Wspomnień czar

środa, 29 lipca 2020

Nawiązuję do mojego wczorajszego wpisu na temat chamstwa z jakim zostałam potraktowana przez personel przzychodni Cepelek przy ulicy Daniłowskiego na warszawskich Bielanach.

Nawiązuję do mojego wczorajszego wpisu na temat chamstwa z jakim zostałam potraktowana przez personel przzychodni Cepelek przy ulicy Daniłowskiego na warszawskich Bielanach.
Tak naprawdę to dopiero dzisiaj zaczęło do mnie docierać w jak chamski sposób zostałam wczoraj potraktowana wdeptana wręcz w ziemię. Wyszukuję w necie zatem numery telefonów i adresy do:
1. Rzecznika Praw Pacjenta
2. Ministerstwa Zdrowia.
Dzwonię najpierw do Rzecznika Praw Pacjenta. Mam połączenie z konsultantką. Mówię jej, że z powodu stanu zdrowia w myśl rozporządzenia Ministra Zdrowia (Dziennik Ustaw, pozycja 1066, paragraf 19.1 ustęp 3) nie jestem zobowiązana do noszenia maseczki. Referuję jej opisane powyżej zdarzenie nadmieniając, że nie chcąc wzbudzać obaw w innych pacjentach czekających pod gabinetem zasłaniałam nos i usta wydrukiem z Dziennika Ustaw (17 arkuszy A4). Pani rzecznik od razu przerywa wypowiedź, że to ja zachowałam się nieodpowiednio i podniesionym już conieco głosem zaczyna mi tłumaczyć, że twarz powinnam mieć zakrytą jakimś kawałkiem materiału a nie JAKIMIŚ TAM DOKUMENTAMI. Mówię jej, że w paragrafie nie ma nic na ten temat, i że jest tylko wspomniane, że osoba mająca problemy ze zdrowiem nie ma obowiązku zakrywania twarzy. Pani rzecznik dalej jednak zwraca się do mnie traktując mnie jak osobę z niepełnosprawnością intelektualną. Nie widząc zatem sensu kontynuowania rozmowy rozłączam się.
Po chwili – ochłonąwszy – dzwonię do Ministerstwa Zdrowia. Rozmawia ze mną pani – osoba, a nie urzędas. Pani mi łumaczy, że ja w sposób właściwy pojmuję rozporządzenie, że nie jestem zobowiązana do zakrywania niczym twarzy zakładając oczywiście, że dostosowuję się do innych obostrzeń. Mówię jej również – płacząc już (z ulgi) jak mnie potraktowano w przychodni, i że mnie postraszono policją. Pani od razu na tę wiadomość przełącza mnie do Działu Prawnego. Referuję sprawę prawnikowi. Prawnik potwierda, że moje rozumienie ustawy jest jak najbardziej prawidłowe, że moja reakcja była na każdym kroku prawidłowa, a co do grożenia mi policją – przychodnia zapłaciłaby ciężką karę za bezpodstawne jej wezwanie.
Ten post umieszczam tu po to, żeby uświadomić, że nie można zawsze być uległym, nie reagować - „bo to nic nie da”, a potem narzekać, że jest nie tak jak powinno być. Po prostu – ludzie – szukajcie informacji we WŁAŚCIWYCH źródłach.
O mój Boże. Toż to środa. Trzeba iść po moją tygodniową dawkę mleka - takiego, co krowę widziało. Biorę jak zawsze dwie butelki, i podłużny bochen chlebusia bielańskiego z prawdziwej mąki :) Co tydzień tam kupuję. Przy okazji odbywa się miła rozmowa z właścicielką  punktu, taka typowo babska. Siadam potem w pobliskiej pizzerii, zamawiam sobie coca-colę i nareszcie mam głowę do zabrania się do czytania tekstów moich kolegów na temat pandemii w antologii "Klinika strachu".
Noc kołysze mnie do snu piękną muzyką.
Bóg ponownie chlapie po niebie farbą :)


wtorek, 28 lipca 2020

Umówiona wizyta u lekarza. Przychodnia Cepelek, Warszawa, ul. Daniłowskiego. Wizyta wyznaczona na godz. 14:20.

