Wspomnień czar

czwartek, 16 lipca 2020

Pogoda nie nastraja pozytywnie. Mam tyle do zrobienia, a tak mało zrobiłam.
Posłuszna swemu postanowieniu, żeby nie dać się ogłupiać radiowej jedynce - ograniczam się do słuchania audycji nocnej. Zwykle są w porządku. Nie tym razem. Znów gadka o pandemii. Jakby nie mieli innych tematów na świętą noc. Gada jakiś pan doktór. Dzwonię. Chcę mu zadać parę pytań, a zwłaszcza to jedno: dlaczego wprowadzają ludzi w błąd nie informując dokładne o tym, kto jest zwolniony z obowiązku noszenia maseczki. Mam przed sobą rozporządzenie z 19 czerwca 2020. Telefon dzwoni. Nikt nie podnosi słuchawki. Teraz wierzę, że radiowa „jedynka” odbiera telefony wybiórczo. A pierdoły, jakie słyszę – przyprawiają o skręt kiszek. Dzisiaj z kolei w czasie „Lata z radiem” słyszę, że przewidują kolejną epidemię jesienią. Ja nie wirusa się boję. Chodzę bez maseczki (nie dlatego, że nie chcę, ale z powodu problemów z oddychaniem), z domu wychodzę dokąd chcę, kiedy chcę, na jak długo chcę - i żyję. Boję się, że wezmą nas jeszcze bardziej za mordy, że będzie powtórka ze stalinizmu, że znów nam pozamykają parki i cmentarze, a sami będą wjeżdżać limuzynami.
Tak się w ogóle zastanawiam nad mentalnością naszego społeczeństwa. Czy my umiemy być jednym narodem? Czy naprawdę nie umiemy przyjąć do wiadomości, że zawsze byli, są i zawsze będą wygrani i nie-wygrani (nie cierpię słowa „przegrany”. Przegrany jest tylko ten, kto nic nie robi, o nic się nie stara)? Czy musimy wzajemnie się opluwać?
No dobrze, dosyć o tym. Dziś dzień zaczyna się wprawdzie tak sobie, ale po jakiejś godzinie za sprawą pewnego telefonu wszystko nabiera piękniejszych barw. Około tygodnia wstecz zamówiłam przez internet fiksatywę do akwareli, akrylu i tempery. Dla niewtajemniczonych – to jest produkt służący do utrwalania obrazu. Na szczęście zamówiłam z zaznaczeniem, że płatność przy odbiorze. Dzwoniący do mnie dziś właściciel sklepu przeprasza mnie, że nie miał tego produktu i zamówił, że dostawa przyszła wczoraj ale bez tego produktu, i że widocznie w hurtowni też tego nie mieli. Zgadzamy się, że przetrzyma moje zamówienie do następnej dostawy, która prawdopodobnie przyjdzie za tydzień. Oczywiście, że się zgadzam. Siedzimy przecież wszyscy w tym samym gównie. Zaczyna się miła rozmowa :). Ten człowiek naprawdę sprawił, że dzień stał się radośniejszy :) Potem zaś – nic szczególnego. Trochę robię korektę moich poprzednich wpisów. Myślę bowiem o swego rodzaju pamiętniku pandemicznym. W końcu przecież ten okres też będzie historią. Jedno jest pewne: zachowam jako pamiątkę dwie maseczki. Wychodzę potem na zakupy, takie zwyczajne: masło, kartofle, mięso i dla osłody ciacha :) Powietrze pachnie tak cudnie. Idę się przejść. Skręcam w ulicę Leopolda Staffa. Pierwszy raz tędy idę. Piękna to ulica – jak moja Rzymska :) Ech, ta Rzymska… chyba do końca moich dni będzie za mną szła. Idę dalej. W budce, w której pani ma dobre pomidory – kupuję ich cztery. W domu wita Duduś – przy drzwiach i z pretensjami - „gdzie ty byłaś tyle czasu?” No już jestem, kiciuś, już jestem :)
W radio zapowiedzi bardzo groźnych burz nad całą Polską. I znów się boję o ten skrawek warszawskich Powązek – kwatera 223.
Dzień powoli chyli się ku końcowi. Duduś… gdzie jest Duduś? A, jest. Wiadomo. W szafie. Obok mnie rozpoczęta robótka. RFM Classic nadaje „Moon River”. Jest pięknie. Jest spokojnie. Jest domowo.

