Wspomnień czar

wtorek, 7 lipca 2020

Dziś ponownie ciut pandemicznie. Ale to później i nie jest to tematem mojego wpisu.
Planowałam od dwóch tygodni wyjście dziś do klubokawiarni na wieczór z muzyką. Dojeżdżam według informacji ZTM. Wysiadam na wskazanym przystanku. Zupełnie nie wiem, w którym kierunku iść, a zanim moja komórka odbierze internet, to dzień przeminie. Pytam więc przypadkowego przechodnia. Wyciąga swoją komórkę. Wynika stąd, że mam spory kawał do dojścia. Rezygnuję w takim razie, gdyż nie mam ochoty ryzykować wracając wieczorem po opustoszałej nieznanej sobie ulicy. Wsiadam do tramwaju i kieruję się do tyłu do siedzenia, w pobliżu którego nie ma innych pasażerów, a zatem zachowany będzie dystans. Nawiasem mówiąc tu, gdzie w danej chwili stoję – pasażerowie dystans mają głęboko w poważaniu. Muszę ich minąć, żeby dojść na upatrzone miejsce. Słyszę od siedzącej kobiety – maska na ustach, nos odkryty - „Pani zapłaci 30 tysięcy”. Odpowiadam, że nie zapłacę ani grosza, wyciągam z torby rozporządzenie z odpowiednim ustępem zaznaczonym na czerwono. Kobieta mówi „Niech pani nie chucha”. Stoję w przepisowej od niej odległości. Mam ochotę zapytać czy wolno mi oddychać, ale wolę przemilczeć. Nawiasem mówiąc przyłbica też nie jest powinnam nosić, gdyż rozregulowuje jednak wzrok, a biorąc pod uwagę, że mam sztuczną soczewkę po zabiegu – jest dla mnie bardzo niewskazana. Siadam na upatrzonym miejscu. Zdenerwowanie jednak mnie nie opuszcza. Tramwaj zatrzymuje się na Placu Konstytucji. O, znana mi okolica, a wieki tu nie byłam. Wysiadam. Idę spacerkiem ulicą Marszałkowską. Mijam adres Pl. Konstytucji 6. Na budynku tablica. Czytam: „W tym miejscu stał dom, w którym mieszkał Lucjan Szenwald – żołnierz i kronikarz I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Zginął w walce o Polskę w r. 1944.” Szkoda, że nie piszą – gdzie. Idę dalej. Mijam Teatr Polonia. Jak to dobrze, że teatry – pod obostrzeniami wprawdzie, ale już jednak działają. Dalej natrafiam kamienicę z ciekawą bramą. Widzę również podwórko. Na bramie kamienicy wisi informacja, że w podwórku wisi obraz Chrystusa Miłosiernego namalowany podczas bombardowania 11 września 1944 przez Pereca Willenberga – artysty plastyka specjalizującego się w malowaniu fresków synagogalnych, który ukrywał się w tym budynku podczas Powstania Warszawskiego. Zaciekawiona wchodzę chcąc zobaczyć ten obraz. Część podwórka ogrodzona blachą. Obrazu nie widzę. Pytam o niego wchodzącą kobietę. Odpowiada, że jest ale za ogrodzeniem, i że taki stan już trwa dwa lata i nic tu nie jest robione. Ciśnie się na usta parę słów. Co robić, ruszam dalej. Mijam witrynę Galerii Książki. Zatrzymuję się chwilkę. Widzę otwarty egzemplarz a w nim ciekawe cytaty. Mijam parę ciekawych budynków. Znam je już dobrze, ale za każdym razem odkrywam je na nowo. Posilam się w przytulnej kawiarence. Nikt mnie nie pyta o maseczkę. Najwyraźniej pracownicy są dobrze zaznajomieni z rozporządzeniami.
Staram się – nawet jak mi jakiś plan nie wypali – zastąpić go czymś innym. Ten spacer był takim właśnie zastępstwem. A po nim jakże cudownie jest znaleźć się pod swoim dachem, słyszeć głośne wymówki kociny, otworzyć drzwi na balkon i wdychać zapach maciejki :) A część zrobionych fotek wykorzystam do malowania kiedy już nadejdą długie zimowe wieczory.