Umówiona wizyta u lekarza. Przychodnia Cepelek, Warszawa, ul. Daniłowskiego. Wizyta wyznaczona na godz. 14:20. Przychodzę jednak wcześniej. Wolę posiedzieć w poczekalni i spokojnie poczekać na swoją wizytę, niż gnać z wywieszonym językiem. Jako osoba z problemem z oddychaniem mocą rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia z 20 czerwca 2020 (Dziennik Ustaw pozycja 1066 paragraf 19.1 ustęp 3 podpunkt 3) nie jestem zobowiązana do noszenia maseczki. Zakrywam jednak nos i usta wydrukiem z tegoż rozporządzenia składającym się z 18 (słownie: osiemnastu) stron formatu A4. Wchodzę. Zatrzymuje mnie – nie wiem, czy to portier, czy ochroniarz. Pyta o maseczkę. Odpowiadam mu spokojnie, że jest rozporządzenie, itd., itd., itd. Pyta o zaświadczenie. Odpowiadam, że w myśl rozporządzenia zaświadczenie nie jest wymagane. Pan odpowiada, że nie ma obowiązku mnie wpuścić. Pokazuję mu wydruk rozporządzenia z zaznaczonym na czerwono fragmentem. Pan w międzyczasie mierzy mi temperaturę, przeciwko czemu oczywiście nie oponuję, ale jak tylko zaczyna mi puszczać komentarz „aaale pani mądra” - po prostu mijam go i z zakrytą wydrukiem twarzą idę pod gabinet lekarza. Czeka już jeden pacjent. Siadam na dozwolonym miejscu zachowując dystans. Dochodzą następni. Ustalamy, kto na którą godzinę, nie ma żadnych przepychanek. Cały czas siedzę zakrywając nos i usta.
Przechodzi obok ochroniarz. Patrzy na mnie i mówi, że nie wiadomo, czy lekarz mnie przyjmie, bo nie mam maseczki. Odpowiadam, że owszem, przyjmie, bo jest rozporządzenie… itd. itd. itd., a maseczkę założę jeżeli lekarz mi każe.
Odpowiada mi:
- Na drzwiach jest jak wół napisane o maseczkach.
Pokazuję ponownie to cholerne rozporządzenie:
- A tu jak wół jest napisane, kto nie musi.
W odpowiedzi słyszę:
- Jak policja przyjdzie to pani jak nic płaci 500 złotych.
Odpowiadam, że w razie czego wybronię się w sądzie, a na komisariat mogę sama pójść jeszcze dzisiaj. Ochroniarz nic nie odpowiada, odchodzi. Zaczyna się rozmowa z oczekującymi pacjentami – wszyscy świadomi rozporządzenia. Podchodzi do mnie pani z serwisu sprzątającego. Przerażona już na dobre myślę sobie „No nie, kolejna”. Pani jednakże cichutko mówi do mnie:
- Kochana, proszę pożycz mi ten wydruk, ja sobie zrobię ksero i zaraz oddam.
Pożyczam. Po paru minutach pani oddaje mi wydruk z podziękowaniem. Za chwilę przechodzi kolejna pracownica przychodni, patrzy na mnie.
- Maseczka.
Oczekujący już się śmieją „No nieeee...”. Pokazuję ponownie rozporządzenie. Odpowiada:
- No to przyłbica w takim razie.
Odpowiadam jej:
- Przecież zakrywam twarz, czego więc jeszcze pani ode mnie chce?
Odchodzi. Do gabinetu wchodzi pacjent z wizytą wyznaczoną przed moją. Wiadomo, po wejściu do gabinetu zamyka za sobą drzwi. Staję pod drzwiami. Podchodzi do mnie starszy pan pytając czy będzie mógł wejść przede mną, bo tylko chce się coś zapytać. Odmawiam mu, mówiąc, że ja już chcę jak najszybciej stąd schrzaniać. Pan rozumie. Siada nieopodal.
Podchodzi do mnie kolejna pracownica – chyba recepcji – i każe mi odejść spod drzwi bo… dystans. Nie bardzo rozumiem co drzwi mają z tym wspólnego, ale cofam się. Pani jednak ciągnie rzecz dalej:
- A pani nawet nie ma maseczki
Odpowiadam, że rozporządzenie, itd. itd. itd. Cały czas mam usta i nos zakryte. Pani odpowiada, że jest świadoma rozporządzenia. Pytam ją zatem czego w takim razie chce ode mnie.
- Pani musi mieć maseczkę.
Jestem już na granicy wytrzymałości. Podtykam jej rozporządzenie pod samą twarz.
- CZYTAAAAĆ – mówię już głośno.
- Jak pani się zachowuje – odpowiada mi.
Przechodzi w tym momencie kolejna pracownica przychodni.
- Co za chamstwo – rzuca pod moim adresem.
Już mi serce kołacze mocno. Mam jedno marzenie – znaleźć się jak najprędzej w domu.
Wchodzę w końcu do gabinetu – cały czas z zakrytą twarzą. Pytam lekarza, czy mam założyć maseczkę. Odpowiada mi, że jeżeli nie mam temperatury i nie czuję się chora, to nie. Nie mam, chora się nie czuję – poza silnymi uderzeniami serca i zawrotami głowy, które mnie opanowują w tej chwili. Lekarz pomaga mi usiąść. Referuję mu problem, z którym przyszłam. Zapisuje mi lekarstwa, daje skierowanie na badania jeżeli mi te lekarstwa nie pomogą. Tak czy inaczej mam do niego wrócić po skończeniu serii. Lekarz – uroczy, kontaktowy – po prostu CZŁOWIEK. Pytam go na samym końcu, jak to naprawdę jest z tymi maseczkami. Odpowiada mi, że według rozporządzenia nie każdy musi ją nosić, a jeżeli ktoś do mnie podejdzie to mam prawo po prostu pokazać rozporządzenie. Płacząc opowiadam mu, jak mnie podczas czekania potraktowało kilka osób z personelu.
Pytanie tylko teraz, dlaczego tak mamy. Odpowiedź chyba jest jasna. Pozwolę sobie porównać ogromną część naszego społeczeństwa do stada baranów. Przemiłe te zwierzęta nawet w stadzie pozwalają się zaganiać jednemu owczarkowi.
Nie zamierzam takiego chamstwa odpuścić. Jeszcze dzisiaj idzie skarga do Rzecznika Praw Pacjenta i do Ministerstwa Zdrowia, z kopią do przychodni.
Dziękuję Ci Mamo, że nie wychowałaś mnie na ciepłe kluchy. Dziękuję Wam - Rodzice moi, że zsyłacie na mnie z niebios swoje moce. Kocham Was oboje, kochani :)