środa, 15 lipca 2020

Przebudzenie dzisiaj po bardzo nieprzyjemnej nocy, podczas której głowa bolała na całego. Zasypiam dopiero po zażyciu tabletki, co robię bardzo rzadko. A może to świadomość, że dzisiaj czekała mnie wizyta w pewnym urzędzie... Wizyta okazała się nie taka zła. Są jeszcze ludzie, którzy pewne rzeczy rozumieją. Pani mówi - bardzo grzecznie i nieśmiało - żeby następnym razem przyjść w maseczce. Mówię jej, że nie mogę bo mam problemy zdrowotne z oddechem, ale rozumiem jej prośbę i następnym razem dołożę starań, żeby czymś nos i usta zakryć, choćby wachlarzem. I jest w porządku.
Upał na nowo daje się we znaki. Nie gotuję zatem dzisiaj. W pobliżu jest dom, w którym mieszkała pani Krystyna Sienkiewicz. W piwnicy tego domu jest cudowna restauracyjka pod nazwą "Jadło pod podłogą". W ogrodzie również rozstawione są stoły, przy których również można usiąść by się posilić. A kuchnia tu naprawdę jest smaczna i niedroga. Za 23 złote można spożyć super obiad składający się z bardzo pożywnej zupy, drugiego dania z surówką i kompotu. Ponadto można tu spotkać bardzo miłych ludzi. Pani Krystyna tak dużo pisała o tym domu w swoich książkach: "Haftowane gałgany", "Cacko", "Skrawki". Kiedy je czytałam, nie przypuszczałam, że kiedyś będę tak blisko tego cudownego miejsca mieszkała i w nim bywała. I za każdym razem, kiedy tam jestem - mam wrażenie, że za chwilę sama pani Krystyna tu wejdzie. Dlatego - ilekroć idę tam się posilić - nie mówię, że idę do domu, w którym mieszkała Krystyna Sienkiewicz. Mówię, że idę "do pani Krystyny".
Załatwiwszy zatem swoją sprawę i posiliwszy się - ruszam po moje cotygodniowe zakupy - po mleko, co krowę widziało. Przy okazji wstępuję do sklepu dla artystów po komplet ołówków. Przy rysunkach pastelami lub nawet obrazkach malowanych akwarelą, akrylem czy temperą - nie wszystko da się zrobić pędzelkiem nawet najcieńszym i czasem jedno maźnięcie ołówkiem załatwi sprawę. Jutro zatem wracam do moich rysuneczków. A na dziś - ten wieczór, zapach maciejki, piękna kojąca muzyka, w ręku szydełko i kordonek, kiciuś obok. Jestem w bardzo dobrym miejscu.