niedziela, 5 lipca 2020

Leży przede mną kupiona dziś w maleńkiej księgarence na Pradze książka pod tytułem „Umrzeć za Gdańsk” autorstwa Tomasza Lisa, z wizerunkiem tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska – Pawła Adamowicza. Z tyłu okładki jest napisane, że są to właściwie rozmowy o Gdańsku, o jego historii, o jego magii i o wpływie, jaki wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat wywarły na historię Polski. I po raz kolejny się przekonałam, że Gdańsk odcisnął bardzo trwały ślad w moim sercu. Gdańsk, i jego ludzie.
Rok 1959. Przyjechała nasza rodzina z Wileńszczyzny w ramach repatriacji. Mateńka i ja nie wróciłyśmy już do Wrocławia. No cóż, poplątały się sprawy rodzinne, wojna namieszała w losach Mateńki i rodziny. Wilniucy wtedy po wyjeździe "z Polski do Polski" jak to moja Mateńka nazywała zakotwiczali albo w Gdańsku, żeby było blisko wracać, albo w Szczecinie - żeby było jak najdalej, żeby nic nie przypominało rodzinnych stron. W naszej rodzinie padło na Gdańsk. Nie wiem, czy Mama już tam kogoś znała, może ktoś z przyjaciół z Wileńszczyzny już tam był - nie wiem tego i już niestety chyba się nie dowiem. Mama kupiła mieszkanie - piękne, trzypokojowe we Wrzeszczu na rogu Miszewskiego i Grunwaldzkiej. Dwa pokoje były duże, ten trzeci to malutki. Ponieważ jest to kamienica przedwojenna - domyślaliśmy się, że był to pokoik dla służącej, bo był tuż obok ogromnej kuchni, z której z kolei wchodziło się dwóch komórek. Jedną z nich zagospodarował wujek Bronek na swoją pracownię fotograficzną. Jakże lubiłam towarzyszyć mu przy wywoływaniu zdjęć, patrzeć jak w pojemniczkach wypełnionych - jak wtedy myślałam - wodą - pływają prostokąciki chyba kartoników, na których stopniowo jawią się nasze postacie. W drugiej komórce była spiżarnia. Nikt wtedy nie słyszał o czymś takim jak lodówka. Sprawami kuchennymi zajmowała się ciocia Kazia Barzdo. Ilekroć myślę o niej z tamtego czasu - widzę ją stojącą nad garnkami. A równej jej po prostu nie było. Żywność ciocia Kazia kupowała na pobliskim rynku. To był prawdziwy rynek, nie taki - jak dziś - z eleganckimi pawilonami. Tam zajeżdżały chłopskie furmanki, konie jadły owies z obroku, wiejskie baby sprzedawały z blaszanych baniaków mleko lub śmietanę. Pamiętam, jak ciocia Kazia śmietanę kupowała. Baba kapnęła cioci troszeczkę na rękę, ciocia próbowała i dopiero kupowała. Jakaż to była śmietana - mój Boże! Niebo w gębie :)
Chodziłam do szkoły podstawowej nr 17 im. Stefana Czarneckiego. W pierwszej klasie dano nam kokardki, które nosiliśmy na fartuszkach. Kokardki czerwone to była klasa 1 A (moja), zielone to klasa 1 B. Takiego samego koloru kokardki, tylko że dużo większe - wisiały nad drzwiami do naszych sal. Wychowawczynią moją była Kazimiera Rusiniak - przekochana osoba.
Naszą parafią była Parafia Najświętszego Serca Jezusowego. Ulica, na której się znajdowała - wtedy nazywała się Czarna. Dziś to jest ulica Księdza Józefa Zator-Przytockiego. Biegałam tam na nabożeństwa majowe i czerwcowe z ciocią Józią, którą kochałam najbardziej. Proboszczem w tym czasie był tam ks. Kazimierz Mirynowski - również repatriant. Gospodynią jego była jego macocha, którą bardzo kochał. Znał moją Mamę i moich dziadków jeszcze z Wileńszczyzny - z Głębokiego. Często przychodził do nas do domu. Lubiłam go bardzo. Wprowadzał nastrój wielkiej serdeczności. Ilekroć widziałam go spowiadającego z konfesjonale – wpatrywałam się w niego wręcz odwracając się tyłem do ołtarza. W Sopocie zamieszkała rodzina państwa Ostaszewskich. Chyba to byli przyjaciele moich dziadków. Jakże ja lubiłam bywać w ich domku otoczonym pięknym ogrodem. Z tego domku pamiętam jedynie pokoik cioci Irki, a w nim ołtarzyk z maleńką gipsową figurką Matki Boskiej. Uparłam się, że i ja muszę taki ołtarzyk mieć i taką figurkę. Tak długo wierciłam Mamie dziurę w brzuchu, że w końcu mi taką figurkę kupiła, a ja ołtarzyk urządziłam przy swoim tapczaniku. Była jeszcze nasza rodzina – Szypiłłowie: ciocia Tereska, wujek Zdzsio, Waldek. Po jakimś czasie ta gromadka powiększyła się o jeszcze jedną osobę – Ilonkę :) Z Ilonką kontakt się cudownie odnowił całkiem niedawno. Patrząc na jej zdjęcia trudno mi dzisiaj uwierzyć, że kiedyś nosiłam ją na rękach.
Niestety los ponownie spłatał figla. Mama musiała mieszkanie sprzedać. Rodzina się rozjechała. Ciocia Kazia z wujkiem Tośkiem zamieszkali na gdańskich Stogach, ciocia Józia z wujkiem Bronkiem najpierw znaleźli lokum w Gdańsku na ulicy Seredyńskiego a potem w Jelitkowie. A Mama i ja – opuściłyśmy Wybrzeże całkowicie i przeniosłyśmy się na jakiś czas do podwarszawskiego Piastowa. Pamiętam jak strasznie moja Mama płakała żegnając się z moją wychowawczynią i potem jak ciężarówka z nami i naszym dobytkiem ruszyła spod domu. Trudno mi było przyzwyczaić się do nowej szkoły i nowej wychowawczyni. To już nie była moja kochana pani Rusiniakowa.
Minęło wiele lat, i znów przez dwa lata byłam gdańszczanką. Dane mi było spotkać na mojej drodze wspaniałych ludzi, z którymi kontakt utrzymuje się do dzisiaj. Dane mi było również parę razy zetknąć się z Pawłem Adamowiczem – bardzo kochanym przez nas - gdańszczan. On też był potomkiem wygnańców z Wileńszczyzny.
Mój Boże. Jedna książka, a tyle wspomnień.

piątek, 3 lipca 2020

Dziś będzie ciut pandemicznie, ale to później. Urządzam sobie dzień nie-gotowania. Należy mi się raz na jakiś czas po prostu zjeść poza domem. Kieruję się zatem do Centrum Handlowego Arkadia. Tam bowiem są sklepy, które zamierzam odwiedzić, i tam też w kilkunastu punktach można zjeść całkiem niezły i nie pustoszący kieszeni obiadek. Podchodzę do punktu Northern Fish. Biorę mintaja z ziemniaczkami i jakąś surówką. Podchodzę do kasy, za którą stoi młody chłopak. Rachunek wynosi 31 zł 10 gr. Podaję stówę. Kasjer mówi, że nie ma wydać. No, zaskakuje mnie conieco taka sytuacja w takim miejscu. Odpowiadam, że to nie jest moja sprawa, niech mu ktoś z kierownictwa rozmieni pieniądze tak, żeby miał z czego wydawać. Chłopak odpowiada mi „To pani powinna być przygotowana”. Proszę o kierownika. Podchodzi młoda osoba. Chłopak mówi do niej „Ta pani ma problem”. Zadaję młodej osobie pytanie  – nie krzycząc choć jednak ciut wzburzona – jakim prawem ten młody człowiek mówi mi, że nie może wydać reszty”. Pani kierownik odpowiada „Ale może spokojniej, proszę pani”. Jestem bardzo spokojna, choć krew już wrze. Powinnam w tym momencie zostawić to wszystko i iść gdzieś indziej, ale ten mintaj wygląda tak kusząco. Pani otwiera szafkę, rozmienia pieniądze, wydaje mi resztę. Posilam się. Mintaj pyszny, ale odzywa się we mnie mój zodiakalny koziorożec i nie odnoszę talerza. Niech sami sprzątają.
I teraz to pandemiczne. Idę do Leroy Merlin po środek do usuwania glonów z nagrobków. W całej Arkadii dziś nawaliła klimatyzacja, jestem więc ciut zmęczona. Szukam tego produktu. Nie znajduję. Zauważam pracownika, podchodzę więc do niego i pytam. Odpowiada mi, że jest tu i tu – czyli w miejscach, w których szukałam i nie znalazłam. Proszę, żeby poszedł ze mną.
- A maseczka gdzie? - pyta.
Odowiadam że nie noszę, gdyż jest rozporządzenie z 19 czerwca tego roku, że z noszenia maseczek zwolnione są osoby mające problemy z oddychaniem. Słyszę w odpowiedzi, że on mnie nie obsłuży w takim razie. Odpowiadam już bardzo głośno, że ja jako osoba nie młoda i mająca problem ze zdrowiem nie mam obowiązku nosić maseczki a on nie ma prawa odmówić mi obsłużenia mnie, bo w przeciwnym wypadku zażądam kierownika. Pracownik szybko zmienia zdanie. Prosi, żebym szła w odległości od niego dwa metry. W porządku, nie ma sprawy. Pokazuje mi półkę, na której stoi jeden tego typu produkt, i odchodzi. Nie mam jednak pewności, czy to produkt właściwy. Nie kupuję.
Idę do Media Markt popatrzeć na laptopy. Będę musiała wkrótce kupić nowy, bo mój się już zaczyna rozwalać. Laptopy są, owszem, i to w różnych cenach, a takich na moją kieszeń również. Tu pracownik nie pyta mnie o maseczkę. Laptopa dziś nie kupię, ale jest jedna rzecz, którą chciałam od dawna, a na którą nie mogłam sobie pozwolić z powodu innych – pilniejszych wydatków: radyjko z odtwarzaczem płyt CD. Nie zawsze bowiem kiedy chcę posłuchać ulubionej muzyki – chcę mieć włączony laptop. Kupuję takowe. W Empiku kupuję płytę Jaromira Nohavicy. I tu następuje całkowite zaskoczenie – jak najbardziej pozytywne. Stoję w kolejce do kasy. Kolejka posuwa się bardzo wolno. Kilkanaście osób stoi przede mną. Za mną stoi chłopiec – może 10-letni, może ciut starszy. Chce na chwilę odejść z kolejki. Zwraca się do stojącej za nim pani z pytaniem „Czy mogłaby pani przypilnować mi miejsca, ja za chwilę wrócę”. Pani oczywiście się zgadza. Jesteśmy obie zaskoczone, że tak młoda osoba potrafi w tak grzeczny sposób o coś poprosić. Chłopak za parę minut wraca. Stając na swoim miejscu zwraca się do kobiety: „Dziękuję pani”. No tym razem wbija mnie w ziemię. Zwracam się z uśmiechem do chłopca: „Proszę cię, nie zmieniaj się”. Po takich moich dwóch doświadczeniach dzisiaj to miód na serce. Kupuję jeszcze w sklepie Body Shop małe conieco do ciałka ku uciesze zmysłu węchu.
Kieruję się do tramwaju, ale niestety muszę usiąść. Drętwieje mi lewa noga, z trudem idę. Po parunastu minutach już jest ok.
Odstawione wczoraj na zsiadłe mleko pięknie się ścięło. Przelewam je do słoika, a bańka nawet po umyciu pachnie tak cudownie. Od jutra natomiast dwa dni słodkiego nic-nie-muszenia :)