Załączone zrzuty ekranu są zrobione z załączonej poniżej strony Ministerstwa Zdrowia. 

poniedziałek, 27 lipca 2020

Radio bombarduje wiadomościami, że pajace już zaczęły dzisiaj narady w celu opracowania strategii walki z mającą nadejść drugą falą koronawirusa.

Radio bombarduje wiadomościami, że pajace już zaczęły dzisiaj narady w celu opracowania strategii walki z mającą nadejść drugą falą koronawirusa. Od kiedy już się o tej mającej nadejść drugiej fali mówi? Co najmniej od kwietnia. Rychło w czas zatem zaczynają obrady teraz – na półmetku lata. Jacy to ludzie rządzą naszym krajem? Ja się nie koronawirusa boję. Ja się boję ponownego wzięcia nas za mordy, zamykania parków i cmentarzy, trzymania nas na siłę w domach, zakładania nam kagańców na gęby. Nie poddam się.
Wieczór w domu wszakże niepandemiczny. Szukam czegoś na youtube i przypadkiem natrafiam na spektakl z nowojorskiego Lincoln Center pod tytułem „Carousel” (Karuzela). Lincoln Center jest to kompleks trzech budynków instytucji kulturalnych. Na wprost od wejścia z Broadway'u jest słynna Metropolitan Opera, po lewej stronie jest City Opera (Opera Miejska) a po prawej Julliard School of Music (Nowojorska Akademia Muzyczna), New York Philharmonic (Filharmonia Nowojorska). Pozwolę sobie wtrącić tu parę słów o Metropolitan. W każdej operze przedstawienia operowe zaczynają się od uwertury. W przypadku Metropolitan jest trochę inaczej. Olbrzymią jej widownię mogącą pomieścić 3,800 widzów oświetlają nisko opuszczone żyrandole. Tuż przed uwerturą żyrandole te stopniowo gasną powolutku podciągane do samej góry. Zawsze ten moment odczuwałam jako zapowiedź czegoś wielkiego. No ale tym razem nie jesteśmy w Metropolitan. Jesteśmy w Filharmonii Nowojorskiej, gdzie odbywa się właśnie pokazany w poniższym linku spektakl. Byłam tu na kilku koncertach. Ostatni raz byłam tu chyba w 1985 roku. Nie pamiętam jaki to był koncert, ale pamiętam z kim byłam i jaką miałam sukienkę :) Ukoronowaniem wieczoru kolacja w eleganckiej restauracji. W tejże restauracji zobaczyłam mojego byłego dopiero od paru miesięcy męża. Bardzo wtedy chciałam wyjść. Przekonał mnie do zmiany zdania mój przyjaciel mówiąc: „Zostańmy. Jesteś ładnie ubrana, wyglądasz pięknie, nie jesteś sama. Niech właśnie cię zobaczy”. Posłuchałam Wayne'a. Wieczór był piękny. Mój były nas nie widział. A może i widział? :)

