Wspomnień czar

niedziela, 26 lipca 2020

Z radia nadal płyną zatrważające wiadomości – ponad 400 osób zachorowało, podobno ileś tam na jakimś weselu, podobno najwięcej na Śląsku. Ja już sama nie wiem. Nasze pajace już takie rzeczy wyprawiają, że ja już im nie uwierzę nawet jak mi powiedzą, że mamy rok 2020. Ja wychodzę kiedy chcę, dokąd chcę, z kim chcę i od dwóch miesięcy bez maseczki i bez przyłbicy, i żyję. Znajoma od paru dni źle się czuła. Zaniepokojona, czy to przypadkiem nie to cholerstwo - planowała zrobić test na corona. Żeby taki test zrobić, trzeba wejść do namiotu. Najpierw jednak zgłosiła się do lekarza. Lekarz stanowczo odradził badanie się w namiocie, bo tam właśnie jest najwięcej zarazków. Po zbadaniu jej stwierdził, że jest po prostu zwyczajnie przeziębiona. Mądry lekarz i mądra dziewczyna. Czuje się lepiej. Pajace nie wszystkich jednak wyjałowiły z mózgu. Jak jednak to ujarzmianie ludzi przez zakładanie im kagańców paraliżuje ludziom myślenie. Stalinowski zamordyzm jak nic.
 
Niedziela upływa spokojnie. Jest mi trochę smutno, bo planowałam wybrać się na moją Saską Kępę do przyjaciółki zawieźć jej po egzemplarzu trzech antologii, ale upał jest taki, że mogę paść. Nic dzisiaj nie gotuję. Nie będę w taki żar stała nad garami, bo też padnę. Idę zatem na obiad na Płatniczą do domu, w którym mieszkała Krystyna Sienkiewicz. Biorę ze sobą antologię „Klinika strachu”, żeby dalej poczytać teksty kolegów. Zamawiam zupę pomidorową z makaronem, na drugie duszony schaboszczak z ziemniaczkami i buraczkami, do popicia kompot z wiśni. To wszystko za 23 złote. Żar jednak leje się taki, że o czytaniu mowy nie ma. Zwykle lubię tam posiedzieć, ale tym razem szybko wracam do domu, gdzie od razu wskakuję pod prysznic. Po drodze kupuję w malutkim osiedlowym sklepiku chleb – bo wczoraj zapomniałam, herbatę i ciasto jogurtowe. Płacę bardzo dużo, ale nie pójdę do Żabki, bo nie dam rady.

Znajomi facebookowi przesyłają sobie wzajemnie linki ze zmarłym wczoraj Bernardem Ładyszem. Najczęściej to jest „Bajkał”. Wyszukuję i ja na youtube w jego wykonaniu „Starego Kaprala” i „Kozaka”. Nawiasem mówiąc był taki okres jeszcze za czasu PRLu, w którym rzadko było słychać Ładysza. Podobno stało się tak za sprawą właśnie „Bajkału”. Kiedyś Bernard Ładysz zaśpiewał „Bajkał” na jakimś przyjęciu dla sowieckich dygnitarzy, z których jeden – będący już w stanie „nieważkości” - wzruszywszy się do łez – powiedział do Ładysza: „Ty śpiewaj, ja ci wszystko oddam tylko śpiewaj”. Na to Bernard Ładysz trzasnął pięścią w stół i wykrzyczał „Wilno oddaj”.
Wyszukując linków z Ładyszem natrafiam na link – mazur z opery „Halka”. I myśl biegnie 50 lat wstecz. Mam dziewiętnaście lat. Jestem maleńkim nowojorskim mieszkanku mojej babuni. Za tydzień mam iść na pierwszy bal – taki najprawdziwszy – bal lekarzy polskiego pochodzenia w bardzo renomowanym nowojorskim hotelu Waldorf Astoria. Babunia uczy mnie mazura. Pokazuje kroki z przytupami, przyklęka, ja ją obiegam, jednym słowem – mazur na całego :)
Mija tydzień. Jest piątek. Przyjeżdżam z akademika na weekend. Kieruję się do miejsca pracy mojej mamy. Mama prowadziła wtedy dom milionera – polskiego Żyda z Gorlic. Poczciwy ten człowiek bardzo mnie lubił i obie nas traktował jak domowników. Samotnie wychowywał czworo dzieci: trzy córki i syna. Dzieci mamę moją ubóstwiały, właściwie to uważały ją za matkę. Nadchodzi dzień balu. Najstarsza z córek – Leslie – układa mi fryzurę. Wieczorem przyjeżdża po mnie mój balowy partner. Wychodzę z pokoiku mamy w balowej sukni – do kuchni. Stoi już w niej pan Morgan z dziećmi. Zobaczywszy mnie woła do syna: - „Nicky, go get the camera”. Sam bal – no cóż… gentlemanów już nie ma. 