czwartek, 2 lipca 2020

Spokojny wieczór w moim raju. Ten widok brateczków i kolorowych lampek solarnych na tle ciemnego nieba i zachodzącego słońca… Ten zapach maciejki i ta cudna kojąca muzyka… I jest tak dobrze choć tak bardzo smutno…
Pożegnałam dziś na cmentarzu w Wilanowie kogoś, z kim wzrastaliśmy na tej samej ulicy – Rzymskiej, którą moja Matka swego czasu wybrała na spokojną przystań dla siebie i dla mnie… moje okna zaglądały w okna jego domu. Zobaczyłam, jak cała nasza ulica towarzyszyła Arturowi w ostatniej drodze. I dziś właśnie przyszła ta świadomość, że przez nie do końca przemyślaną decyzję ja – na ulicy, na której się wychowałam – jestem już tylko gościem. I dziś też jest taki dzień, w którym ja na kolanach dziękuję Bogu za to, że jestem od przyjaciół i rodziny oddalona zaledwie o jazdę tramwajem.
Po pogrzebie idę do pobliskiego McDonalda. Młoda pracownica stojąca przy wejściu pyta mnie o maseczkę. Odpowiadam jej, że nie mam bo nie muszę nosić w związku z problemami z oddychaniem (mam je naprawdę i – nawiasem mówiąc – nie wiem, czy nie nabawiłam się ich posłusznie nosząc maseczkę i nie wychodząc z domu). Pani rozumie. Ale swoją drogą to jest upokarzające tak musieć się tłumaczyć, chociaż ja wiem, że pani wypełnia swoje obowiązki. I tak się zastanawiam, kiedy wreszcie znikną z naszego krajobrazu te plakaty, te kartki w witrynach informujące ile osób ma prawo przebywać w danym sklepie, w tramwaju czy autobusie, to ubezwłasnowolnianie nas.
Dobrze, że jest to moje malutkie miejsce na ziemi, ten balkon, przyjaciele, rodzina, i ten mój kiciuś :). Artur. Pewnie spotkasz moją Mamę. Uściskaj Ją, powiedz Jej, że… ech, na pewno wiesz, co Jej powiedzieć. A ja idę na balkon może poczytać, może po prostu posiedzieć, nacieszyć oczy i serce.


wtorek, 23 czerwca 2020

Tatuś mój kochany :) Jaki piękny prezent przysłałeś mi przed chwilą ze swojej chmurki. Toż to jest Twój dzień dzisiaj a nie mój, i to ja powinnam Ci prezent dać.

Tatuś mój kochany :) Jaki piękny prezent przysłałeś mi przed chwilą ze swojej chmurki. Toż to jest Twój dzień dzisiaj a nie mój, i to ja powinnam Ci prezent dać. Dzisiaj akurat nie mogłam przyjść do Ciebie. Ale wiem, że Ty wiesz, że musiałam dziś pojechać po swoje wyniki badań. Prezent, Tatuś, dostaniesz. Ja wiem, jakie kwiaty lubisz. A Ty – wiedząc, że lubię maciejkę – dzisiaj mi zesłałeś na mój balkonik pierwsze jej kwiatki i zapach jej wręcz niebiański.