A tymczasem… dalecy od pandemii obejrzyjmy spektakl „Carousel” :)


niedziela, 26 lipca 2020

Z radia nadal płyną zatrważające wiadomości – ponad 400 osób zachorowało, podobno ileś tam na jakimś weselu, podobno najwięcej na Śląsku. Ja już sama nie wiem. Nasze pajace już takie rzeczy wyprawiają, że ja już im nie uwierzę nawet jak mi powiedzą, że mamy rok 2020. Ja wychodzę kiedy chcę, dokąd chcę, z kim chcę i od dwóch miesięcy bez maseczki i bez przyłbicy, i żyję. Znajoma od paru dni źle się czuła. Zaniepokojona, czy to przypadkiem nie to cholerstwo - planowała zrobić test na corona. Żeby taki test zrobić, trzeba wejść do namiotu. Najpierw jednak zgłosiła się do lekarza. Lekarz stanowczo odradził badanie się w namiocie, bo tam właśnie jest najwięcej zarazków. Po zbadaniu jej stwierdził, że jest po prostu zwyczajnie przeziębiona. Mądry lekarz i mądra dziewczyna. Czuje się lepiej. Pajace nie wszystkich jednak wyjałowiły z mózgu. Jak jednak to ujarzmianie ludzi przez zakładanie im kagańców paraliżuje ludziom myślenie. Stalinowski zamordyzm jak nic.
 
Niedziela upływa spokojnie. Jest mi trochę smutno, bo planowałam wybrać się na moją Saską Kępę do przyjaciółki zawieźć jej po egzemplarzu trzech antologii, ale upał jest taki, że mogę paść. Nic dzisiaj nie gotuję. Nie będę w taki żar stała nad garami, bo też padnę. Idę zatem na obiad na Płatniczą do domu, w którym mieszkała Krystyna Sienkiewicz. Biorę ze sobą antologię „Klinika strachu”, żeby dalej poczytać teksty kolegów. Zamawiam zupę pomidorową z makaronem, na drugie duszony schaboszczak z ziemniaczkami i buraczkami, do popicia kompot z wiśni. To wszystko za 23 złote. Żar jednak leje się taki, że o czytaniu mowy nie ma. Zwykle lubię tam posiedzieć, ale tym razem szybko wracam do domu, gdzie od razu wskakuję pod prysznic. Po drodze kupuję w malutkim osiedlowym sklepiku chleb – bo wczoraj zapomniałam, herbatę i ciasto jogurtowe. Płacę bardzo dużo, ale nie pójdę do Żabki, bo nie dam rady.

