korytarzu zero wentylacji i ciemno jak u murzyna w dupie w ciemną noc po czarnej kawie. Przyciskam dzwonek do drzwi kliniki. Po minucie wychodzi rejestratorka, informuje, że była awaria prądu, w tej chwili czekają aż się komputer włączy i w związku z tym badanie będzie opóźnione, a o ile – to już będzie zależało od komputera, może być o godzinę, o dwie, o trzy. No cóż, nie ich to wina. Wypełniam leżącą na stoliku w tymże korytarzu ankietę.
Po kilkunastu minutach proszą mnie do pokoju badań. Wszystko idzie dobrze. Nie było czego się bać. Opis badań do odebrania po pięciu dniach ale nie w tym miejscu, w którym było badanie, bo… nie mają miejsca. Mogę je odebrać albo w Szpitalu Bielańskim, albo Rondzie Wiatraczna. Szpital Bielański to w tych miesiącach oko cyklonu. Pojadę na Wiatraczną.
Opuszczam budynek szpitala. Kierując się ku ulicy Francuskiej mijam moją dawną Parafię Matki Bożej Nieustającej pomocy. Wchodzę na jej teren. Mijam figurę Świętej Anny z Marią jako jeszcze małą dziewczynką. Podchodzę do figurki Matki Boskiej patrzącej na stojącego przy niej orzełka trzymającej go za jedno skrzydło jakby trzymała dzieciątko za rączkę. Orzełek drugie skrzydło ma opuszczone, a na głowie ma koronę legionistów. Byłam przekonana, że jest to figura przedwojenna. Nie. Nie jest. Stanęła tu w latach 50tych. Nie pamiętam niestety, czyjego jest dłuta. Kościół jest otwarty. Wchodzę do środka. Ogarnia mnie przyjemny chłodek, charakterystyczny zapach kadzideł. Przede mną – w nawie ołtarza – mozaikowy wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Na obu bocznych ścianach wykonane również w mozaice sceny z życia w Nazarecie i Stacje Drogi Krzyżowej. Mój Boże, przychodziłam tu jako dziewczynka prowadzona przez matkę za rękę. Niestety i tu otaczająca nas od paru miesięcy sytuacja odcisnęła swój ślad. Usiąść wolno tylko w oznaczonych ławkach. Mogłabym tu siedzieć długo. Niestety, trzeba iść. Idę odwiedzić przyjaciółkę z lat szkolnych. Niestety, nie zastaję jej. Wracam do domu. Spożywam lekki posiłek. Wrażenia dnia jednak dają mi się we znaki. Kładę się by zdrzemnąć się kwadrans. Budzę się po dwóch godzinach całkowicie odprężona. Zaraz potem słyszę, że nasi rządzący grożą, że powrócą do bezwzględnego nakazu noszenia maseczek i nie wychodzenia z domu. Ogarnia mnie przerażenie. Ja mam problemy z oddychaniem, noszenie maseczki jeszcze bardziej mi je pogrąży, a siedzieć w domu też nie będę bo już i tak znacznie opadłam z sił nie wychodząc przez dwa tygodnie. Nie mam zamiaru fundować sobie „powtórki z rozrywki”.

Parafia Matki Bożej Nieustającej Pomocy, Warszawa, Saska Kępa
 






















piątek, 12 czerwca 2020

Godzina 4 rano. Ptasia symfonia daje po uszach. Po ulicy przejeżdża tramwaj. Ktoś poniżej włącza cichutko radyjko, dobiegają dźwięki miłej uchu muzyczki. Jest pięknie, jest spokojnie, jest dobrze :)
Godzina 10 rano. Dzwoni do mnie klinika w sprawie jutrzejszego badania. Zadaję pytania. Rozwiewają wątpliwości. Już się nie boję.

czwartek, 11 czerwca 2020

Sprawdzam mleczko. Już się delikatnie ukisiło. Na wierzchu sama śmietanka. Pyszna. Zaglądam do internetu, żeby zobaczyć na czym będzie polegał mój rezonans magnetyczny. Błąd. Zaczynam się bać. Boję się zamknięcia w tubie, boję się że tuba się nie otworzy. Mają poza tym jutro dzwonić do mnie przeprowadzać rozmowę na temat koronawirusa. Tym też się denerwuję, bo cholera wie, do czego mogą się przyczepić. 
 


środa, 10 czerwca 2020

Nastrój dzisiaj jakiś taki... płaczliwy, smętny. W związku z moimi zawrotami głowy mam dalsze skierowania na dalsze badania, m.in. na - rezonans magnetyczny - w tę sobotę. Dzisiaj otrzymuję sms z informacjami jak mam się przygotować, co robić, czego nie robić i jak badanie będzie wyglądało. Cholera jasna, boję się tego zamknięcia w tubie. Boję się, że z niej nie wyjdę.
Wyruszam z domu ponownie z butkami do naprawy do szewca. Wczorajszych nie podjął się naprawiać. Powiedział, że podbicia już nie da się naprawić bo tam w środku jest tektura, za bardzo się już porozklejało i nawet jak on mi to sklei to będzie się trzymało dwa lub trzy dni. Ufam mu, bo został mi polecony przez kilka osób. Przynajmniej uczciwi. Mógł przecież skleić, wziąć kasę i już. Zostawiłam mu zatem te dzisiejsze.
Jakoś nie mam ani siły ani ochoty stać dzisiaj przy kuchni i gotować. Funduję sobie zatem obiad w bardzo miłej restauracyjce na warszawskiej Chomiczówce - dosłownie vis a vis od zakładu szewca. Wcinam pierś kurzą w jakimś egzotycznym sosie, obłożoną papryką, kabaczkami, jest i słodki ziemniak. PYCHA. Dobiega do mnie rozmowa prowadzona przy sąsiednim stoliku z maturzystą, który właśnie dzisiaj miał egzamin z angielskiego. Pytają chłopaka co było na egzaminie i jak mu poszło. Chłopak odpowiada, że trzeba było m.in. napisać rozprawę na temat czy psa zabierać do pracy i co przemawia za tym, a co przeciwko. Młodzieniec opowiada w jaki sposób podszedł do zagadnienia. Jestem tym bardzo podbudowana, bowiem skoro mamy tak inteligentną młodzież, nasz kraj ma przyszłość.
Idę do przystanku autobusowego po drodze mijając bazarek. Kupuję młode ziemniaczki na obiadek na jutro. Wsiadam do autobusu. Wszyscy w dupie mają informację o zachowaniu odstępów, o dozwolonej ilości pasażerów. Wysiadam. Po drodze do domu wstępuję do piekarni po mój chlebuś. P anie już wiedzą jaki chlebuś kupuję i tenże ląduje mi na ladzie zanim jeszcze buzię otworzę. Wiedzą, że bochenek trzeba mi tylko przekroić na pół i nie kroić, bo ja część zamrożę. Jest akurat jeszcze mleko - takie, co krowę widziało. Kupuję dwie butelki. Mleczko się zsiądzie w bańce (tak, tak, prawdziwa bańka na mleko.) i będzie papu do ziemniaków, i przy okazji serek pyszny - robiony "tymy ręcamy i tymy palcyma", a i przy okazji pyszna i serwatka "na zdrowotność". A przy okazji myśl biegnie mi ku dawnym czasom na moją Saską Kępę do okresu dzieciństwa. Chodził wtedy po naszej ulicy mleczarz i rozwoził mleko w dużych blaszanych baniakach. Dzwonił wieczorami do naszych domów. My wychodziliśmy z garnkami, a on blaszanym kubkiem wlewał nam do nich mleko. A pachniał przy tym tak cudownie taką świeżością, wsią, sianem i mlekiem właśnie. Ech, wspomnień czar. Nie ma już mleczarza, nie ma Mateńki, nie ma mnie tam.
Kieruję się już ku domowi, ale przy okazji jeszcze chcę wstąpić do jeszcze jednego sklepu po pomidory i ogórki. Czuję jednak zmęczenie. Siadam na ławeczce tylko na pięć minut. Pogoda jest w porządku. Robię fotki moim telefonem, może potem w pochmurny i burzowy dzień poćwiczę znów rękę w rysowaniu. Kupuję pomidory i ogórki, idę jeszcze do pieczywa po bułeczki poznańskie. Przede mną jakiś gość przebiera w tychże bez rękawiczek, bez nawet plastikowej torebki, po prostu gołymi rękami w dupie mając wszystko.
Cały czas jednak nastrój jest jakiś taki nijaki. Może to ta cholerna sytuacja z tym koronowanym włóczykijem, który jakoś u nas nie chce ustąpić. Może to świadomość, że siedzenie na czterech literach w domu i ograniczanie wyjść tylko po zakupy spowodowało u mnie to prawie całkowite opadnięcie z sił fizycznych, a ten cholerny kaganiec (czytaj: maseczka) ograniczył mi dotlenienie organizmu? A tak bardzo chce się żyć i jeszcze coś robić: czytać, pisać, malować, rysować, chodzić na spotkania literackie, spotykać się z przyjaciółmi... I ta niepewność jutra jednak pomimo wszystko, strach przed zachorowaniem na to gówno.
Teraz już wiem, skąd ten taki nastrój. Po drodze ze sklepu do domu złapał mnie deszcz.