Mama moja nostryfikowawszy swój polski dyplom pielęgniarski odeszła do pracy do szpitala (czego potem bardzo żałowała). Dzieci pana Morgana zostały prawnikami i wszystkie adoptowały po kilkoro dzieci z sierocińca z Polski.

A w domu spokojnie, z radyjka płynie piękna muzyka organowa, i tylko Duduś gania nie wiadomo za czym. Niepandemiczny wieczór.

sobota, 25 lipca 2020

Odbieram dzisiaj moje egzemplarze antologii „Klinika strachu”,  „Van Gogh wiedział” i „Pod krzewem bzów spisane”, których mam szczęście być współautorką. To takie mieszane uczucie widzieć swój tekst w druku. To tak, jakby się swoje dziecko wypuściło w świat. „Klinika strachu” to antologia na temat naszej obecnej sytuacji. Tekst ten oddałam 30 kwietnia. Czytam go w pociągu i dopiero dostrzegam, jak bardzo zmieniło się moje podejście do tych spraw. Czytam teksty moich kolegów. Widzę, że na początku odbieraliśmy to wszystko w podobny sposób, czyli podporządkowując się zaleceniom i obostrzeniom. Nie widzieliśmy się jeszcze tak twarzą w twarz od tego pamiętnego marca. Ciekawam, jak oni teraz te rzeczy odczuwają. Muszę się z nimi skontaktować. Kto wie, może uda nam się pojechać w tym roku na Litwę na kolejny Zlot Autorów Polskiego Rodowodu.
Wysiadam na Dworcu Wschodnim. Celowo to robię, choć mogłam wysiąść wcześniej. Lubię ten dworzec i lubię to jego otoczenie. Ma to miejsce jakąś niepowtarzalną atmosferę i nawet kanapka w McDonaldsie smakuje tu jakoś inaczej. Zamawiam więc tę bułę, siadam na zewnątrz, czytam.
W domu błogi spokój. Pałaszuję kupiony dziś na dworcu owoc - kombinację melona i papai. Smaczny. Z radia płynie uspokajająca muzyka fado. Jest cicho, spokojnie, tylko Duduś od czasu do czasu mordkę drze. Niech będzie błogosławiony ten dzień, w którym jego właśnie wzięłam pod swój dach. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.
Przytoczone tu mojego pióra teksty są objęte następującymi prawami autorskimi:
© Copyright by Dorota B. Zegarowska Warszawa 2020
© Copyright by Stowarzyszenie Autorów Polskich Warszawa 2020
© Copyright by Kazimierz Linda Stalowa Wola 2020



Władca w koronie.