Znajomi facebookowi przesyłają sobie wzajemnie linki ze zmarłym wczoraj Bernardem Ładyszem. Najczęściej to jest „Bajkał”. Wyszukuję i ja na youtube w jego wykonaniu „Starego Kaprala” i „Kozaka”. Nawiasem mówiąc był taki okres jeszcze za czasu PRLu, w którym rzadko było słychać Ładysza. Podobno stało się tak za sprawą właśnie „Bajkału”. Kiedyś Bernard Ładysz zaśpiewał „Bajkał” na jakimś przyjęciu dla sowieckich dygnitarzy, z których jeden – będący już w stanie „nieważkości” - wzruszywszy się do łez – powiedział do Ładysza: „Ty śpiewaj, ja ci wszystko oddam tylko śpiewaj”. Na to Bernard Ładysz trzasnął pięścią w stół i wykrzyczał „Wilno oddaj”.
Wyszukując linków z Ładyszem natrafiam na link – mazur z opery „Halka”. I myśl biegnie 50 lat wstecz. Mam dziewiętnaście lat. Jestem maleńkim nowojorskim mieszkanku mojej babuni. Za tydzień mam iść na pierwszy bal – taki najprawdziwszy – bal lekarzy polskiego pochodzenia w bardzo renomowanym nowojorskim hotelu Waldorf Astoria. Babunia uczy mnie mazura. Pokazuje kroki z przytupami, przyklęka, ja ją obiegam, jednym słowem – mazur na całego :)
Mija tydzień. Jest piątek. Przyjeżdżam z akademika na weekend. Kieruję się do miejsca pracy mojej mamy. Mama prowadziła wtedy dom milionera – polskiego Żyda z Gorlic. Poczciwy ten człowiek bardzo mnie lubił i obie nas traktował jak domowników. Samotnie wychowywał czworo dzieci: trzy córki i syna. Dzieci mamę moją ubóstwiały, właściwie to uważały ją za matkę. Nadchodzi dzień balu. Najstarsza z córek – Leslie – układa mi fryzurę. Wieczorem przyjeżdża po mnie mój balowy partner. Wychodzę z pokoiku mamy w balowej sukni – do kuchni. Stoi już w niej pan Morgan z dziećmi. Zobaczywszy mnie woła do syna: - „Nicky, go get the camera”. Sam bal – no cóż… gentlemanów już nie ma. 

Mama moja nostryfikowawszy swój polski dyplom pielęgniarski odeszła do pracy do szpitala (czego potem bardzo żałowała). Dzieci pana Morgana zostały prawnikami i wszystkie adoptowały po kilkoro dzieci z sierocińca z Polski.

A w domu spokojnie, z radyjka płynie piękna muzyka organowa, i tylko Duduś gania nie wiadomo za czym. Niepandemiczny wieczór.

sobota, 25 lipca 2020

Odbieram dzisiaj moje egzemplarze antologii „Klinika strachu”,  „Van Gogh wiedział” i „Pod krzewem bzów spisane”, których mam szczęście być współautorką. To takie mieszane uczucie widzieć swój tekst w druku. To tak, jakby się swoje dziecko wypuściło w świat. „Klinika strachu” to antologia na temat naszej obecnej sytuacji. Tekst ten oddałam 30 kwietnia. Czytam go w pociągu i dopiero dostrzegam, jak bardzo zmieniło się moje podejście do tych spraw. Czytam teksty moich kolegów. Widzę, że na początku odbieraliśmy to wszystko w podobny sposób, czyli podporządkowując się zaleceniom i obostrzeniom. Nie widzieliśmy się jeszcze tak twarzą w twarz od tego pamiętnego marca. Ciekawam, jak oni teraz te rzeczy odczuwają. Muszę się z nimi skontaktować. Kto wie, może uda nam się pojechać w tym roku na Litwę na kolejny Zlot Autorów Polskiego Rodowodu.
Wysiadam na Dworcu Wschodnim. Celowo to robię, choć mogłam wysiąść wcześniej. Lubię ten dworzec i lubię to jego otoczenie. Ma to miejsce jakąś niepowtarzalną atmosferę i nawet kanapka w McDonaldsie smakuje tu jakoś inaczej. Zamawiam więc tę bułę, siadam na zewnątrz, czytam.
W domu błogi spokój. Pałaszuję kupiony dziś na dworcu owoc - kombinację melona i papai. Smaczny. Z radia płynie uspokajająca muzyka fado. Jest cicho, spokojnie, tylko Duduś od czasu do czasu mordkę drze. Niech będzie błogosławiony ten dzień, w którym jego właśnie wzięłam pod swój dach. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.
Przytoczone tu mojego pióra teksty są objęte następującymi prawami autorskimi:
© Copyright by Dorota B. Zegarowska Warszawa 2020
© Copyright by Stowarzyszenie Autorów Polskich Warszawa 2020
© Copyright by Kazimierz Linda Stalowa Wola 2020



Władca w koronie.

Przyszło nam żyć w dziwnych czasach. Choroby XX i XXI wieku panoszą się i nie wiadomo kiedy albo z jakiego powodu wielu z nas dopadają. Niby żyje się lepiej niż kiedyś, niby ciekawiej, ale… czy na pewno? Opanował nas wyścig szczurów, wielu pilnowało tylko swojego nosa. Ingerowaliśmy i ingerujemy nadal w naturę. Wysyłamy rakiety kosmiczne, badamy księżyc nie znając naszej Matki-Ziemi. Latamy w dalekie egzotyczne kraje, a nie znamy swoich okolic. Rozmawiamy z całym światem na Skype, na facebooku, a nie zamieniliśmy nieraz słowa z sąsiadem za ścianą. Jaką zatem rolę spełnia ten wszechobecny włóczykij z koroną na głowie? Czy pojawił się przypadkowo, czy został przez jakąś siłę wyższą nam przysłany? Boję się go. Bardzo się nawet boję. Ale czy ten strach ma prawo mnie ograniczać? Czy ma prawo kazać komukolwiek izolować się nie wiadomo na jak długo? Ja mu to prawo dałam, ale skoro zauważyłam, że taka zmiana mnie w pewnym sensie okalecza, odbieram mu ten przywilej bezwarunkowego panowania nade mną.

A może ten pan przyszedł, by spełnić pewną rolę? Może ma coś nam uświadomić? Może ma niektórych – w tym mnie też – czegoś nauczyć? Może chce nam pokazać, że ta osoba obok potrzebuje naszej pomocy? A może po prostu otwiera nam oczy na to, że nie wszyscy są zapatrzeni wyłącznie w siebie, tylko, że my tego nie dostrzegamy? Mnie samą zaskoczyła życzliwość granicząca nawet z otwartym sercem osób blisko mnie, i tych w internetowej rzeczywistości. W piekarni, w której kupuję chleb z gatunku tych, co mąkę widziały – właścicielka przygotowywała plakaty do rozwieszenia po klatkach schodowych. Wpisywała na nich dwa numery komórek osób, które zaoferowały się pomóc seniorom i innym potrzebującym. Kilka tych plakatów wywiesiłam na naszej klatce. Jeszcze tego samego dnia zapełniły się wpisami osób chcących pomóc sąsiadom. Do mnie samej zgłosiło się kilku znajomych rzeczywistych i z grup faceboookowych. Ja jednak leczę się z tego strachu biorąc swojego „mercedesa” na dwóch kółkach i zakładając maseczkę na twarz ruszam do swoich sklepów. Fajnie jest mieć takie swoje miejsca, w których sprzedawca – zanim poprosisz - poda ci towar, który zawsze u niego kupujesz. Czy ja to dostrzegałam parę tygodni temu?

Mam ponadto wrażenie, że ten siejący postrach pan z koroną na głowie przekonał mnie, że właściwie potrafię wiele. Przede wszystkim nauczył mnie racjonalnego kupowania produktów żywnościowych i nie marnowania ich, a czyniąc to zaoszczędził mi wydatków. Nauczył mnie sprawniej organizować swoje otoczenie. Książki, których mam bardzo dużo – stały na półkach po prostu od przypadku do przypadku. Od dawna planowałam poukładać je według kategorii: beletrystyka, poezja, albumy, literatura faktu. Gubiłam się w tym wszystkim. W tej chwili część już jest na półkach, część jeszcze na podłodze. Nauczył mnie stawiać czoło wyzwaniom i nie przejmować się tym, co ludzie powiedzą.

Tak. Boję się. Boję się bardzo. Nie pozwalam nikomu siadać blisko mnie w środkach komunikacji miejskiej. Ja po prostu chcę żyć. Ja BARDZO chcę żyć. Może więc ten koronawirus jest bardziej tą kliniką, w której ja leczę swój strach i wyzbywam się swoich ograniczeń? Może to on jest moim lekarstwem?


