Wspomnień czar

sobota, 1 sierpnia 2020

Obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. Spacer po Szlaku Królewskim.

Planowałam dzisiaj iść do Domu Spotkań z Historią na projekcję filmu o Powstaniu Warszawskim kręconego przez samych powstańców, potem stanąć na Godzinę „W” na Krakowskiem Przedmieściu. Swoim zwyczajem jednak ciut długo się zbierałam. Wychodzę w końcu z domu planując pójść na wieczór piosenek powstańczych. Wychodząc zauważam na drzwiach informację o tym, żeby o godzinie 17 stanąć na rogu Broniewskiego i Reymonta.
Patrzę na zegarek – jest godzina 16:35. Nie zdążę już na 17:00 na Krakowskie. Kieruję się zatem na Reymonta. Na razie nikogo nie ma. Siadam na ławeczce obok Żabki. Jest bardzo gorąco. Mam ze sobą wodę z cytryną. Powoli nadchodzą ludzie, przeważnie młodzi, przyprowadzają swoje dzieci. Serce się raduje, że te piękne wartości, które nam wpoili nasi rodzice – nie zaginą.

Godzina 17:00. Wyją syreny. Młodzież odpala race dymne. Zgromadzeni skandują „Cześć i chwała bohaterom”. Po minucie wszyscy się rozchodzą.


Dochodzę do przystanku tramwajowego. Wsiadam do tramwaju 22 planując dostać się pod adres Nowy Świat 6/12. Jadę bez maseczki, i choć siedzę z tyłu z dala od innych pasażerów i zakrywam nos i usta ręką – podniosły nastrój zakłóca mi strach, czy ktoś mnie znów nie upokorzy tak, jak to zrobili pracownicy przychodni Cepelek 28 lipca. Przy Rondzie Radosława tramwaj zmienia trasę. Wysiadam pod Trasą W-Z. Nie mam siły wchodzić na górę na piechotę. Wjeżdżam ruchomymi schodami. Przy okazji znajduję oryginalną – sowiecką – tablicę sterującą urządzeniami elektrycznymi związanymi z funkcjonowaniem pierwotnych schodów ruchomych wybudowanych w latach 1947-1949 w związku z budową Trasy W-Z.



Nie szukaj mnie Mamo ze swojej chmurki na Placu Piłsudskiego. Nikt tam dzisiaj nie usiądzie w rzędach. Spaceruję sobie Krakowskiem Przedmieściem. Natrafiam na jakiś marsz. Pytam ochronę, co to jest. Odpowiada mi niezwykle uprzejmie, że jest to marsz z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, i że idą do Placu Krasińskich. Maszerujący wznoszą okrzyki „Cześć i chwała bohaterom” oraz „Zbrodnie niemieckie nierozliczone”. Czy tak naprawdę da się je rozliczyć?

Idę dalej. Mijam Hotel Europejski, do którego lubiłyśmy Mamo chodzić na kawę i na lody. Pamiętasz? Ja tak lubiłam lody różane. Nie ma już, Mateńko, tej kawiarni. Jest jakiś wypasiony sklep z ekstra ciuchami. Lody natomiast są sprzedawane w tym hotelu na malutkim stoisku w wypasionym hallu wyścielanym wypasionymi dywanami, po których szary obywatel krępuje się chodzić. Mijam kawiarenki i restauracyjki, siedzący przy stoliczkach ludzie raczą się posiłkiem, kawą, herbatą, winem, rozmawiają. Zewsząd dobiegają dźwięki muzyki ulicznych grajków. Jest spokojnie, sobotnio. I tylko maseczki na twarzach przypominają, że coś jest nie tak.Wyraża to zresztą również iluminacja na tyłach Pałacu Staszica.





Mijam tzw. ławeczki chopinowskie rozmieszczone w miejscach związanych z Fryderykiem Chopinem. Wspominam Ciebie Mamo, jak ich wyszukiwałyśmy na Krakowskiem Przedmieściu, jak prędko podchodziłyśmy do nich, i jak prawo do przyciśnięcia guzika miała ta, która ją pierwsza zauważyła. Łzy się cisną do oczu. Zmienia się warszawski Szlak Królewski. 



Z rozmowy nadanej dziś przez radio wynika, że mieszczący się u zbiegu Smolnej, Nowego Światu i Alej Jerozolimskich pomnik przedstawiający postać matki trzymającej na kolanach ciało swego zabitego syna miał być hołdem warszawskim powstańcom. Władze komunistyczne nie wydały na to zgody, i w rezultacie na jego cokole pojawił się napis „Partyzantom bojownikom o Polskę Ludową”. Pamiętam tę inskrypcję. Wiedziona ciekawością resztką sił podążam w kierunku Alej. Drętwienie lewej nogi daje się we znaki. Muszę usiąść. Wchodzę do pizzerii, by orzeźwić się coca-colą. Po około pół godzinie ruszam dalej. Dochodzę do pomnika. Jest już wieczór, na pomnik pada skąpe światło stojących na niewielkim placyku latarni. Na cokole płoną znicze. Inskrypcja jednak jest zupełnie inna niż ta, którą pamiętam i o której była mowa dziś rano w radio. Nie ufając swemu wzrokowi robię kilka zdjęć cokołu. Wyświetlę je w domu, powiększę, odczytam. Po godzinie jestem w domu. No tak. Na cokole widnieje napis "Partyzantom Walczącym o wolną Polskę w czasie II Wojny Światowej". No nic. Przyjadę tu jutro za dnia, zobaczę wszystko dokładniej.




czwartek, 30 lipca 2020

Boże drogi, ponad 600 osób zachorowało. Kiedy to się skończy? Czy ponownie będziemy musieli izolować się od siebie? Boję się co będzie

Boże drogi, ponad 600 osób zachorowało. Kiedy to się skończy? Czy ponownie będziemy musieli izolować się od siebie? Boję się co będzie.

 Dzień w sumie niczym się nie wyróżnia. Moje zwykłe śnia
danie na balkonie – kawa z mlekiem i kanapki z kupionym wczoraj „chlebem bielańskim” - pysznym, i z mojej roboty serkiem. Wczoraj jeszcze nie miałam po ostatnich „rozrywkach” głowy do niczego, mleko zatem przelewam do bańki dzisiaj. Jest już ciut ścięte, Duduś – jak co tydzień – dostał trochę na spodeczku. Od przyszłej środy zapisuję się już na cztery butelki. Na obiad robię kotlety ziemniaczane. Tak, kotlety ziemniaczane. Ugotowane ziemniaki tłukę, dodaję do nich zeszkloną cebulkę, trochę zamrożonego koperku, mieszam, formuję kotlety i na patelnię. Do tego filet śledziowy w sosie pomidorowym – i jest papu na obiad. Duduś usiłuje się „podłączyć” ale nic z tego :)

Pogoda jest taka dziś piękna. Wychodzę na spacer. Kieruję się ku malutkiej lodziarni – dosłownie dwa stoliki. Otwarci są tylko latem. Kupuję lemoniadę i dwie rurki z kremem. Czytam parę stronic antologii „Klinika Strachu”.

Spoglądam na niebo nad lodziarnią. Boże, jakie piękne te białe obłoki na błękitnym tle. Przed paroma minutami przeleciał po nim szybowiec. O! Teraz samolot, który wystartował z Okęcia niknie w dali znacząc za sobą białą smugę. Życie toczy się normalnym torem. Ktoś niesie zakupy, ktoś inny jedzie na rowerze, tam dalej dwie panie stoją i rozmawiają, przebiegło dziecko, a za nim piesek na smyczy. Jest normalnie. Tylko maseczki na twarzach mówią, że jest inaczej.

Niebo nad moim balkonem takie cudowne, i co wieczór inne. Za chwilę biorę do ręki książkę, chłonę spokój wieczoru.


środa, 29 lipca 2020

Nawiązuję do mojego wczorajszego wpisu na temat chamstwa z jakim zostałam potraktowana przez personel przzychodni Cepelek przy ulicy Daniłowskiego na warszawskich Bielanach.

Nawiązuję do mojego wczorajszego wpisu na temat chamstwa z jakim zostałam potraktowana przez personel przzychodni Cepelek przy ulicy Daniłowskiego na warszawskich Bielanach.
Tak naprawdę to dopiero dzisiaj zaczęło do mnie docierać w jak chamski sposób zostałam wczoraj potraktowana wdeptana wręcz w ziemię. Wyszukuję w necie zatem numery telefonów i adresy do:
1. Rzecznika Praw Pacjenta
2. Ministerstwa Zdrowia.
Dzwonię najpierw do Rzecznika Praw Pacjenta. Mam połączenie z konsultantką. Mówię jej, że z powodu stanu zdrowia w myśl rozporządzenia Ministra Zdrowia (Dziennik Ustaw, pozycja 1066, paragraf 19.1 ustęp 3) nie jestem zobowiązana do noszenia maseczki. Referuję jej opisane powyżej zdarzenie nadmieniając, że nie chcąc wzbudzać obaw w innych pacjentach czekających pod gabinetem zasłaniałam nos i usta wydrukiem z Dziennika Ustaw (17 arkuszy A4). Pani rzecznik od razu przerywa wypowiedź, że to ja zachowałam się nieodpowiednio i podniesionym już conieco głosem zaczyna mi tłumaczyć, że twarz powinnam mieć zakrytą jakimś kawałkiem materiału a nie JAKIMIŚ TAM DOKUMENTAMI. Mówię jej, że w paragrafie nie ma nic na ten temat, i że jest tylko wspomniane, że osoba mająca problemy ze zdrowiem nie ma obowiązku zakrywania twarzy. Pani rzecznik dalej jednak zwraca się do mnie traktując mnie jak osobę z niepełnosprawnością intelektualną. Nie widząc zatem sensu kontynuowania rozmowy rozłączam się.
Po chwili – ochłonąwszy – dzwonię do Ministerstwa Zdrowia. Rozmawia ze mną pani – osoba, a nie urzędas. Pani mi łumaczy, że ja w sposób właściwy pojmuję rozporządzenie, że nie jestem zobowiązana do zakrywania niczym twarzy zakładając oczywiście, że dostosowuję się do innych obostrzeń. Mówię jej również – płacząc już (z ulgi) jak mnie potraktowano w przychodni, i że mnie postraszono policją. Pani od razu na tę wiadomość przełącza mnie do Działu Prawnego. Referuję sprawę prawnikowi. Prawnik potwierda, że moje rozumienie ustawy jest jak najbardziej prawidłowe, że moja reakcja była na każdym kroku prawidłowa, a co do grożenia mi policją – przychodnia zapłaciłaby ciężką karę za bezpodstawne jej wezwanie.
Ten post umieszczam tu po to, żeby uświadomić, że nie można zawsze być uległym, nie reagować - „bo to nic nie da”, a potem narzekać, że jest nie tak jak powinno być. Po prostu – ludzie – szukajcie informacji we WŁAŚCIWYCH źródłach.
O mój Boże. Toż to środa. Trzeba iść po moją tygodniową dawkę mleka - takiego, co krowę widziało. Biorę jak zawsze dwie butelki, i podłużny bochen chlebusia bielańskiego z prawdziwej mąki :) Co tydzień tam kupuję. Przy okazji odbywa się miła rozmowa z właścicielką  punktu, taka typowo babska. Siadam potem w pobliskiej pizzerii, zamawiam sobie coca-colę i nareszcie mam głowę do zabrania się do czytania tekstów moich kolegów na temat pandemii w antologii "Klinika strachu".
Noc kołysze mnie do snu piękną muzyką.
Bóg ponownie chlapie po niebie farbą :)


wtorek, 28 lipca 2020

Umówiona wizyta u lekarza. Przychodnia Cepelek, Warszawa, ul. Daniłowskiego. Wizyta wyznaczona na godz. 14:20.

Umówiona wizyta u lekarza. Przychodnia Cepelek, Warszawa, ul. Daniłowskiego. Wizyta wyznaczona na godz. 14:20. Przychodzę jednak wcześniej. Wolę posiedzieć w poczekalni i spokojnie poczekać na swoją wizytę, niż gnać z wywieszonym językiem. Jako osoba z problemem z oddychaniem mocą rozporządzenia Ministerstwa Zdrowia z 20 czerwca 2020 (Dziennik Ustaw pozycja 1066 paragraf 19.1 ustęp 3 podpunkt 3) nie jestem zobowiązana do noszenia maseczki. Zakrywam jednak nos i usta wydrukiem z tegoż rozporządzenia składającym się z 18 (słownie: osiemnastu) stron formatu A4. Wchodzę. Zatrzymuje mnie – nie wiem, czy to portier, czy ochroniarz. Pyta o maseczkę. Odpowiadam mu spokojnie, że jest rozporządzenie, itd., itd., itd. Pyta o zaświadczenie. Odpowiadam, że w myśl rozporządzenia zaświadczenie nie jest wymagane. Pan odpowiada, że nie ma obowiązku mnie wpuścić. Pokazuję mu wydruk rozporządzenia z zaznaczonym na czerwono fragmentem. Pan w międzyczasie mierzy mi temperaturę, przeciwko czemu oczywiście nie oponuję, ale jak tylko zaczyna mi puszczać komentarz „aaale pani mądra” - po prostu mijam go i z zakrytą wydrukiem twarzą idę pod gabinet lekarza. Czeka już jeden pacjent. Siadam na dozwolonym miejscu zachowując dystans. Dochodzą następni. Ustalamy, kto na którą godzinę, nie ma żadnych przepychanek. Cały czas siedzę zakrywając nos i usta.
Przechodzi obok ochroniarz. Patrzy na mnie i mówi, że nie wiadomo, czy lekarz mnie przyjmie, bo nie mam maseczki. Odpowiadam, że owszem, przyjmie, bo jest rozporządzenie… itd. itd. itd., a maseczkę założę jeżeli lekarz mi każe.
Odpowiada mi:
- Na drzwiach jest jak wół napisane o maseczkach.
Pokazuję ponownie to cholerne rozporządzenie:
- A tu jak wół jest napisane, kto nie musi.
W odpowiedzi słyszę:
- Jak policja przyjdzie to pani jak nic płaci 500 złotych.
Odpowiadam, że w razie czego wybronię się w sądzie, a na komisariat mogę sama pójść jeszcze dzisiaj. Ochroniarz nic nie odpowiada, odchodzi. Zaczyna się rozmowa z oczekującymi pacjentami – wszyscy świadomi rozporządzenia. Podchodzi do mnie pani z serwisu sprzątającego. Przerażona już na dobre myślę sobie „No nie, kolejna”. Pani jednakże cichutko mówi do mnie:
- Kochana, proszę pożycz mi ten wydruk, ja sobie zrobię ksero i zaraz oddam.
Pożyczam. Po paru minutach pani oddaje mi wydruk z podziękowaniem. Za chwilę przechodzi kolejna pracownica przychodni, patrzy na mnie.
- Maseczka.
Oczekujący już się śmieją „No nieeee...”. Pokazuję ponownie rozporządzenie. Odpowiada:
- No to przyłbica w takim razie.
Odpowiadam jej:
- Przecież zakrywam twarz, czego więc jeszcze pani ode mnie chce?
Odchodzi. Do gabinetu wchodzi pacjent z wizytą wyznaczoną przed moją. Wiadomo, po wejściu do gabinetu zamyka za sobą drzwi. Staję pod drzwiami. Podchodzi do mnie starszy pan pytając czy będzie mógł wejść przede mną, bo tylko chce się coś zapytać. Odmawiam mu, mówiąc, że ja już chcę jak najszybciej stąd schrzaniać. Pan rozumie. Siada nieopodal.
Podchodzi do mnie kolejna pracownica – chyba recepcji – i każe mi odejść spod drzwi bo… dystans. Nie bardzo rozumiem co drzwi mają z tym wspólnego, ale cofam się. Pani jednak ciągnie rzecz dalej:
- A pani nawet nie ma maseczki
Odpowiadam, że rozporządzenie, itd. itd. itd. Cały czas mam usta i nos zakryte. Pani odpowiada, że jest świadoma rozporządzenia. Pytam ją zatem czego w takim razie chce ode mnie.
- Pani musi mieć maseczkę.
Jestem już na granicy wytrzymałości. Podtykam jej rozporządzenie pod samą twarz.
- CZYTAAAAĆ – mówię już głośno.
- Jak pani się zachowuje – odpowiada mi.
Przechodzi w tym momencie kolejna pracownica przychodni.
- Co za chamstwo – rzuca pod moim adresem.
Już mi serce kołacze mocno. Mam jedno marzenie – znaleźć się jak najprędzej w domu.
Wchodzę w końcu do gabinetu – cały czas z zakrytą twarzą. Pytam lekarza, czy mam założyć maseczkę. Odpowiada mi, że jeżeli nie mam temperatury i nie czuję się chora, to nie. Nie mam, chora się nie czuję – poza silnymi uderzeniami serca i zawrotami głowy, które mnie opanowują w tej chwili. Lekarz pomaga mi usiąść. Referuję mu problem, z którym przyszłam. Zapisuje mi lekarstwa, daje skierowanie na badania jeżeli mi te lekarstwa nie pomogą. Tak czy inaczej mam do niego wrócić po skończeniu serii. Lekarz – uroczy, kontaktowy – po prostu CZŁOWIEK. