Wspomnień czar

sobota, 13 czerwca 2020

Jadę do kliniki na rezonans. Zabieram poza dowodem osobistym i skierowaniem całą dokumentację l leczenia zawrotów głowy. Docieram do szpitala, który znajduje się na Saskiej Kępie – mojej dawnej dzielnicy. Stójkowy zatrzymuje mnie w przejściu, mierzy temperaturę. Wpuszcza. Każe założyć maseczkę. Pytam, czy naprawdę muszę. Tak. Na terenie szpitala to konieczność. Wyciągam swoją ale mówię mu, że będzie mi trudno bo mam trudności z oddychaniem. - To trzeba było od razu tak mówić – odpowiada. Chowam maseczkę schodzę na dół do kliniki. W korytarzu zero wentylacji i ciemno jak u murzyna w dupie w ciemną noc po czarnej kawie. Przyciskam dzwonek do drzwi kliniki. Po minucie wychodzi rejestratorka, informuje, że była awaria prądu, w tej chwili czekają aż się komputer włączy i w związku z tym badanie będzie opóźnione, a o ile – to już będzie zależało od komputera, może być o godzinę, o dwie, o trzy. No cóż, nie ich to wina. Wypełniam leżącą na stoliku w tymże korytarzu ankietę.
Po kilkunastu minutach proszą mnie do pokoju badań. Wszystko idzie dobrze. Nie było czego się bać. Opis badań do odebrania po pięciu dniach ale nie w tym miejscu, w którym było badanie, bo… nie mają miejsca. Mogę je odebrać albo w Szpitalu Bielańskim, albo Rondzie Wiatraczna. Szpital Bielański to w tych miesiącach oko cyklonu. Pojadę na Wiatraczną.
Opuszczam budynek szpitala. Kierując się ku ulicy Francuskiej mijam moją dawną Parafię Matki Bożej Nieustającej pomocy. Wchodzę na jej teren. Mijam figurę Świętej Anny z Marią jako jeszcze małą dziewczynką. Podchodzę do figurki Matki Boskiej patrzącej na stojącego przy niej orzełka trzymającej go za jedno skrzydło jakby trzymała dzieciątko za rączkę. Orzełek drugie skrzydło ma opuszczone, a na głowie ma koronę legionistów. Byłam przekonana, że jest to figura przedwojenna. Nie. Nie jest. Stanęła tu w latach 50tych. Nie pamiętam niestety, czyjego jest dłuta. Kościół jest otwarty. Wchodzę do środka. Ogarnia mnie przyjemny chłodek, charakterystyczny zapach kadzideł. Przede mną – w nawie ołtarza – mozaikowy wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Na obu bocznych ścianach wykonane również w mozaice sceny z życia w Nazarecie i Stacje Drogi Krzyżowej. Mój Boże, przychodziłam tu jako dziewczynka prowadzona przez matkę za rękę. Niestety i tu otaczająca nas od paru miesięcy sytuacja odcisnęła swój ślad. Usiąść wolno tylko w oznaczonych ławkach. Mogłabym tu siedzieć długo. Niestety, trzeba iść. Idę odwiedzić przyjaciółkę z lat szkolnych. Niestety, nie zastaję jej. Wracam do domu. Spożywam lekki posiłek. Wrażenia dnia jednak dają mi się we znaki. Kładę się by zdrzemnąć się kwadrans. Budzę się po dwóch godzinach całkowicie odprężona. Zaraz potem słyszę, że nasi rządzący grożą, że powrócą do bezwzględnego nakazu noszenia maseczek i nie wychodzenia z domu. Ogarnia mnie przerażenie. Ja mam problemy z oddychaniem, noszenie maseczki jeszcze bardziej mi je pogrąży, a siedzieć w domu też nie będę bo już i tak znacznie opadłam z sił nie wychodząc przez dwa tygodnie. Nie mam zamiaru fundować sobie „powtórki z rozrywki”.

Parafia Matki Bożej Nieustającej Pomocy, Warszawa, Saska Kępa
 






















piątek, 12 czerwca 2020

Godzina 4 rano. Ptasia symfonia daje po uszach. Po ulicy przejeżdża tramwaj. Ktoś poniżej włącza cichutko radyjko, dobiegają dźwięki miłej uchu muzyczki. Jest pięknie, jest spokojnie, jest dobrze :)
Godzina 10 rano. Dzwoni do mnie klinika w sprawie jutrzejszego badania. Zadaję pytania. Rozwiewają wątpliwości. Już się nie boję.

czwartek, 11 czerwca 2020

Sprawdzam mleczko. Już się delikatnie ukisiło. Na wierzchu sama śmietanka. Pyszna. Zaglądam do internetu, żeby zobaczyć na czym będzie polegał mój rezonans magnetyczny. Błąd. Zaczynam się bać. Boję się zamknięcia w tubie, boję się że tuba się nie otworzy. Mają poza tym jutro dzwonić do mnie przeprowadzać rozmowę na temat koronawirusa. Tym też się denerwuję, bo cholera wie, do czego mogą się przyczepić. 
 


środa, 10 czerwca 2020

Nastrój dzisiaj jakiś taki... płaczliwy, smętny. W związku z moimi zawrotami głowy mam dalsze skierowania na dalsze badania, m.in. na - rezonans magnetyczny - w tę sobotę. Dzisiaj otrzymuję sms z informacjami jak mam się przygotować, co robić, czego nie robić i jak badanie będzie wyglądało. Cholera jasna, boję się tego zamknięcia w tubie. Boję się, że z niej nie wyjdę.
Wyruszam z domu ponownie z butkami do naprawy do szewca. Wczorajszych nie podjął się naprawiać. Powiedział, że podbicia już nie da się naprawić bo tam w środku jest tektura, za bardzo się już porozklejało i nawet jak on mi to sklei to będzie się trzymało dwa lub trzy dni. Ufam mu, bo został mi polecony przez kilka osób. Przynajmniej uczciwi. Mógł przecież skleić, wziąć kasę i już. Zostawiłam mu zatem te dzisiejsze.
Jakoś nie mam ani siły ani ochoty stać dzisiaj przy kuchni i gotować. Funduję sobie zatem obiad w bardzo miłej restauracyjce na warszawskiej Chomiczówce - dosłownie vis a vis od zakładu szewca. Wcinam pierś kurzą w jakimś egzotycznym sosie, obłożoną papryką, kabaczkami, jest i słodki ziemniak. PYCHA. Dobiega do mnie rozmowa prowadzona przy sąsiednim stoliku z maturzystą, który właśnie dzisiaj miał egzamin z angielskiego. Pytają chłopaka co było na egzaminie i jak mu poszło. Chłopak odpowiada, że trzeba było m.in. napisać rozprawę na temat czy psa zabierać do pracy i co przemawia za tym, a co przeciwko. Młodzieniec opowiada w jaki sposób podszedł do zagadnienia. Jestem tym bardzo podbudowana, bowiem skoro mamy tak inteligentną młodzież, nasz kraj ma przyszłość.
Idę do przystanku autobusowego po drodze mijając bazarek. Kupuję młode ziemniaczki na obiadek na jutro. Wsiadam do autobusu. Wszyscy w dupie mają informację o zachowaniu odstępów, o dozwolonej ilości pasażerów. Wysiadam. Po drodze do domu wstępuję do piekarni po mój chlebuś. P anie już wiedzą jaki chlebuś kupuję i tenże ląduje mi na ladzie zanim jeszcze buzię otworzę. Wiedzą, że bochenek trzeba mi tylko przekroić na pół i nie kroić, bo ja część zamrożę. Jest akurat jeszcze mleko - takie, co krowę widziało. Kupuję dwie butelki. Mleczko się zsiądzie w bańce (tak, tak, prawdziwa bańka na mleko.) i będzie papu do ziemniaków, i przy okazji serek pyszny - robiony "tymy ręcamy i tymy palcyma", a i przy okazji pyszna i serwatka "na zdrowotność". A przy okazji myśl biegnie mi ku dawnym czasom na moją Saską Kępę do okresu dzieciństwa. Chodził wtedy po naszej ulicy mleczarz i rozwoził mleko w dużych blaszanych baniakach. Dzwonił wieczorami do naszych domów. My wychodziliśmy z garnkami, a on blaszanym kubkiem wlewał nam do nich mleko. A pachniał przy tym tak cudownie taką świeżością, wsią, sianem i mlekiem właśnie. Ech, wspomnień czar. Nie ma już mleczarza, nie ma Mateńki, nie ma mnie tam.
Kieruję się już ku domowi, ale przy okazji jeszcze chcę wstąpić do jeszcze jednego sklepu po pomidory i ogórki. Czuję jednak zmęczenie. Siadam na ławeczce tylko na pięć minut. Pogoda jest w porządku. Robię fotki moim telefonem, może potem w pochmurny i burzowy dzień poćwiczę znów rękę w rysowaniu. Kupuję pomidory i ogórki, idę jeszcze do pieczywa po bułeczki poznańskie. Przede mną jakiś gość przebiera w tychże bez rękawiczek, bez nawet plastikowej torebki, po prostu gołymi rękami w dupie mając wszystko.
Cały czas jednak nastrój jest jakiś taki nijaki. Może to ta cholerna sytuacja z tym koronowanym włóczykijem, który jakoś u nas nie chce ustąpić. Może to świadomość, że siedzenie na czterech literach w domu i ograniczanie wyjść tylko po zakupy spowodowało u mnie to prawie całkowite opadnięcie z sił fizycznych, a ten cholerny kaganiec (czytaj: maseczka) ograniczył mi dotlenienie organizmu? A tak bardzo chce się żyć i jeszcze coś robić: czytać, pisać, malować, rysować, chodzić na spotkania literackie, spotykać się z przyjaciółmi... I ta niepewność jutra jednak pomimo wszystko, strach przed zachorowaniem na to gówno.
Teraz już wiem, skąd ten taki nastrój. Po drodze ze sklepu do domu złapał mnie deszcz.