Zapachnie Saska Kępa.

Za parę tygodni obdarzą nas swoim zapachem bzy – białe, niebieskie, fioletowe. Przy moim dawnym domu rosły dwa. Oba z maleńkiego krzaczka po latach przeobraziły się w piękne dorodne drzewa po to, by co roku przystroić się białym kwieciem jak panna młoda welonem. Jeden wdzięczył się od strony ulicy, drugi królował w ogródku za domem tuż przy ogromnym tarasie. Pachniały na potęgę. Szkoda, że tak krótko kwitły. Po nich przychodziła kolej na niebieskie i fioletowe. Te królowały na całej ulicy. To nimi w piosence do tekstu Agnieszki Osieckiej pachniała Saska Kępa. Po nich do ataku ruszały dzikie bzy. Te dopiero dawały po nozdrzach zapachem, którego nie można było porównać do żadnego. I ta naleweczka z nich – zapobiegająca nadchodzącemu przeziębieniu – cudowne i przyjemne lekarstwo, a naleśniczki – pychotka. Zaraz, zaraz. Dlaczego ja piszę w czasie przeszłym? Przecież one cały czas są, i to rozsiadają się wszędzie wcale nie pytając o zgodę.
Ten tekst oddałam w dwóch językach, jako że dedykowany jest mojej koleżance ze szkoły w USA, która od pierwszego momentu traktowała mnie jakbyśmy się znały wieki całe ułatwiając mi w ten sposób aklimatyzację w nowej szkole w nowym kraju.


Słoneczniki.
Kochane słoneczka zstępują z niebios na ziemię. Nie pachną, a tyle zdrowia nam dają. Zakwitają w naszych ogrodach, pod oknami wiejskich chałup, przy przydrożnych kapliczkach, na obrazach mistrzów i sukience córki mojej przyjaciółki.

Ten tekst dedykuję mojej przyjaciółce z IC High w Lodi – Nancy Cucci, która pierwsza się otworzyła na mnie od samego początku. Odnalazła mnie na facebooku kilka tygodni temu. Kiedy jej napisałam, że powstaje tomik o słonecznikach, przysłała mi zdjęcie swojej córki w sukience w słoneczniki właśnie. Dziękuję tobie Nancy i tobie Nancy2 za to, że jesteście. Słoneczniki – to wy właśnie, najpiękniejsze.

Those dear suns step down from the skies to Earth. They do not smell and yet give us so much. They bloom in our gardens, under the windows of country cottages, by wooden chapels on country roads, on masters' paintings and the dress of my friend's daughter.

I dedicate this text to my IC High friend in Lodi, New Jersey – Nancy Cucci and her daughter. I will ever forget that Nancy was the first person who opened up on me at the very first minute. She found me now on facebook. She sent me a photo of her beautiful daughter in sunflowers dress after I told her that there will be a book on sunflowers published here. Thank you Nancy and you – Nancy2 for being here. The two of you are the most beautiful sunflowers.”


Bernard Ładysz.

