Pogoda
nie nastraja pozytywnie. Mam tyle do zrobienia, a tak mało zrobiłam.
Posłuszna
swemu postanowieniu, żeby nie dać się ogłupiać radiowej jedynce
- ograniczam się do słuchania audycji nocnej. Zwykle są w
porządku. Nie tym razem. Znów gadka o pandemii. Jakby nie mieli
innych tematów na świętą noc. Gada jakiś pan doktór. Dzwonię.
Chcę mu zadać parę pytań, a zwłaszcza to jedno: dlaczego
wprowadzają ludzi w błąd nie informując dokładne o tym, kto jest
zwolniony z obowiązku noszenia maseczki. Mam przed sobą
rozporządzenie z 19 czerwca 2020. Telefon dzwoni. Nikt nie podnosi
słuchawki. Teraz wierzę, że radiowa „jedynka” odbiera telefony
wybiórczo. A pierdoły, jakie słyszę – przyprawiają o skręt
kiszek. Dzisiaj z kolei w czasie „Lata z radiem” słyszę, że
przewidują kolejną epidemię jesienią. Ja nie wirusa się boję.
Chodzę bez maseczki (nie dlatego, że nie chcę, ale z powodu
problemów z oddychaniem), z domu wychodzę dokąd chcę, kiedy chcę,
na jak długo chcę - i żyję. Boję się, że wezmą nas jeszcze
bardziej za mordy, że będzie powtórka ze stalinizmu, że znów nam
pozamykają parki i cmentarze, a sami będą wjeżdżać limuzynami.
Tak
się w ogóle zastanawiam nad mentalnością naszego
społeczeństwa. Czy my umiemy być jednym narodem? Czy naprawdę nie
umiemy przyjąć do wiadomości, że zawsze byli, są i zawsze będą
wygrani i nie-wygrani (nie cierpię słowa „przegrany”. Przegrany
jest tylko ten, kto nic nie robi, o nic się nie stara)? Czy musimy
wzajemnie się opluwać?
No
dobrze, dosyć o tym. Dziś dzień zaczyna się wprawdzie tak sobie,
ale po jakiejś godzinie za sprawą pewnego telefonu wszystko nabiera
piękniejszych barw. Około tygodnia wstecz zamówiłam przez
internet fiksatywę do akwareli, akrylu i tempery. Dla
niewtajemniczonych – to jest produkt służący do utrwalania
obrazu. Na szczęście zamówiłam z zaznaczeniem, że płatność
przy odbiorze. Dzwoniący do mnie dziś właściciel sklepu
przeprasza mnie, że nie miał tego produktu i zamówił, że dostawa
przyszła wczoraj ale bez tego produktu, i że widocznie w hurtowni
też tego nie mieli. Zgadzamy się, że przetrzyma moje zamówienie
do następnej dostawy, która prawdopodobnie przyjdzie za tydzień.
Oczywiście, że się zgadzam. Siedzimy przecież wszyscy w tym samym
gównie. Zaczyna się miła rozmowa :). Ten człowiek naprawdę
sprawił, że dzień stał się radośniejszy :) Potem zaś – nic
szczególnego. Trochę robię korektę moich poprzednich wpisów.
Myślę bowiem o swego rodzaju pamiętniku pandemicznym. W końcu
przecież ten okres też będzie historią. Jedno jest pewne:
zachowam jako pamiątkę dwie maseczki. Wychodzę potem na zakupy,
takie zwyczajne: masło, kartofle, mięso i dla osłody ciacha :)
Powietrze pachnie tak cudnie. Idę się przejść. Skręcam w ulicę
Leopolda Staffa. Pierwszy raz tędy idę. Piękna to ulica – jak
moja Rzymska :) Ech, ta Rzymska… chyba do końca moich dni będzie
za mną szła. Idę dalej. W budce, w której pani ma dobre pomidory
– kupuję ich cztery. W domu wita Duduś – przy drzwiach i z
pretensjami - „gdzie ty byłaś tyle czasu?” No już jestem,
kiciuś, już jestem :)
W
radio zapowiedzi bardzo groźnych burz nad całą Polską. I znów
się boję o ten skrawek warszawskich Powązek – kwatera 223.
Dzień
powoli chyli się ku końcowi. Duduś… gdzie jest Duduś? A, jest.
Wiadomo. W szafie. Obok mnie rozpoczęta robótka. RFM Classic nadaje
„Moon River”. Jest pięknie. Jest spokojnie. Jest domowo.