Wspomnień czar

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

17 sierpnia 2020
Dzisiaj Niepandemiczna jest jednak trochę pandemiczna. Nie chce się dzisiaj nigdzie wychodzić, a jednak trzeba. Mam sprawę do załatwienia z gazownią. Wiem, mogę przez telefon, ale trudno się do nich dodzwonić. Wybieram więc osobistą wizytę w salonie w Centrum Handlowym Arkadia. Z powodu pandemii w punkcie pracują tylko dwie konsultantki i jeden mężczyzna, który wpuszcza klientów po wyjściu poprzedniego i pilnuje odkażenia rąk. W środku przebywać może tylko dwóch klientów. Trudno o to mieć do nich pretensję. Wszyscy przecież siedzimy w tym gnoju. Pod punktem kolejka – może z 10 osób. Staję na jej końcu za starszym panem. Kolejka posuwa się niezmiernie wolno. Zapomniałam wziąć swoją półprzyłbicę, znajduję więc na dnie torby maseczkę. Zakładam ją. Po około 40 minutach takiego stania robi mi się słabo, zaczyna się kręcić w głowie. Stoję za załomem. Ściągam maseczkę, żeby złapać trochę powietrza, robię parę kroków naprzód, opieram się o ścianę. Starszy pan głośno zwraca mi uwagę, żebym się cofnęła. Nie chcąc być upokorzona jeszcze bardziej cofam się. W głowie się kręci jak diabli, dochodzi drętwienie lewej nogi. Pan ciągnie dalej – jeszcze głośniej „A pani nawet nie ma maseczki i jeszcze pani się tu wciska”. Jestem już gotowa rozpłakać się. Proszę go tylko „Proszę pana, błagam, niech pan będzie człowiekiem”. „Ja jestem człowiekiem” - odpowiada. - „To pani niech człowiekiem będzie i zachowuje się jakoś”. Czekam na wejście do salonu godzinę z nawiązką. W końcu wchodzę. Konsultantka bardzo miło udziela mi wszelkich informacji. Pytam, czy mogę zdjąć maseczkę. Mogę. Zdejmuję, ale nie chcąc, żeby się bała – zakrywam nos i usta wachlarzem. To jednak w jakimś stopniu też chroni. Siedząc przez tych parę minut odetchnęłam trochę. Ruszam do pobliskiego salonu Bliklego. Zamawiam sobie kawę, lemoniadę i dwa pączki. Muszę po prostu odreagować.
Idę do salonu poczty. Jestem już pierwsza w kolejce. Młody człowiek podchodzi do mnie z pytaniem, czy puszczę go na chwilę – potrzebuje tylko poprosić o druk przelewu. Zgadzam się. Klientka odchodzi od okienka, urzędniczka zaprasza. Patrzę na młodego człowieka. Mówi do mnie „Niech pani idzie, ja poczekam”. Dziękuję mu.
Dzień dzisiejszy nie był tak miły jak przedwczorajszy. Miałam pisać dziś tekst do antologii. Ech, napiszę jutro. Dałam sobie radę dzisiaj, dam i jutro i pojutrze :) I chyba jutro wrócę do Arkadii do Empiku po książkę „Nadzieja”, której jedną z autorek jest Olga Tokarczuk. Polscy pisarze, reporterzy i poeci podarowali swoje utwory by mogły złożyć się w tom, z którego cały dochód zostanie przekazany ośrodkom pomocy społecznej dla osób starszych. A póki co – nie poddaję się i nie poddam. Nie wolno. Drewniane pudełko będzie za jakiś czas szkatułką na biżuterię.

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020



niedziela, 16 sierpnia 2020

Święto niepodległości. To już sto lat. A tak niedawno jeszcze nie można było go obchodzić.

Święto niepodległości. To już sto lat. A tak niedawno jeszcze nie można było go obchodzić. Ruszam tego dnia na miasto. Właśnie przeczytałam, że na warszawskim Starym Mieście o godzinie 19:00 będzie grany jazz. Lubię jazz instrumentalny. Zakładam swoją nową sukienkę. Posilam się ponownie w domu pani Krystyny Sienkiewicz, po czym ruszam. Na staromiejskim rynku rozbrzmiewają pierwsze dźwięki. Pod ich wpływem – jak zawsze - odpływam, a przed oczami moimi przesuwają się twarze ludzi, którzy w jakiś sposób wywarli pozytywny wpływ na moje życie, którzy po prostu wierzyli we mnie – często bardziej, niż ja sama, którzy w trudnych chwilach dali mi wsparcie. Są wśród nich koledzy z mojej dawnej pracy w banku w Nowym Jorku: Jest więc Gordon - z którym doskonale się rozumieliśmy i który wspaniale się czuł w mojej rodzinie i wśród moich przyjaciół - Polaków, jest Warren, jest Walter, jest Patricia, jest Jennifer, Jeannette. Są Krysia i Hirek. Do tych dwojga ostatnich zawsze mogłam wpaść bez uprzedzenia telefonem, i oni do mnie również. Krysia i Hirek lubili sobie czasem mocniej zatankować – przeważnie piwka. Nigdy jednak nie zdarzyło się im upić się do nieprzytomności ani zataczać się. Po prostu byli wtedy lekko „podchmieleni” ale nie przekroczyli nigdy granic dobrego smaku. W takim właśnie lekkim „stanie nieważkości” złożyli mi któregoś wieczoru niezapowiedzianą wizytę. Zastali u mnie pewnego pana. Skoro tylko się dowiedzieli, że to jest właśnie pan, o którym dużo im opowiadałam – oboje ruszyli ostro do natarcia. W sensie fizycznym przyparli tego biedaka do ściany mówiąc: „To jest nasza przyjaciółka, my ją kochamy. Czy ty ją kochasz?” Zbyszek – bo tak miał na imię – odpowiedział „Tak, kocham ją”. Krysia i Hirek odpowiedzieli na to: „No to dobrze. Jeżeli ją kochasz, to my ciebie też kochamy. Ale jeżeli ją skrzywdzisz, to my skrzywdzimy ciebie”. Reszta wieczoru upłynęła nam wszystkim bardzo miło.
Nie jestem jednak w stanie wysłuchać tego koncertu do końca. Słucham go bowiem na stojąco, gdyż wszystkie miejsca siedzące są zajęte. Zaczyna mi drętwieć lewa noga - i to coraz mocniej. Muszę gdzieś się oprzeć. Odchodzę w poszukiwaniu kawałka ściany. Jest kamienna ławka. Siedzą na niej ludzie. Przysiadam na samiutkim jej rogu. Siedzący obok pokaźnych rozmiarów mężczyzna pyta „Are you ok?” Daję mu znać skinieniem głowy, że tak, że ok. Widzi jednak chyba, że niezupełnie, bo posuwa się robiąc mi więcej miejsca. Po około piętnastu minutach drętwienie nogi przechodzi, wstaję, mogę iść dalej. Dziękuję owemu panu. „Are you sure you are ok?” - upewnia się. Odpowiadam -„Yes, I am sure. Thank you.” Żegna mnie słowami „God bless you”. -”God bless you too” - odpowiadam z uśmiechem.
Ruszam. Planuję dojść do przystanku autobusowego. Pudło. Z jakiegoś powodu – nieznanego mi – ruch autobusów wstrzymany. No cóż, idę dalej Krakowskiem Przedmieściem w kierunku Alej Jerozolimskich do tramwaju. W dali – przed Hotelem Bristol widzę tłum ludzi. „Oj, niedobrze” - myślę. „Pewnie jakaś demonstracja. Jak ja się dostanę teraz do domu?” Podchodzę bliżej. Nie, to nie demonstracja. To koncert starych przedwojennych piosenek. Prowadzi Maciej Miecznikowski. Prowadzący i orkiestra stoją na scenie, artyści natomiast na pięknym półkolistym balkonie hotelu. To tu właśnie, na tym balkonie Hotelu Bristol przed wojną po raz pierwszy spontanicznie zaśpiewał Jan Kiepura podczas swojej pierwszej wizyty w Polsce od czasu swojego wyjazdu. Niestety przyszłam za późno. To była już ostatnia piosenka. Na szczęście jest bis. Maciej Miecznikowski proponuje wspólne śpiewanie. Jako że mnie się dwa razy do tego nie zaprasza – wydzieram mordę co sił w krtani :) Jest fajnie.
Ruszam dalej. Z mijanej knajpki pod nazwą „Ceprownia” dobiegają jakieś fajne dźwięki. Zatrzymuję się. Nagrywam telefonem. Chłopak głośno mnie pozdrawia. Pozdrawiam i ja jego :) Ruszam dalej. Dochodzę do Pałacu Prezydenckiego ze stojącym na jego dziedzińcu pomnikiem Księcia Józefa Poniatowskiego dłuta duńskiego rzeźbiarza Bertela Thorvaldsena. Na ścianie Pałacu wyświetlany jest napis „1920 – Bitwa Warszawska”. Wejścia na dziedziniec strzegą dwa ogromne lwy, które podobno ryczą, ilekroć przechodzi obok nich dziewica. Oj, chyba dzisiaj zachrypły.
Kulminacyjny jednak moment wieczoru jest jeszcze przede mną. Kiedy zbliżam się do przystanku tramwajowego, zabiega mi drogę młody chłopak, chwyta mnie za rękę, pyta „Czy mogę panią porwać do tańca?” A CO TAM! TAŃCZYMY NA ŚRODKU ULICY! RAZ SIĘ ŻYJE. Pandemia jest gdzieś daleeeeeko, daleeeko :)
Tak właściwie to zdaję sobie sprawę z tego, że ja się po prostu moją Warszawą cieszę i mam wrażenie, że stale odkrywam ją na nowo. To tak, jak w wierszu Andrzeja Nowickiego "Moja Ojczyzna" napisanym w obozie jenieckim w Niemczech:

Gdy o Ojczyźnie mojej myślę -
Myślę: Aleje, Zjazd, Powiśle.
Nie las, nie łąka, nie łan zboża,
Lecz Krzywe Koło, Wspólna, Hoża.

Tobie Ojczyzna – wioska, ruczaj,
Mnie Mokotowska, Bracka, Krucza.
A kiedy bierze mnie tęsknota,
To myślę: Chmielna... marzę: Złota…

Jeśli mam zginąć dobry Boże,
To za spalone domy Hożej.
Jeśli mam zginąć – niech mnie zniszczą
Za Nowy Świat podobny zgliszczom.

Za Świętokrzyską zrujnowaną,
Za Dobrą, Twardą i Drewnianą...
Lecz przedtem daj mi ujrzeć latem
Księżyc idący Mariensztatem...”

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

piątek, 14 sierpnia 2020

Dziś Dorotka wyjątkowo niepandemiczna pomimo zatrważających informacji w radio, bo telewizora uparcie nie mam i nie chcę mieć. Zawieszone w gazie na kranie nad kuchennym zlewem kwaśne mleko jutro będzie pysznym twarożkiem. Trzeba jednak się oderwać od tej zatrważającej rzeczywistości. Kierunek zatem – Most Poniatowskiego, stamtąd bowiem będzie chyba najlepiej widać pokaz latających balonów tak reklamowany w radio jako „Balonowy cud nad Wisłą”. Miałam najpierw pozałatwiać sprawy przyziemne, ale jest upał jak diabli, nie będę zatem ryzykowała. Wskakuję zatem w moją nową sukienkę i idę na papu ponownie do domu pani Krystyny Sienkiewicz. Obiady tam niedrogie – jak już pisałam, można usiąść w środku wśród wielu pamiątek po pani Krystynie, można usiąść w ogrodzie przy stole. Wybieram to drugie.
Wsiadam do tramwaju – na szczęście klimatyzowanego. Oj, zapomniałam wziąć z domu moją półprzyłbicę. No nic, już się nie cofam. Zakrywam nos i usta trzymaną w ręku gazetą. Dzień jest taki piękny, po południu upał zelżał. Tak patrzę na tę moją kochaną Warszawę, Mijam Cmentarz Powązkowski. Łza się w oku kręci. Minęło już pięć lat jak Mama tu leży, a tęsknię tak, jakby to było wczoraj.
Wysiadam przy Muzeum Narodowym. Idę Mostem Poniatowskiego. Zaraz, zaraz, kiedy to ja ostatni raz tak szłam tędy piechotą? Oj, będzie parę lat. Widzę pierwszy balon wolniutko płynący nad mostem. Szary jakiś taki. Widzę kolejny. Też szary. Widzę całą ich grupę. Wszystkie szare. Na miłość boską, dlaczego nie dali kolorowych jakichś?
Zbliżam się mostem do Wisły. Przede mną Most Świętokrzyski. Byłam na jego otwarciu z przyjaciółką z lat szkolnych. Trochę sobie tamtego wieczoru dogodziły piwkiem :) Za nim widoczne dwie wieże Katedry Warszawsko Praskiej pw Św. Floriana i Św. Michała Archanioła. Byłam w niej bierzmowana 11 lipca 2013 roku. Ciekawym zbiegiem okoliczności – chrzczona byłam również 11 lipca, tyle, że w 1953 roku, i również w kościele pw. Św. Michała Archanioła – tyle, że we Wrocławiu.