Przyszło nam żyć w dziwnych czasach. Choroby XX i XXI wieku panoszą się i nie wiadomo kiedy albo z jakiego powodu wielu z nas dopadają. Niby żyje się lepiej niż kiedyś, niby ciekawiej, ale… czy na pewno? Opanował nas wyścig szczurów, wielu pilnowało tylko swojego nosa. Ingerowaliśmy i ingerujemy nadal w naturę. Wysyłamy rakiety kosmiczne, badamy księżyc nie znając naszej Matki-Ziemi. Latamy w dalekie egzotyczne kraje, a nie znamy swoich okolic. Rozmawiamy z całym światem na Skype, na facebooku, a nie zamieniliśmy nieraz słowa z sąsiadem za ścianą. Jaką zatem rolę spełnia ten wszechobecny włóczykij z koroną na głowie? Czy pojawił się przypadkowo, czy został przez jakąś siłę wyższą nam przysłany? Boję się go. Bardzo się nawet boję. Ale czy ten strach ma prawo mnie ograniczać? Czy ma prawo kazać komukolwiek izolować się nie wiadomo na jak długo? Ja mu to prawo dałam, ale skoro zauważyłam, że taka zmiana mnie w pewnym sensie okalecza, odbieram mu ten przywilej bezwarunkowego panowania nade mną.

A może ten pan przyszedł, by spełnić pewną rolę? Może ma coś nam uświadomić? Może ma niektórych – w tym mnie też – czegoś nauczyć? Może chce nam pokazać, że ta osoba obok potrzebuje naszej pomocy? A może po prostu otwiera nam oczy na to, że nie wszyscy są zapatrzeni wyłącznie w siebie, tylko, że my tego nie dostrzegamy? Mnie samą zaskoczyła życzliwość granicząca nawet z otwartym sercem osób blisko mnie, i tych w internetowej rzeczywistości. W piekarni, w której kupuję chleb z gatunku tych, co mąkę widziały – właścicielka przygotowywała plakaty do rozwieszenia po klatkach schodowych. Wpisywała na nich dwa numery komórek osób, które zaoferowały się pomóc seniorom i innym potrzebującym. Kilka tych plakatów wywiesiłam na naszej klatce. Jeszcze tego samego dnia zapełniły się wpisami osób chcących pomóc sąsiadom. Do mnie samej zgłosiło się kilku znajomych rzeczywistych i z grup faceboookowych. Ja jednak leczę się z tego strachu biorąc swojego „mercedesa” na dwóch kółkach i zakładając maseczkę na twarz ruszam do swoich sklepów. Fajnie jest mieć takie swoje miejsca, w których sprzedawca – zanim poprosisz - poda ci towar, który zawsze u niego kupujesz. Czy ja to dostrzegałam parę tygodni temu?

Mam ponadto wrażenie, że ten siejący postrach pan z koroną na głowie przekonał mnie, że właściwie potrafię wiele. Przede wszystkim nauczył mnie racjonalnego kupowania produktów żywnościowych i nie marnowania ich, a czyniąc to zaoszczędził mi wydatków. Nauczył mnie sprawniej organizować swoje otoczenie. Książki, których mam bardzo dużo – stały na półkach po prostu od przypadku do przypadku. Od dawna planowałam poukładać je według kategorii: beletrystyka, poezja, albumy, literatura faktu. Gubiłam się w tym wszystkim. W tej chwili część już jest na półkach, część jeszcze na podłodze. Nauczył mnie stawiać czoło wyzwaniom i nie przejmować się tym, co ludzie powiedzą.

Tak. Boję się. Boję się bardzo. Nie pozwalam nikomu siadać blisko mnie w środkach komunikacji miejskiej. Ja po prostu chcę żyć. Ja BARDZO chcę żyć. Może więc ten koronawirus jest bardziej tą kliniką, w której ja leczę swój strach i wyzbywam się swoich ograniczeń? Może to on jest moim lekarstwem?


Zapachnie Saska Kępa.

Za parę tygodni obdarzą nas swoim zapachem bzy – białe, niebieskie, fioletowe. Przy moim dawnym domu rosły dwa. Oba z maleńkiego krzaczka po latach przeobraziły się w piękne dorodne drzewa po to, by co roku przystroić się białym kwieciem jak panna młoda welonem. Jeden wdzięczył się od strony ulicy, drugi królował w ogródku za domem tuż przy ogromnym tarasie. Pachniały na potęgę. Szkoda, że tak krótko kwitły. Po nich przychodziła kolej na niebieskie i fioletowe. Te królowały na całej ulicy. To nimi w piosence do tekstu Agnieszki Osieckiej pachniała Saska Kępa. Po nich do ataku ruszały dzikie bzy. Te dopiero dawały po nozdrzach zapachem, którego nie można było porównać do żadnego. I ta naleweczka z nich – zapobiegająca nadchodzącemu przeziębieniu – cudowne i przyjemne lekarstwo, a naleśniczki – pychotka. Zaraz, zaraz. Dlaczego ja piszę w czasie przeszłym? Przecież one cały czas są, i to rozsiadają się wszędzie wcale nie pytając o zgodę.
Ten tekst oddałam w dwóch językach, jako że dedykowany jest mojej koleżance ze szkoły w USA, która od pierwszego momentu traktowała mnie jakbyśmy się znały wieki całe ułatwiając mi w ten sposób aklimatyzację w nowej szkole w nowym kraju.


Słoneczniki.
Kochane słoneczka zstępują z niebios na ziemię. Nie pachną, a tyle zdrowia nam dają. Zakwitają w naszych ogrodach, pod oknami wiejskich chałup, przy przydrożnych kapliczkach, na obrazach mistrzów i sukience córki mojej przyjaciółki.

Ten tekst dedykuję mojej przyjaciółce z IC High w Lodi – Nancy Cucci, która pierwsza się otworzyła na mnie od samego początku. Odnalazła mnie na facebooku kilka tygodni temu. Kiedy jej napisałam, że powstaje tomik o słonecznikach, przysłała mi zdjęcie swojej córki w sukience w słoneczniki właśnie. Dziękuję tobie Nancy i tobie Nancy2 za to, że jesteście. Słoneczniki – to wy właśnie, najpiękniejsze.

Those dear suns step down from the skies to Earth. They do not smell and yet give us so much. They bloom in our gardens, under the windows of country cottages, by wooden chapels on country roads, on masters' paintings and the dress of my friend's daughter.

I dedicate this text to my IC High friend in Lodi, New Jersey – Nancy Cucci and her daughter. I will ever forget that Nancy was the first person who opened up on me at the very first minute. She found me now on facebook. She sent me a photo of her beautiful daughter in sunflowers dress after I told her that there will be a book on sunflowers published here. Thank you Nancy and you – Nancy2 for being here. The two of you are the most beautiful sunflowers.”


Bernard Ładysz.

Przebudzenie dzisiaj takie piękne. Włączam radio. Leci piosenka – melodia wprawdzie byle jaka, nie wpadająca w ucho, ale tekst przepiękny – taki prawdziwy, o prawdziwej i prawidłowo pojętej miłości. Młoda osoba śpiewa o swojej dziewczynie – że jak jest z nią to gwiazdy wokół nich tańczą, i że z nią u swojego boku zdobędzie wszystko. I za pół godziny ta wiadomość: Zmarł Bernard Ładysz. Trudno cośkolwiek napisać. Smutno się zrobiło. Legenda polskiej sceny operowej – tak, ale dla mnie nie tylko. Muszę ponownie przeszukać pamiątki po Mamie. Jest wśród nich zdjęcie grupowe drużyny harcerskiej z miasteczka Głębokie na Wileńszczyźnie. Jest na nim i Bernard Ładysz. Mama wprawdzie nie kojarzyła Go z tamtego okresu, ale jej o tym powiedział jej kolega z drużyny kiedy razem w świąteczny wieczór przeglądali stare fotografie snując wspomnienia i opowieści o swoich wojennych losach.
Lata 60-te. Idziemy z Mamą do opery. Jeszcze wtedy mieściła się na Nowogrodzkiej. Idziemy na „Straszny Dwór”. Bernard Ładysz śpiewa arię Skołuby. Sama rola może niewielka, ale ta aria i to wykonanie… Wracając do domu Mama śpiewa a ja jej wtóruję „Ten zegar stary niczym świat”
Mijają lata. Jest rok chyba 1978. Za sprawą impresaria Jana Wojewódki przyjeżdża grupa artystów, wśród nich Bernard Ładysz. Na scenie nowojorskiego Carnegie Hall rozbrzmiewa „Kozak” i „Stary kapral”. Poza Bernardem Ładyszem jednym z artystów jest pianista Cezary Owerkowicz. Pierwsze swoje kroki w nauce gry na pianinie stawialiśmy pod okiem tego samego profesora – Wacława Cholewy. Mija wiele lat. Ulica Woronicza 17 Gościem Kawiarenki Polskiego Radia Retro jest m.in. Bernard Ładysz. Podchodzę do niego. Nie wypuszcza mnie z objęć dowiedziawszy się, że jestem córką koleżanki z drużyny w Głębokiem. Mijają kolejne lata. W Bazylice Św. Krzyża jest koncert. Śpiewa jego syn. Wchodzimy do środka. W kruchcie siedzi na ławce pod ścianą jakaś bardzo skromnie ubrana postać. Mama mówi: - Jakiś biedak. Przyglądam się postaci dokładniej. - Mamo, toż to Ładysz. I zaczyna się rozmowa dwóch wileńskich serc – krótka, bo za chwilę jest koncert. Po koncercie maestro wyszukuje nas w kościele. Puentuje rozmowę stwierdzeniem z wyrazem oburzenia na twarzy: „Co oni mówią, że Wilno nie jest polskie. Wilno JEST POLSKIE.
Mój Boże. Odeszła nie tylko legenda polskiej sceny operowej. Dla mnie odeszła osoba, która w jakiś sposób była częścią mojej wileńskiej tożsamości. Smutno.

czwartek, 23 lipca 2020

Wizyta w banku. Przez trzy ostatnie miesiące chodziłam do innej jego filii, bardziej oddalonej. Robiłam to z uwagi właśnie na większą odległość. Opadłszy bowiem zupełnie z sił przez to narzucane siedzenie w domu muszę jakoś się zregenerować (mam to chyba po mojej mamie, która mając do wyboru dwa sklepy – jeden bliżej, a drugi dalej – szła do tego dalszego). Dziś jednak poszłam do tej bliższej filii. Podchodzę do kasy by zrobić przelew. Kasjerka pyta o maseczkę. Odpowiadam jej, że nie założyłam, mówię o rozporządzeniu. Jej reakcja - „No, jeżeli pani uważa, że pani jest chora...”. Każdemu innemu bym odparowała za taki zwrot. Biorę jednak pod uwagę, że ta pani zawsze była do mnie bardzo miła i na pewno nigdy by mi tak nie powiedziała, gdyby nie była w stresie. Po raz kolejny ogarnia mnie przerażenie na myśl, co te pajace już zrobiły z naszym narodem i co jeszcze mogą zrobić. Czeka mnie jeszcze wizyta w Arkadii. Najpierw jednak wstępuję do Żabki, kupuję kawę i hot doga. Siadam na pobliskiej ławeczce. Jakoś tak chce mi się w tej chwili powrócić do tej młodości szumnej i czasów studenckich w Nowym Jorku, kiedy taką właśnie byle jaką kawę i hot doga tak się spożywało.
Po załatwieniu swoich spraw przyziemnych wracam do domu. Włączam radio. Jedynkę. Lecą wiadomości. Słyszę, że sąd rozpatrzył trzy wniesione skargi na nieprawidłowości ostatnich wyborów, uznał je za zasadne, ale za nie mające żadnego wpływu na wynik wyborów. Po raz kolejny zadaję sobie pytanie w jakim my żyjemy kraju.
No dobrze. Mniej przyjemne myśli na bok. Niebo dziś nad Bielanami przepiękne. I sukces, bo udało mi się ustrzelić przelatującego nad moim domem szybowca. Z aparatu, kochani, z aparatu :)