czwartek, 4 czerwca 2020

31 lat mija od tamtego pamiętnego dla wielu 4 czerwca 1989. Mieszkałam wtedy jeszcze w Nowym Jorku, jeszcze nie myślałam o powrocie do Polski.
Polska – z powodu zachodzących w niej już od jakiegoś czasu przemian - była w tym czasie obiektem zainteresowania mediów. Fakt, że mieszkaliśmy za oceanem nie oznaczał, że nie interesowało nas zupełnie co się w naszym kraju działo. W każdą niedzielę po południu nadawany był przez godzinę polski program telewizyjny. Nasi znajomi i my siadaliśmy wtedy przed odbiornikami.
4 czerwca 1989 pojechaliśmy z przyjaciółmi do polskiego Konsulatu mieszczącego się w sercu Manhattanu. Staliśmy dość długo w sporej kolejce. W środku podano nam listy, zasiedliśmy do głosowania. Były wprawdzie przepierzenia, za którymi można było spokojnie usiąść żeby postawić krzyżyki przy wybranych nazwiskach, ale nikt z tego nie korzystał. Oznaczaliśmy tam, gdzie staliśmy, otwarcie, przy wszystkich, roześmiani, szczęśliwi, że nareszcie możemy swobodnie głosować.
Nie pamiętam, przy jakich nazwiskach stawiałam krzyżyki na swojej liście. Podeszłam do urny z zamiarem wrzucenia swojego głosu. Coś mi jednak nie wchodziło, choć pchałam dosyć mocno. W pewnym momencie podbiegł do mnie polonijny dziennikarz, którego nazwiska też już nie pamiętam, chwycił moją rękę mówiąc „Proszę pani, niech pani nie wrzuca paszportu”.
Po oddaniu naszych głosów poszliśmy do lokalu naprzeciwko Konsulatu na wiec wyborczy. Zgromadziła się tam cała polonijna śmietanka. Była m.in. Urszula Dudziak, był Jerzy Kosiński, było paru dziennikarzy z polonijnego Nowego Dziennika. Były występy, były śpiewy, była radość. A po drugiej stronie kolejka do konsulatu stawała się coraz dłuższa, ciągnęła się już przez parę ulic. Do domów wróciliśmy dobrze po godzinie 22-giej, a Konsulat zamknął tej nocy swoje podwoje dopiero po północy.

środa, 3 czerwca 2020

Godzina 6 rano. Dzwoni budzik. Leżę. Gonitwa myśli. Cichutko gra radyjko. Słyszę słowa piosenki „noc jest początkiem dnia”. Hmm… Może przyjąć to za myśl przewodnią… No dobrze. Mam dziś wizytę u neurologa, trzeba więc wstawać, i to szybko. Włączam na chwilę laptopa. Czytam wpisy na facebooku umieszczone przez moje koleżanki – Joasię i Małgosię. Hmmm, co się dzieje? Odczuwamy pewne sprawy tak samo? Boimy się o jutro? Odczuwam ulgę, że nie ja jedna.
Wsiadam do tramwaju. Jadę do poradni przy Szpitalu Dzieciątka Jezus. Biorę ze sobą maseczkę. Dochodzę do budynku szpitala. Kieruję się ku wejściu do poradni, przez które wchodziłam dotąd. Zamknięte. Na furtce wywieszona informacja, że jedyne wejście do poradni jest przez główny budynek szpitala. Idę przerażona, bo przecież w szpitalu wykryto ognisko koronawirusa. Przy wejściu siedzą przy stoliku dwie osoby. Trzeba koło nich przejść i powiedzieć, dokąd się idzie. Mówię, że mam wizytę w poradni neurologicznej. Pan kieruje mnie do rejestracji. Odpowiadam mu, że jestem już zarejestrowana, że mam wyznaczoną konkretną wizytę na konkretną godzinę. Pytam, którędy mam iść do poradni. Pan wstaje. Słyszę, jak cicho do siebie mówi „k...a mać”. O, burzy się we mnie krew. Obiecuję sobie, że złożę na niego skargę. Pan prowadzi mnie do samej poradni. Pielęgniarki nie ma, pan więc prosi, żebym poczekała, on idzie jej poszukać. Ech, nie będę na niego skarżyła. W końcu wszyscy jesteśmy w tym gównie razem, każdemu mają prawo puścić nerwy z byle powodu a nawet i bez. Po paru minutach przychodzi pielęgniarka. Pyta zgromadzonych, kto do neurologa. Zgłasza się parę osób. Prowadzi nas przez korytarz prosto pod drzwi gabinetu lekarza. Szykując się na przydługie czekanie wyjmuję książkę Olgi Tokarczuk. Po kilku minutach otwierają się drzwi gabinetu. Wchodzę. Lekarz ma na biurku moje wyniki. Są dobre. Pyta mnie czy nadal mam zawroty. Mam. Ostatni był wczoraj. Pyta, czy odczuwam jakieś bóle. Odpowiadam, że tylko czasem ból głowy, i bóle stawów – zwyrodnieniowe. Kieruje mnie na dalsze badania, które mam zrobić w punkcie pobrań. Wiem, że dzisiaj już badań nie zrobię, ale chcę ten punkt znaleźć by nie szukać później i by dowiedzieć się co i jak mam przygotować przed badaniem. Wejście jest tym razem poza szpitalem. Przechodzę przez furtkę, za którą siedzi ochrona. Ochroniarz zatrzymuje mnie, mierzy mi temperaturę bezdotykowo, po czym bardzo uprzejmie wskazuje budynek. Dowiaduję się w środku co mam zrobić. JA CHCĘ ŻYĆ :)
Czeka mnie jeszcze reszta dnia i załatwianie moich spraw bytowych. Wracając do domu wstępuję do Kościoła Dzieciątka Jezus. Wita mnie wiszący po lewej stronie w gablocie obraz Jezusa Miłosiernego z napisem „Niech cię nic nie przeraża, zachowuj głęboki spokój, wszystko jest w ręku moim”. Wnętrze kościoła ciemne, tylko ołtarz oświetlony. Siadam. Przepełnia mnie ten błogi spokój. Jest coś niepowtarzalnego w tym kościele, w tym obrazie przy wejściu, w tym środku. Wsiadam do tramwaju uspokojona. Kieruję się jeszcze do banku. Moja emerytura nadeszła, ale nie została jeszcze zaksięgowana. Nic to, ważne, że jest. No, to już ok.
A jednak zerwałam trochę kwiatków na polny bukiecik. Tak tylko troszeczkę :) Może w jakiś chłodny i deszczowy dzień chwycę za farbki wodne i przeniosę go na papier :)
A Pan Bozia znowu daje po oczach kolorami wieczornego nieba.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Dzień dziecka. Nie jestem już niczyim dzieckiem. Praca na konkurs „Pamiętnik 2020” organizowany przez Muzeum Niepodległości napisana, poprawiona, wysłana. Pracowałam nad nią codziennie przez dwa miesiące. Zaczyna mi brakować tej rutyny: tego pisania, sczytywania, poprawiania, przerabiania.
Spoglądam na półkę z książkami. Wzrok zatrzymuje się na pamiętnikach mojej mamy. Pisała je ręcznie właściwie nie rozstając się z notatnikiem. Pisała jak leci, jak czuła. A miała o czym, bo pracowała jako pokojówka w bardzo renomowanym nowojorskim hotelu „Plaza”, którego właścicielem był w tym czasie Donald Trump. Hotel ten gościł w swoich progach wielkie osobistości: ówczesnego burmistrza Nowego Jorku – Eda Kocha, gubernatora Mario Cuomo, polityków, światowej sławy artystów. Przypominam sobie, że kiedyś mi mama powiedziała „Kiedy mnie już nie będzie – może ty to ładnie napiszesz, może wydasz”. Siadam. Zaczynam czytać. Dowiaduję się również, jak bardzo przeżywała moje życiowe niepowodzenia, moje chybione decyzje. Ryczę. Muszę tę lekturę odłożyć na później. To nie jest okres sprzyjający temu. 6 czerwca minie 5 lat, jak odeszła. Tatki nie ma już osiem lat. Dochodzi jeszcze go tego śmierć przyjaznej mi osoby, z którą razem rośliśmy na naszej ulicy Rzymskiej. Nasze okna zaglądały wzajemnie do siebie. Jak to dobrze, jest tu blisko przyjazna dusza, której mogę się śmiało wygadać, do której mogę się wypłakać.Jak dobrze, że na Saskiej Kępie są przyjaciółki ze szkoły.