Przepływają w obie strony statki wycieczkowe, łódeczki, motorówki. Na plaży pełno ludzi. Po drugiej stronie – na Wybrzeżu Helskim – kawiarnie, restauracje. Może wybiorę się tam jutro ze szkicownikiem, z pastelami, bo z książką to na pewno. Pode mną – łacha wiślana, na niej młody człowiek. Macham mu ręką. On też do mnie macha :) Miłe to :) Jest tak cudnie, tak beztrosko, tak normalnie. Pandemii tu nie widać :) Została gdzieś daleko z tyłu, jakby zamknięta w odbiorniku radiowym. A ja ruszam dalej. Jestem już na mojej Saskiej Kępie. Przy Rondzie Waszyngtona jest kawiarenka, do której kiedyś przed wielu laty zaprosił mnie mój nauczyciel gry na pianinie – uroczy staruszek. Minęło tyle lat, a ja wciąż pamiętam tamto spotkanie. Przyleciałam wtedy byłam do Polski z USA pierwszy raz po dwóch latach nieobecności. Dziś w niej pałaszuję pyszną kremówkę delektując się doskonałą kawusią.
Fajnie jest tak oderwać się :)

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020


środa, 12 sierpnia 2020

Od południa dziś dzień zajęty. To i dobrze.

Od południa dziś dzień zajęty. To i dobrze. Jadę do Hali Mirowskiej po półprzyłbicę. W maseczce bowiem nie da się dłużej wysiedzieć – powiedzmy, w autobusie czy tramwaju. Kupuję za 10 złotych. Okazuje się to takim samym gównem jak maseczka. No cóż, przycinam sobie przyłbicę, której nie powinnam nosić jako przyłbicę bo ogranicza pole widzenia. Piękny jest budynek Hali Mirowskiej, taki stary. Przechodzę się po straganach. Kupuję dla siebie praskę do ziemniaków, słoneczniki, sukienkę, a dla Dudusia kocimiętkę. Sukienka – jakby dla mnie szyta – pasuje idealnie. Wracam do domu. Duduś od razu dostaje szału, usiłuje dobrać się do mojego „mercedesa”, w którym mam kocimiętkę. Łapię trochę oddechu, wskakuję w nową sukienkę i ruszam po swoją tygodniową porcję prawdziwego mleka. Będzie znów serek, który ja tak lubię. Obiad dziś papusiam w swojej ulubionej pizzerii. Tam też już mnie znają i wiedzą, co mi podać :) Jak zwykle – biorę ze sobą książkę do czytania. Cały czas jest to „Prawiek” Olgi Tokarczuk. Czytam to długo z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że w tym codziennym zabieganiu związanym również z problemami zdrowotnymi, a zatem z wizytami u lekarzy – mniej jest czasu na czytanie. Drugi powód – że książka jest napisana tak cudnym językiem, że do wielu fragmentów wracam po kilka razy. A jeszcze jak chce się przyjaciół odwiedzić… jak dobrze, że są tak blisko.
Popapusiawszy i nacieszywszy serce zapadającym pięknym wieczorem wracam do siebie. Przysiadam pod domem na ławeczce. Lubię tak sobie przysiąść i popatrzeć na swój balkon oświetlony kolorowymi lampionami, mieć świadomość, że tam w środku czeka na mnie malutkie serduszko mojego kociny. Spokój tej chwili zakłóca jednak grupka młodych ludzi siedząca na sąsiedniej ławce i stojąca przy nich kobieta obmawiająca inną kobietę używając bardzo soczystych… przerywników w zdaniu. Nic tu po mnie. Idę do domu.
Wychodzę co jakiś czas na balkon. Dziś noc spadających perseidów. Niestety, nie widzę ani jednego.
Juto znów zajęty dzień. Dobrze, że to już czwartek.
Tęsknię za Mamą, tęsknię za Saską Kępą. Niepotrzebna była ta wyprowadzka tak daleko.
© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020
© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

wtorek, 11 sierpnia 2020

Niepandemicznie.