Szybowiec szybuje w chmurach :)








wtorek, 21 lipca 2020

Przyjeżdża kurier. Przywozi mi zamówioną dwa tygodnie temu fiksatywę do akwareli, akryli i tempery. Zamówiłam wprawdzie w sprayu a dostałam w buteleczce, ale w porządku. Może się okazać wydajniejsza. W radio słyszę, że na Dworcu Głównym – Stacja Muzeum jest Lato z Radiem. Oooooo, ciekawe. Papusiam zatem śniadanko i jadę sprawdzić, czy mnie tam nie ma. Przed wejściem do tramwaju wstępuję na chwilę do naszego osiedlowego kiosku. No i zaczyna się rozmowa na temat maseczek. Właścicielka kiosku jest przerażona. Boi się, żeby nie przyczepił się do niej Sanepid, bo słyszała, że gdzieś tam się czepiają, że klientowi wlepili karę 500 złotych a właścicielowi sklepu 5000 zł. Pokazuję tej pani rozporządzenie pajaca od zdrowia z zakreślonym urywkiem na temat kto nie musi nosić maseczki. Mówię tej pani, że mogę jej zrobić fotokopię żeby miała co okazać w razie czego. Kobiecina jest tak przerażona, że nie rozumie nawet, co jej to da. Wyjaśnia mi, że nie ma pretensji do mnie. Ja do niej też nie, rozmowa jest miła i rzeczowa. I tak sobie myślę, że jak te pajace z Wiejskiej otumaniają naród przez zatrważanie, zakładają kagańce, odbierają zdolność myślenia, ubezwłasnowolniają. Ludzie boją się już wszystkiego. Mamy powtórkę z PRLu jak nic.
Dojeżdżam do Stacji Muzeum przy Dworcu Głównym. Lata z Radiem ani słychu ani widu. Nic to. Kupuję bilet ulgowy za 6 złotych. Wchodzę. Spodziewam się zobaczyć jakieś fotografie, jakieś makiety i to wszystko. Tymczasem oko mi bieleje. Spędzam tam dobrych parę godzin. Uwagę moją przykuwa wagon bydlęcy z wystającymi przez okratowane okno rękami. Drzwi są otwarte, napis mówi, że w środku mogą przebywać jednocześnie trzy osoby. Wchodzę. Czytam, że do takiego jednego wagonu ładowano do 200 osób, że nowo przybyłych więźniów przy 30to stopniowym mrozie oblewano wodą, że na początku nie było nawet baraków i więźniowie sami je budowali, a na noc zapędzani byli do wykopów zwanych wilczymi dołami przy mrozie sięgającym – 50 stopni. Moja babunia dużo mi mówiła o Syberii, ale podejrzewam teraz, że nie opowiedziała nawet jednej czwartej.
Dzień uważam za dobrze spędzony, choć niełatwy.