niedziela, 12 lipca 2020

Bolesne skurcze łapią w nodze z samego rana, dopiero kiedy parę minut pomoczyłam w bardzo ciepłej wodzie – przeszło. Staram się jednak żyć normalnie w tym nienormalnym czasie. Pora na śniadanie. Wczoraj zakwaszone przez siebie mleko z tych, co krowę widziało – zlałam do gazy, i dzisiaj mam pyszny twarożek. Produktem ubocznym jest pyszna i zdrowa serwatka, której porcyjkę malutką Duduś wsunął tak, że echo się niosło po domu, trzęsły się jemu uszka i jeszcze miseczkę wylizał do czysta.
Czas wyjść z domu. Jadę najpierw na cmentarz do Mamy. Była ponownie nawałnica, i znów się boję o ten skraweczek maleńki. Przy cmentarzu łapią mnie niewielkie wprawdzie ale zawroty głowy. Zastanawiam się, czy nie wrócić do domu. Ale nie, nie mogę. Muszę zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Dochodzę do IV bramy. Przy stoisku ze zniczami i kwiatami oprócz tradycyjnych i jakże już moim zdaniem oklepanych wianuszków są zwyczajne polne kwiaty. Mama tak bardzo polne właśnie lubiła. Te akurat są prześliczne, takie kolorowe. Kupuję dwa bukiety. Jeden dla Mamy, drugi do domu. Zawroty głowy nie ustępują. Widzę jednak ludzi, więc czuję się w miarę bezpieczna. Mam poza tym na wewnętrznej stronie klapy mojej torebki przyklejoną kartkę ze swoim imieniem i nazwiskiem i numerami telefonów do mojej rodziny. Ponownie dociera do mnie, że już mnie dopadają dolegliwości związane z wiekiem, a tyle się jeszcze chce robić, doświadczyć, zobaczyć, przeżyć. Stawiam Mamie bukiet.
W drodze powrotnej wstępuję do kafejki. Może kawa mnie trochę wzmocni. Urocza obsługa. Nie taka zimnogrzeczna, a szalenie miła, rozluźniona. Kawa rzeczywiście mnie wzmacnia. Robię zdjęcie tej kafejki, chodzi mi o układ stolików do poćwiczenia ręki w rysunku kiedy nadejdą długie zimowe wieczory. Siedzący nieopodal pan pyta czy chcę, żeby on mi zrobił zdjęcie. Ja uprzejmie dziękuję. Parę jeszcze tylko zamieniamy zdań, że to do rysunku i ew. do pamiętnika pandemicznego (na stoliku jest tabliczka z napisem „Zdezynfekowano”). Wychodzę z kafejki. W tramwaju nagle dociera do mnie, że kiedy rozdawali rozum, ja stałam chyba na samym końcu kolejki. Panu – wiek 60+ nic nie brakowało. Chyba powinnam zacząć leczyć głupotę :)
Obowiązek obywatelski na koniec spełniony. Głos oddany – na Rafała Trzaskowskiego.

czwartek, 9 lipca 2020

No i znów niestety ciut pandemicznie.
Radio podało przed chwilą, że w Kazachstanie wykryto jakąś nieznaną dotąd formę zapalenia płuc, i że umieralność na nią w tym kraju jest o wiele wyższa, niż na Covit. Ja się nie tego boją. Ja się boję reakcji miłościwie jak dotąd nam panujących, jeżeli jeszcze będą panować. Ja się boję tego, że znów zaczną nas brać za mordy, że znów pozamykają w domach i praktycznie nic nam nie będzie wolno. Sami zaś będą stawali zwartym szeregiem na Placu Piłsudskiego, limuzynami wjeżdżali na Powązki podczas gdy nam nie wolno będzie odwiedzić grobów naszych matek, ojców, przyjaciół. A może to radio puściło nam fake newsa, w końcu to Jedynka. Czy ten strach przed nieznanym nigdy nas nie opuści?

środa, 8 lipca 2020

Dzień jakiś taki nie za bardzo. Czy to pogoda taka? Zimno jak diabli. No, ale wyjść trzeba, nie mogę pozwolić sobie na ponowne opadnięcie z sił. Dość tego miałam pozwoliwszy się zamknąć w domu. Popłacenie rachunków też jest dobrym pretekstem do wyjścia, oraz wykupienie mleka takiego, co krowę widziało. Zapisana jestem na to mleko na odbiór co tydzień :) Jak za PRLu :) Mój kiciuś dostaje porcyjkę raz na tydzień i bardzo to lubi, a miseczkę wylizuje do ostatniej kropelki. Jest pora obiadowa. Mijam restaurację, której muzyczna nazwa od jakiegoś czasu zapraszała mnie do przestąpienia ich progu. Wchodzę. Wystrój jak podrzędnej podmiejskiej restauracyjki z czasów PRLu. Proszę o menu. Ceny przekonują mnie, że jestem tu dwa razy: pierwszy i ostatni. Dziękuję i wychodzę. W domu wita mnie Duduś Jak dobrze, że ta kocinka jest.
W radio wiadomości – w dalszym ciągu o wczorajszym wypadku autobusu i wykryciu w organizmie kierowcy narkotyków. Skąd oni biorą takich ludzi i czemu nie prowadzą cyklicznych testów? Przypominam sobie sobie pewne zdarzenie sprzed kilkunastu lat, kiedy pod kołami autobusu omal nie zginęła na moich oczach moja matka. Jechałyśmy razem. Ja byłam po zastrzyku w staw kolanowy, miałam więc ograniczone możliwości ruchowe. Dojechałyśmy do naszego przystanku. Mama wysiadła pierwsza żeby pomóc mnie. Kierowca nie czekając, aż mama wysiądzie zamknął drzwi przytrzaskując jej rękę i ruszył. Nie reagował na moje głośne krzyki. Innych pasażerów ogarnęła znieczulica. Uratował mamę pan, który wysiadł tuż przed nią i zabiegł kierowcy drogę. Wezwałyśmy taksówkę. Pojechałyśmy na ostry dyżur do Szpitala na Solcu. Mama nie miała wtedy ubezpieczenia, lekarz odmówił udzielenia pierwszej pomocy. Polecił tylko maść na obtarcie na ręku. Kupiłyśmy tę maść, ale doszłyśmy do wniosku, że jeżeli trzeba to zapłacimy. Wróciłyśmy do szpitala. Lekarz od razu na dzień dobry powiedział do Mamy „No przecież mówiłem pani, żeby kupiła pani maść...” Powiedziałyśmy, że chcemy zapłacić. O, to już była zupełnie inna gadka. Ale najpierw trzeba było do kasy, zapłacić i dopiero potem udzielono dokładniej zbadano mamie rękę. Sprawę z autobusem zgłosiłyśmy na policję. Po roku odbyła się rozprawa sądowa. Kierowca dostał grzywnę w wysokości 150 złotych, rozłożoną na raty. Tak mi się to przypomniało w związku z dwoma ostatnimi wypadkami autobusowymi w Warszawie.
Wieczorem nastrój ciut lepszy. Trochę szydełkuję, kocina wskakuje mi na kolana, za oknem piękny zachód słońca. Jak to się dzieje, że widziałam już setki zachodów słońca z tego okna, a nigdy nie ma dwóch takich samych?
Rok temu kupiłam lampionik z wmontowanymi już lampkami ledowymi. Lubię go zapalać. Ale jest jakiś taki ciut nijaki. Mam już „pomysła” jak go ożywić :)

wtorek, 7 lipca 2020

Dziś ponownie ciut pandemicznie. Ale to później i nie jest to tematem mojego wpisu.