Często o Tobie, Tatuś, myślę. Zdjęcie, na którym jesteśmy razem – stoi tuż obok zdjęcia Mamy. Wspominam nasze czasy wrocławskie, duży pokój, w którym spaliśmy, radio z magicznym okiem, piec kaflowy, naszego kotka Mruczka. Ubóstwiałam, Tatuś – wieczorem siadać przy Tobie przy moim malutkim stoliczku i wycinać z Tobą pieski, kotki, krówki, koniki, zabudowania wiejskie – i naklejać potem to wszystko na tekturę tworząc nasze małe wiejskie gospodarstwo. Klej wtedy był taki w słoiczkach, wybierało się go palcem, Ech, pomazane były te nasze paluchy :) W dzień Wigilii ubieraliśmy razem choinkę, pamiętasz to? Świeciły się potem na niej świeczki, a nie żadne tam lampki elektryczne. Pamiętam jeszcze, jak brałeś mnie na barana i podskakiwałeś gwiżdżąc melodię z „Pana Twardowskiego”. Aaaaa! Jeszcze jedno! Ja stawałam na Twoich stopach, Ty chwytałeś mnie za rączki i tańczyliśmy walca, a pokój był nam salą balową :)
Potem sprawy jakoś tak dziwnie się poplątały. Te kilkanaście lat przerwy… tak niepotrzebnej. I pamiętam ten moment w sklepie w dalekim Nowym Jorku… robiłam jakieś zakupy. Sklep już był udekorowany świątecznie, zbliżało się Boże Narodzenie. Pamiętam jak mi stamtąd myśl pobiegła ku Tobie. Kupiłam wtedy karnet świąteczny i po powrocie do domu napisałam do Ciebie list. Wysłałam go na nasz stary wrocławski adres – na Podchorążych 5. Nie wiedziałam, że już tam nie mieszkasz. List jakimś cudownym sposobem trafił do Ciebie do Warszawy. Po paru tygodniach przyszedł list od Ciebie.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie po latach. Jak trudno było potem się z Tobą żegnać. Wiem. Nieraz mieliśmy różnice zdań. Ale zawsze w jakiś sposób rozumieliśmy się jak Ojciec z córką. I nawet teraz, kiedy z czymś nie mogę sobie poradzić – mówię „Tatuś, pomóż”. I chyba mnie słyszysz, bo zawsze jakieś rozwiązanie problemu zsyłasz. Tatuś, tulę się do Ciebie.

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Rozsadzam miętę. Zaczęła już przerastać swoją dotychczasową doniczkę i marnieć. Wsadzam ją do dwóch doniczek. Cały dom pachnie. Wystawiam ją na balkon. Nich się hartuje. Zauważam przy okazji, że nasiona żyworódki wsadzone parę dni temu do ziemi zaczynają wschodzić. Pobrałam je z listków starej roślinki, która po prostu mi zmarniała. Pobiorę ich więcej, może ludziom oddam. Wczoraj umieściłam na facebooku informację, że mam do oddania trzy sadzonki wierzby mandżurskiej, te, które kupiłam na Wielkanoc. Nie da mi się utrzymać ich w domu, gdyż będą potrzebowały większych doniczek. Poszły w dobre ręce. Zamieszkają na podwórku przed blokiem pod oknem ich nowej właścicielki.
Przez kilka dni burze, deszcz, deszcz, burze. Nijak wyjść z domu, a chce się pójść do matki na cmentarz, do przyjaciół. A tu tylko wyjście do sklepu i szybko do domu. Nastrój mój dzisiaj do niczego. Przez większość dnia leje jak z cebra. Wspominam moją mamę. Wspominam pewien dzień sprzed wielu lat – na dzień przed Wigilią Bożego narodzenia. Lał deszcz. Wracałam z miasta. Zbliżając się do domu spotkałam moją mamę. Szła śpiesznym krokiem w tych strugach deszczu trochę pochylona. Zatrzymałam ją.
- Mamusiu, chodźmy do domu.
- Nie, ja się śpieszę. Coś zapomniałam w sklepie.
- Mamo, to pójdziemy później, wracajmy teraz.
- Nie, później nie pójdziemy, bo już tego nie będzie.
- To pójdę z tobą.
- Nie. Wracaj do domu. Pójdę sama - powiedziała to bardzo stanowczym tonem. Nie było dyskusji.
Wróciła do domu po kilkunastu minutach. Potem się okazało, że robiąc zakupy w Rossmannie zobaczyła perfumy, które jej się podobały. Chciała je kupić, ale zabrakło jej pieniędzy. Te perfumy to był prezent dla mnie. To była ostatnia z Nią Wigilia. Nie wiem, czy te dzisiejsze strugi deszczu, czy te pierdoły, którymi nas nasze władze teraz karmią – tak wpłynęły na mój nastrój.
Przestaje trochę padać. Idę zatem do naszej osiedlowej sieciówki po najpotrzebniejsze rzeczy. Biorę herbatę, trochę wędliny, pięć bułek poznańskich i ciasto do herbaty. Podchodzę do kasy. Płacę, ale rachunek wydaje mi się ciut wysoki. Usuwam się trochę na bok, żeby nie wstrzymywać stojącego za mną klienta, ale od kasy nie odchodzę. Sprawdzam rachunek. Kasjerka zaczyna mnie popędzać – żebym odeszła od kasy. Opowiadam jej, żeby mnie nie popędzała, że ja mam prawo sprawdzić wysokość rachunku. Odpowiada, że musi się zgadzać. Odpowiadam jej, że musi czy nie musi – ja mam prawo sprawdzić a ona nie ma prawa mnie popędzać. No tak, rachunek się zgadza.