poniedziałek, 20 lipca 2020

Jakoś tak smutnawo dzisiaj. Może to ta pogoda – zapowiadają ponownie burze. Nie chce mi się nigdzie wychodzić, ale trzeba. Nie mogę tylko siedzieć w domu bo ponownie opadnę z sił. Idę zatem do Żabki zapłacić rachunek za internet, i potem do naszego sieciowego sklepu Stokrotka – z bardzo miłą obsługą. Wymyśliłam sobie bowiem na dzisiejszy obiad pilaf, do którego potrzebowałam pewnych przypraw i cebuli, a tej mi już zabrakło. Podchodzę do kasy, płacę, przekładam towar do torby. Stojąca za mną kobieta – wiek ok. 40 lat – mówi głośno: „Jak można wejść do sklepu bez maski!”. Mówię jej, że jest rozporządzenie z 19 czerwca, w którym wyraźnie jest napisane, że osoby mające problemy zdrowotne związane z oddychaniem nie muszą nosić maseczek. Kobieta nic nie odpowiada. Cholera jasna, czy my – zwłaszcza osoby starsze, które mają prawo mieć problemy zdrowotne – musimy być tak upokarzani? W żadnym sklepie właściciele ani kierownictwo tego rodzaju uwag mi nie zwracają, gdyż znają treść rozporządzenia. Z drugiej strony te pajace z ulicy Wiejskiej tak często zmieniały rozporządzenia, że można zgłupieć. Co do mnie - nigdy w życiu nie brałam w sklepie bułeczek gołą ręką nawet przed pandemią, a inni robią to nagminnie. Podchodzi taki osobnik w maseczce lub przyłbicy, a pieczywo bierze gołą łapą, jeszcze przebierając w nim. Wracam do domu ze skwaszonym ciut humorem. Przy wejściu na klatkę młody człowiek przytrzymuje mi drzwi. W naszym bloku taki gest nie jest rzadkością. Dziękuję mu z uśmiechem. Pilaf wychodzi mi smaczny. Nie mając ryżu wykorzystałam kaszę jęczmienną. Jak mawiał mój kochany tatko – możżżna i tak możżżna i tak :) Odprężam się oglądając na youtube stare nagranie z wręczania nagród Tony Awards z roku 1987 za najlepsze przedstawienia na nowojorskim Broadwayu. Mój Boże, wielu z tych aktorów już nie ma, a na moim monitorze pokazują mi się tacy piękni i tacy młodzi.
Burza jakoś chyba dzisiaj minęła Warszawę, Bielany minęła na pewno. A ja dalej szydełkuję swoją świąteczną serwetę na Boże Narodzenie. Idzie mi powoli, ale w końcu nikt mnie nie goni.
Duduś dziś grzeczny.

niedziela, 19 lipca 2020

Kolejny dzień z mojego niepandemicznego życia w pandemii. Pan Bozia znów mi pokazał, co myśli o moich planach. Wybierałam się dzisiaj do Domu Spotkań z Historią, a on – chodniki zaczął podgrzewać. Żar z nieba. Na ostatnich nogach dochodzę do przystanku autobusu 116. Zmieniam jednak zdanie. W Domu Spotkań z Historią nie ma klimatyzacji. Zastanawiam się, czy nie pojechać do przyjaciół na Saską Kępę. I tu Pan Bozia znów ingeruje zsyłając mi zawrót głowy taki, że muszę się oprzeć. Do domu mam parę kroków. Po krótkim odpoczynku ruszam. W domu wstawiam do dzbanuszka zebrane po drodze kwiaty.
Radiowa Jedynka znów bombarduje ilością zachorowań, zgonów, ozdrowień, znów każą odkażać telefony, nie kłaść ich na stole, a na dodatek zapowiadają rozmowę z Naczelnym Pajacem. Przełączam stacje na RFM Classic. Nastawię z powrotem Jedynkę na czas nocnej audycji Kazimierza Kowalskiego.
Dzisiejszy obiad – skromny, prosty a pożywny: kluchy, schaboszczak i serwatka. Schaboszczak zamarynowany wczoraj w szczypcie soli i w ziołach prowansalskich pokrojony dziś na kawałki, obsmażony, do tego dodane ugotowane kluchy, jajko i wszystko razem dosmażone. Otwieram słoiczek zakiszonej przez siebie parę tygodni temu boćwiny. Pierwszy raz kisiłam boćwinę. Nie chwaląc się – wyszła znakomicie.
Zabieram się za dalszy etap mojego rysunku z kwiatami w dzbanuszku. Jeszcze daleko do końca. Wieczór zapada piękny. Duduś znów obrażony. Że wczoraj – to rozumiem, bo dostał ścierką po ogonie. Ale za co dzisiaj?