Planowałam od dwóch tygodni wyjście dziś do klubokawiarni na wieczór z muzyką. Dojeżdżam według informacji ZTM. Wysiadam na wskazanym przystanku. Zupełnie nie wiem, w którym kierunku iść, a zanim moja komórka odbierze internet, to dzień przeminie. Pytam więc przypadkowego przechodnia. Wyciąga swoją komórkę. Wynika stąd, że mam spory kawał do dojścia. Rezygnuję w takim razie, gdyż nie mam ochoty ryzykować wracając wieczorem po opustoszałej nieznanej sobie ulicy. Wsiadam do tramwaju i kieruję się do tyłu do siedzenia, w pobliżu którego nie ma innych pasażerów, a zatem zachowany będzie dystans. Nawiasem mówiąc tu, gdzie w danej chwili stoję – pasażerowie dystans mają głęboko w poważaniu. Muszę ich minąć, żeby dojść na upatrzone miejsce. Słyszę od siedzącej kobiety – maska na ustach, nos odkryty - „Pani zapłaci 30 tysięcy”. Odpowiadam, że nie zapłacę ani grosza, wyciągam z torby rozporządzenie z odpowiednim ustępem zaznaczonym na czerwono. Kobieta mówi „Niech pani nie chucha”. Stoję w przepisowej od niej odległości. Mam ochotę zapytać czy wolno mi oddychać, ale wolę przemilczeć. Nawiasem mówiąc przyłbica też nie jest powinnam nosić, gdyż rozregulowuje jednak wzrok, a biorąc pod uwagę, że mam sztuczną soczewkę po zabiegu – jest dla mnie bardzo niewskazana. Siadam na upatrzonym miejscu. Zdenerwowanie jednak mnie nie opuszcza. Tramwaj zatrzymuje się na Placu Konstytucji. O, znana mi okolica, a wieki tu nie byłam. Wysiadam. Idę spacerkiem ulicą Marszałkowską. Mijam adres Pl. Konstytucji 6. Na budynku tablica. Czytam: „W tym miejscu stał dom, w którym mieszkał Lucjan Szenwald – żołnierz i kronikarz I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Zginął w walce o Polskę w r. 1944.” Szkoda, że nie piszą – gdzie. Idę dalej. Mijam Teatr Polonia. Jak to dobrze, że teatry – pod obostrzeniami wprawdzie, ale już jednak działają. Dalej natrafiam kamienicę z ciekawą bramą. Widzę również podwórko. Na bramie kamienicy wisi informacja, że w podwórku wisi obraz Chrystusa Miłosiernego namalowany podczas bombardowania 11 września 1944 przez Pereca Willenberga – artysty plastyka specjalizującego się w malowaniu fresków synagogalnych, który ukrywał się w tym budynku podczas Powstania Warszawskiego. Zaciekawiona wchodzę chcąc zobaczyć ten obraz. Część podwórka ogrodzona blachą. Obrazu nie widzę. Pytam o niego wchodzącą kobietę. Odpowiada, że jest ale za ogrodzeniem, i że taki stan już trwa dwa lata i nic tu nie jest robione. Ciśnie się na usta parę słów. Co robić, ruszam dalej. Mijam witrynę Galerii Książki. Zatrzymuję się chwilkę. Widzę otwarty egzemplarz a w nim ciekawe cytaty. Mijam parę ciekawych budynków. Znam je już dobrze, ale za każdym razem odkrywam je na nowo. Posilam się w przytulnej kawiarence. Nikt mnie nie pyta o maseczkę. Najwyraźniej pracownicy są dobrze zaznajomieni z rozporządzeniami.
Staram się – nawet jak mi jakiś plan nie wypali – zastąpić go czymś innym. Ten spacer był takim właśnie zastępstwem. A po nim jakże cudownie jest znaleźć się pod swoim dachem, słyszeć głośne wymówki kociny, otworzyć drzwi na balkon i wdychać zapach maciejki :) A część zrobionych fotek wykorzystam do malowania kiedy już nadejdą długie zimowe wieczory.