piątek, 19 czerwca 2020

Dziś taki dzień trochę refleksyjny. Żegnamy dzisiaj naszego sąsiada – z mojego piętra. Pożegnanie z naszej parafii – Świętego Zygmunta. Biorę przyłbicę, bo tej cholernej maseczki nosić nie da się. Wchodzę do kościoła z twarzą już osłoniętą. Duchota jak diabli. Zdejmuję tę „czapeczkę”. Kościół już pełen ludzi. Szukam dla siebie jakiego odosobnionego miejsca, żeby nie razić innych gołą twarzą. Znajduję je. Zupełnie z boku. Szukam oczyma Basi – wdowy po Andrzeju i mojej sąsiadki. Nie widzę jej. Jeden z synów Andrzeja i Basi jest księdzem. Posługuje przy ołtarzu.
Planowałam dziś po uroczystości iść na grób Mamy zobaczyć czy wszystko jest w porządku po tych nawałnicach. Po wyjściu z kościoła podchodzę do Basi, mówię jej – „Basiu, jestem. Dorotka”. Basia jest niewidoma, tak jak i Andrzej był. Ściska mi rękę. Oddalam się. Postanawiam nie jechać na cmentarz, jest tak duszno. Kieruję się ku domowi. Zmieniam jednak zdanie. Basia przecież się do mnie uśmiechnęła. Może przyjemniej się jej zrobiło, że jestem. Nie. Postanawiam – odprowadzę Andrzeja do samego końca. Cofam się. Wsiadam do podstawionego autokaru. Mam w ręku wachlarzyk, żeby zasłaniać nim usta i nos. Słyszę nagle: „Dorota, siadaj tu”. Patrzę – to moja koleżanka. Kilka lat temu zaszło między nami pewne nieporozumienie. Ona się uśmiecha, uśmiecham się i ja, podaję jej rękę, ona ją chwyta. Bez słów – samymi spojrzeniami – mówimy sobie wzajemnie „Jest ok”. Dojeżdżamy na Powązki Wojskowe. Idziemy razem. Cichutko opowiadamy sobie, co się w ciągu tych kilku lat zdarzyło. Ona też pożegnała kilka bliskich sobie osób. Zapisujemy ponownie swoje numery telefonów.
Po drodze mijamy groby kilku znanych osób. Jednym z nich jest grób pisarza – Janusza Głowackiego. Doznaję wzruszenia. Znałam go jeszcze z Nowego Jorku. O nim zresztą będzie oddzielna historia – miła. Janusz bowiem – będąc już wtedy bardzo znaną osobą – był człowiekiem przemiłym i bardzo kontaktowym.
Dzień więc refleksyjny ale nie smutny. Może Andrzej – przyjazna mi osoba – w ten sposób pogodził mnie z koleżanką?