Przebudzenie dzisiaj takie piękne. Włączam radio. Leci piosenka – melodia wprawdzie byle jaka, nie wpadająca w ucho, ale tekst przepiękny – taki prawdziwy, o prawdziwej i prawidłowo pojętej miłości. Młoda osoba śpiewa o swojej dziewczynie – że jak jest z nią to gwiazdy wokół nich tańczą, i że z nią u swojego boku zdobędzie wszystko. I za pół godziny ta wiadomość: Zmarł Bernard Ładysz. Trudno cośkolwiek napisać. Smutno się zrobiło. Legenda polskiej sceny operowej – tak, ale dla mnie nie tylko. Muszę ponownie przeszukać pamiątki po Mamie. Jest wśród nich zdjęcie grupowe drużyny harcerskiej z miasteczka Głębokie na Wileńszczyźnie. Jest na nim i Bernard Ładysz. Mama wprawdzie nie kojarzyła Go z tamtego okresu, ale jej o tym powiedział jej kolega z drużyny kiedy razem w świąteczny wieczór przeglądali stare fotografie snując wspomnienia i opowieści o swoich wojennych losach.
Lata 60-te. Idziemy z Mamą do opery. Jeszcze wtedy mieściła się na Nowogrodzkiej. Idziemy na „Straszny Dwór”. Bernard Ładysz śpiewa arię Skołuby. Sama rola może niewielka, ale ta aria i to wykonanie… Wracając do domu Mama śpiewa a ja jej wtóruję „Ten zegar stary niczym świat”
Mijają lata. Jest rok chyba 1978. Za sprawą impresaria Jana Wojewódki przyjeżdża grupa artystów, wśród nich Bernard Ładysz. Na scenie nowojorskiego Carnegie Hall rozbrzmiewa „Kozak” i „Stary kapral”. Poza Bernardem Ładyszem jednym z artystów jest pianista Cezary Owerkowicz. Pierwsze swoje kroki w nauce gry na pianinie stawialiśmy pod okiem tego samego profesora – Wacława Cholewy. Mija wiele lat. Ulica Woronicza 17 Gościem Kawiarenki Polskiego Radia Retro jest m.in. Bernard Ładysz. Podchodzę do niego. Nie wypuszcza mnie z objęć dowiedziawszy się, że jestem córką koleżanki z drużyny w Głębokiem. Mijają kolejne lata. W Bazylice Św. Krzyża jest koncert. Śpiewa jego syn. Wchodzimy do środka. W kruchcie siedzi na ławce pod ścianą jakaś bardzo skromnie ubrana postać. Mama mówi: - Jakiś biedak. Przyglądam się postaci dokładniej. - Mamo, toż to Ładysz. I zaczyna się rozmowa dwóch wileńskich serc – krótka, bo za chwilę jest koncert. Po koncercie maestro wyszukuje nas w kościele. Puentuje rozmowę stwierdzeniem z wyrazem oburzenia na twarzy: „Co oni mówią, że Wilno nie jest polskie. Wilno JEST POLSKIE.
Mój Boże. Odeszła nie tylko legenda polskiej sceny operowej. Dla mnie odeszła osoba, która w jakiś sposób była częścią mojej wileńskiej tożsamości. Smutno.

czwartek, 23 lipca 2020

Wizyta w banku. Przez trzy ostatnie miesiące chodziłam do innej jego filii, bardziej oddalonej. Robiłam to z uwagi właśnie na większą odległość. Opadłszy bowiem zupełnie z sił przez to narzucane siedzenie w domu muszę jakoś się zregenerować (mam to chyba po mojej mamie, która mając do wyboru dwa sklepy – jeden bliżej, a drugi dalej – szła do tego dalszego). Dziś jednak poszłam do tej bliższej filii. Podchodzę do kasy by zrobić przelew. Kasjerka pyta o maseczkę. Odpowiadam jej, że nie założyłam, mówię o rozporządzeniu. Jej reakcja - „No, jeżeli pani uważa, że pani jest chora...”. Każdemu innemu bym odparowała za taki zwrot. Biorę jednak pod uwagę, że ta pani zawsze była do mnie bardzo miła i na pewno nigdy by mi tak nie powiedziała, gdyby nie była w stresie. Po raz kolejny ogarnia mnie przerażenie na myśl, co te pajace już zrobiły z naszym narodem i co jeszcze mogą zrobić. Czeka mnie jeszcze wizyta w Arkadii. Najpierw jednak wstępuję do Żabki, kupuję kawę i hot doga. Siadam na pobliskiej ławeczce. Jakoś tak chce mi się w tej chwili powrócić do tej młodości szumnej i czasów studenckich w Nowym Jorku, kiedy taką właśnie byle jaką kawę i hot doga tak się spożywało.
Po załatwieniu swoich spraw przyziemnych wracam do domu. Włączam radio. Jedynkę. Lecą wiadomości. Słyszę, że sąd rozpatrzył trzy wniesione skargi na nieprawidłowości ostatnich wyborów, uznał je za zasadne, ale za nie mające żadnego wpływu na wynik wyborów. Po raz kolejny zadaję sobie pytanie w jakim my żyjemy kraju.
No dobrze. Mniej przyjemne myśli na bok. Niebo dziś nad Bielanami przepiękne. I sukces, bo udało mi się ustrzelić przelatującego nad moim domem szybowca. Z aparatu, kochani, z aparatu :)

Szybowiec szybuje w chmurach :)