niedziela, 5 lipca 2020

Leży przede mną kupiona dziś w maleńkiej księgarence na Pradze książka pod tytułem „Umrzeć za Gdańsk” autorstwa Tomasza Lisa, z wizerunkiem tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska – Pawła Adamowicza. Z tyłu okładki jest napisane, że są to właściwie rozmowy o Gdańsku, o jego historii, o jego magii i o wpływie, jaki wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat wywarły na historię Polski. I po raz kolejny się przekonałam, że Gdańsk odcisnął bardzo trwały ślad w moim sercu. Gdańsk, i jego ludzie.
Rok 1959. Przyjechała nasza rodzina z Wileńszczyzny w ramach repatriacji. Mateńka i ja nie wróciłyśmy już do Wrocławia. No cóż, poplątały się sprawy rodzinne, wojna namieszała w losach Mateńki i rodziny. Wilniucy wtedy po wyjeździe "z Polski do Polski" jak to moja Mateńka nazywała zakotwiczali albo w Gdańsku, żeby było blisko wracać, albo w Szczecinie - żeby było jak najdalej, żeby nic nie przypominało rodzinnych stron. W naszej rodzinie padło na Gdańsk. Nie wiem, czy Mama już tam kogoś znała, może ktoś z przyjaciół z Wileńszczyzny już tam był - nie wiem tego i już niestety chyba się nie dowiem. Mama kupiła mieszkanie - piękne, trzypokojowe we Wrzeszczu na rogu Miszewskiego i Grunwaldzkiej. Dwa pokoje były duże, ten trzeci to malutki. Ponieważ jest to kamienica przedwojenna - domyślaliśmy się, że był to pokoik dla służącej, bo był tuż obok ogromnej kuchni, z której z kolei wchodziło się dwóch komórek. Jedną z nich zagospodarował wujek Bronek na swoją pracownię fotograficzną. Jakże lubiłam towarzyszyć mu przy wywoływaniu zdjęć, patrzeć jak w pojemniczkach wypełnionych - jak wtedy myślałam - wodą - pływają prostokąciki chyba kartoników, na których stopniowo jawią się nasze postacie. W drugiej komórce była spiżarnia. Nikt wtedy nie słyszał o czymś takim jak lodówka. Sprawami kuchennymi zajmowała się ciocia Kazia Barzdo. Ilekroć myślę o niej z tamtego czasu - widzę ją stojącą nad garnkami. A równej jej po prostu nie było. Żywność ciocia Kazia kupowała na pobliskim rynku. To był prawdziwy rynek, nie taki - jak dziś - z eleganckimi pawilonami. Tam zajeżdżały chłopskie furmanki, konie jadły owies z obroku, wiejskie baby sprzedawały z blaszanych baniaków mleko lub śmietanę. Pamiętam, jak ciocia Kazia śmietanę kupowała. Baba kapnęła cioci troszeczkę na rękę, ciocia próbowała i dopiero kupowała. Jakaż to była śmietana - mój Boże! Niebo w gębie :)
Chodziłam do szkoły podstawowej nr 17 im. Stefana Czarneckiego. W pierwszej klasie dano nam kokardki, które nosiliśmy na fartuszkach. Kokardki czerwone to była klasa 1 A (moja), zielone to klasa 1 B. Takiego samego koloru kokardki, tylko że dużo większe - wisiały nad drzwiami do naszych sal. Wychowawczynią moją była Kazimiera Rusiniak - przekochana osoba.
Naszą parafią była Parafia Najświętszego Serca Jezusowego. Ulica, na której się znajdowała - wtedy nazywała się Czarna. Dziś to jest ulica Księdza Józefa Zator-Przytockiego. Biegałam tam na nabożeństwa majowe i czerwcowe z ciocią Józią, którą kochałam najbardziej. Proboszczem w tym czasie był tam ks. Kazimierz Mirynowski - również repatriant. Gospodynią jego była jego macocha, którą bardzo kochał. Znał moją Mamę i moich dziadków jeszcze z Wileńszczyzny - z Głębokiego. Często przychodził do nas do domu. Lubiłam go bardzo. Wprowadzał nastrój wielkiej serdeczności. Ilekroć widziałam go spowiadającego z konfesjonale – wpatrywałam się w niego wręcz odwracając się tyłem do ołtarza. W Sopocie zamieszkała rodzina państwa Ostaszewskich. Chyba to byli przyjaciele moich dziadków. Jakże ja lubiłam bywać w ich domku otoczonym pięknym ogrodem. Z tego domku pamiętam jedynie pokoik cioci Irki, a w nim ołtarzyk z maleńką gipsową figurką Matki Boskiej. Uparłam się, że i ja muszę taki ołtarzyk mieć i taką figurkę. Tak długo wierciłam Mamie dziurę w brzuchu, że w końcu mi taką figurkę kupiła, a ja ołtarzyk urządziłam przy swoim tapczaniku. Była jeszcze nasza rodzina – Szypiłłowie: ciocia Tereska, wujek Zdzsio, Waldek. Po jakimś czasie ta gromadka powiększyła się o jeszcze jedną osobę – Ilonkę :) Z Ilonką kontakt się cudownie odnowił całkiem niedawno. Patrząc na jej zdjęcia trudno mi dzisiaj uwierzyć, że kiedyś nosiłam ją na rękach.
Niestety los ponownie spłatał figla. Mama musiała mieszkanie sprzedać. Rodzina się rozjechała. Ciocia Kazia z wujkiem Tośkiem zamieszkali na gdańskich Stogach, ciocia Józia z wujkiem Bronkiem najpierw znaleźli lokum w Gdańsku na ulicy Seredyńskiego a potem w Jelitkowie. A Mama i ja – opuściłyśmy Wybrzeże całkowicie i przeniosłyśmy się na jakiś czas do podwarszawskiego Piastowa. Pamiętam jak strasznie moja Mama płakała żegnając się z moją wychowawczynią i potem jak ciężarówka z nami i naszym dobytkiem ruszyła spod domu. Trudno mi było przyzwyczaić się do nowej szkoły i nowej wychowawczyni. To już nie była moja kochana pani Rusiniakowa.
Minęło wiele lat, i znów przez dwa lata byłam gdańszczanką. Dane mi było spotkać na mojej drodze wspaniałych ludzi, z którymi kontakt utrzymuje się do dzisiaj. Dane mi było również parę razy zetknąć się z Pawłem Adamowiczem – bardzo kochanym przez nas - gdańszczan. On też był potomkiem wygnańców z Wileńszczyzny.
Mój Boże. Jedna książka, a tyle wspomnień.