Dzień spokojny pomimo zatrważających informacji w radio: ponad 800 osób zakażonych, najwięcej nadal na Śląsku. Sporo również i na Mazowszu. Koleżanka w Krynicy przerażona. Staram się strachy odpędzać od siebie, ale w niedzielę pójdę do Mamy zanim pajace znów wezmą nas za mordy, pozamykają w domach, pozamykają parki, lasy i cmentarze. Muszę jednak wyjść – kupić piasek dla Dudusia w Rossmannie. Przy okazji idę do pizzerii, żeby nie musieć w taki upał stać nad garami. Wracając wstępuję do naszego osiedlowego sklepiku. Kupuję pomarańcze i cytryny. Będzie z tego lemoniada. Jestem już blisko domu, kiedy przypominam sobie, że zapomniałam o leku na ból głowy. Zawracam. Proszę pracownicę, żeby mi go podała. Dziewczyna podaje. Stojący przede mną młody człowiek chce mnie przepuści. Uśmiecham się do niego mówiąc, że mnie głowa nie boli, tylko już mi się ten lek skończył. Na koniec wreszcie w domu. W radio nadają piosenki Presleya. Jak pięknie :) Nadchodzą dwa dni nic nie muszenia.
Blog o codziennym życiu w pandemii, o tym, jak staram się żyć normalnie w nienormalnej sytuacji.
czwartek, 6 sierpnia 2020
środa, 5 sierpnia 2020
Policja kontroluje sklepy.
Pogoda deszczowa. Muszę jednak wyjść – po moją tygodniową dawkę mleka. Tym razem biorę już cztery butelki. W radio od wczoraj zapowiadali, że będą chodzić i sprawdzać czy klienci mają twarze zakryte i czy prawidłowo. Wchodzę do sklepiku. Właścicielka sklepu prosi mnie o założenie maseczki, choć zawsze dotąd wpuszczała mnie bez niej. Mówię jej, że założę jeżeli muszę, ale mam problemy ze zdrowiem. Widzę przerażenie w jej oczach. Mówi mi, że kilka razy łazili już po tej ulicy. Zakładam maseczkę. Nie chcę jej narażać na nic z powodu tych dupków, co najprawdopodobniej nie mają nic do roboty. Pani w końcu umawia się ze mną, że nie muszę zakrywać nosa, a jak ona ich zauważy – powie mi tylko „Policja”. Ech, pomimo wszystko jej narażać nie będę. Skoro ona chce być w stosunku do mnie w porządku, mnie to samo obowiązuje w stosunku do niej. Mam tylko nadzieję, że nie chwycą nas ponownie za mordy. Boże, do czego to dochodzi.
wtorek, 4 sierpnia 2020
Żegnamy Bernarda Ładysza.
05 sierpnia 2020
Żegnamy dziś Bernarda Ładysza. Ubierając się do wyjścia przypominam sobie, jak 3 września Mama wpadła po dyżurze nocnym do domu by zabrać mnie na pogrzeb Jana Kiepury. Stałyśmy w wielotysięcznym tłumie przed gmachem Teatru Wielkiego (Obecnie Opery Narodowej) – daleko bardzo od wejścia. Pamiętam, jak przemawiała Martha Eggerth wzruszająco łamaną polszczyzną i łamiącym się głosem. To wszystko wraca dzisiaj – tamten dzień, te tłumy, Mateńka. Na wszelki wypadek chowam do torby maseczkę. Trudno, będzie trochę niekomfortowo, ale nie chcę ani się narażać na upokarzanie mnie, ani – przez szacunek dla wielkiego Polaka i Artysty - stwarzać forum dyskusyjnego w tak podniosłym dniu. Wsiadam do autobusu 103. Siadam na samiuśkim końcu w rogu na miejscu oddzielonym szybą. Trzymam w ręku maseczkę na wszelki wypadek, jeżeli ktoś obok mnie usiądzie. Wysiadam przed bramą główną na Powązkach Wojskowych. Kieruję się tam, gdzie już ktoś stoi ze sztandarem.
Rozbrzmiewa dźwięk werbli. Powolutku i dostojnie jedzie karawan, za nim kroczy rodzina. Dostrzegam w kondukcie transparent z fotografią Bernarda Ładysza i z napisem: „Rodaku z ziemi wileńskiej, żegnamy Cię ze smutkiem. Wilnianie”. Dołączam do nich. Idziemy powolutku przy dostojnych dźwiękach marsza. Dochodzimy do miejsca pochówku. Po mojej lewej stronie trzy świeżo usypane groby. Leżą w nich: Paweł Królikowski, Andrzej Strzelecki, Emil Karewicz. Orkiestra gra „Jeszcze Polska nie zginęła”. Jest modlitwa, po niej przemówienia, w tym dla mnie dwa najważniejsze – synów. Aleksander Ładysz śpiewa „Deszcz jesienny deszcz”, a mnie myśl biegnie do tamtego 15 czerwca, kiedy to przy grobie mojej Mateńki koleżanka – Jadzia Stępień – zaintonowała a reszta podjęła ulubioną jej pieśń - „Barka”. Łzy cisną się do oczu. Na koniec śpiewa nam sam pan Bernard.
Podchodzę do pani Leokadii. Mówię jej, że pan Bernard i moja Mateńka byli w jednej drużyni harcerskiej w Głębokiem na Wileńszczyźnie. Pani Leokadia się wzrusza: „Boże, co on by powiedział, gdyby to usłyszał”. Odpowiadam jej, że on to wiedział. Kilka lat wstecz był w Bazylice Sw. Krzyża koncert pana Aleksandra, pan Bernard siedział wtedy w kruchcie kościoła. Nie chciał prawdopodobnie swoją obecnością odwracać uwagi od śpiewu syna. Podeszłyśmy do niego. Kiedy usłyszał o tym maleńkim Głębokiem – nie chciał nas puścić z objęć. Po koncercie zaś wyszukał nas w kościele, podszedł i z oburzeniem na twarzy powiedział, że jak ktoś może mówić, że Wilno nie jest polskie. WILNO JEST POLSKIE – prawie wykrzyknął. Pani Leokadia ze wzruszeniem wysłuchuje tego wspomnienia.
Cóż, pora wracać do domu.
Mistrzu. Dziękuję za wszystko.
| Grób Emila Karewicza |
| Na pierwszym planie grób Andrzeja Strzeleckiego |
Poniżej - na pierwszym planie - grób Pawła Królikowskiego
poniedziałek, 3 sierpnia 2020
Maseczki chyba będą mi się po nocach śnić przez lata.
niedziela, 2 sierpnia 2020
Nawet mi się nie chce o dzisiejszym dniu pisać.
sobota, 1 sierpnia 2020
Obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. Spacer po Szlaku Królewskim.
czwartek, 30 lipca 2020
Boże drogi, ponad 600 osób zachorowało. Kiedy to się skończy? Czy ponownie będziemy musieli izolować się od siebie? Boję się co będzie
Dzień w sumie niczym się nie wyróżnia. Moje zwykłe śnia
danie na balkonie – kawa z mlekiem i kanapki z kupionym wczoraj „chlebem bielańskim” - pysznym, i z mojej roboty serkiem. Wczoraj jeszcze nie miałam po ostatnich „rozrywkach” głowy do niczego, mleko zatem przelewam do bańki dzisiaj. Jest już ciut ścięte, Duduś – jak co tydzień – dostał trochę na spodeczku. Od przyszłej środy zapisuję się już na cztery butelki. Na obiad robię kotlety ziemniaczane. Tak, kotlety ziemniaczane. Ugotowane ziemniaki tłukę, dodaję do nich zeszkloną cebulkę, trochę zamrożonego koperku, mieszam, formuję kotlety i na patelnię. Do tego filet śledziowy w sosie pomidorowym – i jest papu na obiad. Duduś usiłuje się „podłączyć” ale nic z tego :)
Pogoda jest taka dziś piękna. Wychodzę na spacer. Kieruję się ku malutkiej lodziarni – dosłownie dwa stoliki. Otwarci są tylko latem. Kupuję lemoniadę i dwie rurki z kremem. Czytam parę stronic antologii „Klinika Strachu”.
Spoglądam na niebo nad lodziarnią. Boże, jakie piękne te białe obłoki na błękitnym tle. Przed paroma minutami przeleciał po nim szybowiec. O! Teraz samolot, który wystartował z Okęcia niknie w dali znacząc za sobą białą smugę. Życie toczy się normalnym torem. Ktoś niesie zakupy, ktoś inny jedzie na rowerze, tam dalej dwie panie stoją i rozmawiają, przebiegło dziecko, a za nim piesek na smyczy. Jest normalnie. Tylko maseczki na twarzach mówią, że jest inaczej.