Od rana czekam na telefon mojej pani doktór. Ma dzwonić między 9-tą a 12-tą. Godzina 10. nie dzwoni. Może zapomniała? 10:30 – dzwoni. Proszę ją o wystawienie mi zaświadczenia, na podstawie którego nie będę musiała nosić tej cholernej maseczki. Przypominam jej, że byłam u niej w związku z moimi zawrotami głowy, że skierowała mnie do innych specjalistów, że przechodzę badania. Pani doktór niestety odmawia. Mówi mi, że wystawia takie zaświadczenie tylko w bardzo skrajnych przypadkach, że jeżeli ja umrę na koronawirus to ona będzie pociągnięta do odpowiedzialności. No cóż, trzeba i ją zrozumieć. Swoją drogą to jak te pajace pozastraszały ludzi, że lekarze się ich boją. No cóż, jutro pójdę po półprzyłbicę. Pajace natomiast pieją z zachwytu, że od wczoraj zachorowalność spadła. Wielki mi spadek – z 800 do 600. I już ogłaszają, że w szkołach nie trzeba będzie nosić maseczek. I oni rządzą krajem.
Niepandemicznie natomiast idę dziś posilić się – ponownie na Płatniczą. Tym razem w roli głównej rosołek – najprawdziwszy na świecie, taki z oczkami. Drugie danie to klopsiki w sosie pomidorowym, ziemniaczki i suróweczka, no i oczywiście kompot. Bardzo mi odpowiada atmosfera tego miejsca. Tak mi ta ulica przypomina moją ulicę Rzymską i mój na niej dom, sąsiadów, przyjaciół… Nie musiałam wyprowadzać się tak daleko – 300 kilometrów z nawiązką. Mogłam kupić mieszkanie bliżej. W kwietniu 2020 został zamieszczony w wydanej przez Stowarzyszenie Autorów Polskich antologii „Pod krzewem bzu spisane” taki mój malutki tekścik o saskokępskich bzach:

Zapachnie Saska Kępa.

Za parę tygodni obdarzą nas swoim zapachem bzy – białe, niebieskie, fioletowe. Przy moim dawnym domu rosły dwa. Oba z maleńkiego krzaczka po latach przeobraziły się w piękne dorodne drzewa po to, by co roku przystroić się białym kwieciem jak panna młoda welonem. Jeden wdzięczył się od strony ulicy, drugi królował w ogródku za domem tuż przy ogromnym tarasie. Pachniały na potęgę. Szkoda, że tak krótko kwitły. Po nich przychodziła kolej na niebieskie i fioletowe. Te królowały na całej ulicy. To nimi w piosence do tekstu Agnieszki Osieckiej pachniała Saska Kępa. Po nich do ataku ruszały dzikie bzy. Te dopiero dawały po nozdrzach zapachem, którego nie można było porównać do żadnego. I ta naleweczka z nich – zapobiegająca nadchodzącemu przeziębieniu – cudowne i przyjemne lekarstwo, a naleśniczki – pychotka. Zaraz, zaraz. Dlaczego ja piszę w czasie przeszłym? Przecież one cały czas są, i to rozsiadają się wszędzie wcale nie pytając o zgodę”.
Po powrocie do domu sprawy przyziemne – mycie kuchni i łazienki. No cóż, służba ma wychodne :) I tak mi dzisiaj dzionek minął – zwyczajnie i w sumie spokojnie. Niepandemicznie.

© Copyright by Dorota B. Zegarowska 2020

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Ręce mi opadają jak słyszę te pierdoły w radio.

Zmęczona jestem dziś jak jasna cholera. Zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest moje przekleństwo ten mój umysł wnikliwy. Ręce mi opadają jak słyszę te pierdoły w radio. Chcę jednak pozostać niepandemiczną.  Po mojej rozmowie z Ministerstwem Zdrowia  jeszcze mniej rozumiem niż rozumiałam dotąd. Jutro mam teleporadę z moją panią doktór. Może da mi zaświadczenie. Później denerwująca rozmowa z moim bankiem. Mam tam dwa konta: dewizowe i złotówkowe. Miesiąc temu pracownik banku dzwonił do mnie z informacją, że nie wpłynęła moja zapłata za prowadzenie konta. Poinformowałam go, że wpłynie jak wpłynie moja emerytura. Odpowiedział, że ok, wtedy automatycznie zostanie z mojej emerytury pobrana opłata. Dzisiaj ponownie bank do mnie zadzwonił, że opłata nie została pobrana i kiedy ja to uzupełnię. Ponieważ teraz rozmowy są nagrywane, zażądałam przesłuchania nagrania rozmowy i poinformowania mnie o wyniku. Zastanawiam się, czy nie zamknąć w cholerę tego złotówkowego, ale boję się, że przez pomyłkę zamkną mi moje dewizowe, na które wpływa mi emerytura. Cholera jasna, że człowiek już bankowi nie ufa.
Tym bardziej nie mam dziś ochoty gotować. Obiad zatem jem na Płatniczej. Jak miło, że mnie tam już pamiętają. Dwadzieścia trzy złote za cały obiad. Wracam do domu. Na klatce w moim korytarzyku napotykam dwie sąsiadki - młode dziewczyny mieszkające naprzeciwko. Witają mnie radośnie - "Jak miło zobaczyć sąsiadkę" :) Dla tekiego powitania warto było przejść przez koszmar rozmowy z Ministerstwem, potem z bankiem. Muszę się bardziej postarać powrócić do bycia "niepandemiczną" w tym gównie.

niedziela, 9 sierpnia 2020

Do snu mnie dzisiaj ukołysało RMF classic Warszawa i cudna muzyka filmowa, jakże spokojna i tak bardzo potrzebna w tym zwariowanym okresie

Do snu mnie dzisiaj ukołysało RMF classic Warszawa i cudna muzyka filmowa, jakże spokojna i tak bardzo potrzebna w tym zwariowanym okresie, w którym pajace kręcą nami jak szewc butem. Dzień spokojny. Nawet radio nie bombarduje dziś Jednak to, co oni z nami wyprawiają. Te zmiany decyzji… Zgłupieć można. Łażą już po naszej okolicy sprawdzać, czy klienci mają maseczkami zakryte twarze. No trudno, wyciągnęłam swoją. Nie będę narażała właścicieli sklepów. Ci ludzie mnie znają, wiedzą co kupuję, zasługują na szacunek. Późnym popołudniem wychodzę do Żabki po piwko i po coś słodkiego. Przy kasie jakiś gościu w wieku ok 65-70 wykłóca się z właścicielem o dwa złote. Klienci z maseczkami na twarzach czekają w kolejce, jest gorąco, ja prawie padam. Ktoś tam nie wytrzymuje, zwraca gościowi uwagę. Ten odpowiada zniecierpliwionym tonem, że musi załatwić swoją sprawę. Podchodzę do niego, zwracam mu uwagę na fakt, że tu ludzie stoją już w kolejce, że gotowi omdleć. Stojąca przy nim kobieta – żona albo córka – mówi „Ja już z tobą nie wytrzymuję, mam tego dość” Gościu w końcu wychodzi. Płacę za swoje zakupy, wracam do siebie Siadam pod domem na ławeczce. Dołącza sąsiadka, zaczyna się miła rozmowa. W domu spokojnie, radyjko gra, kiciuś szaleje.
Może następny weekend będzie wolniejszy od zatrważających wieści, od myśli o ewentualnym powtórnym zamordyzmie. Ja tego trzymania nas za mordy się boję.

A tak - dla odprężenia - tu papeteria, jaką  w 2016 roku tęskniąc bardzo za Warszawą, za Saską Kępą, za sąsiadami - napisałam do nich tradycyjny list na zrobionej przez siebie papeterii przedstawiającej morski widok żaglówki kołyszącej się na falach.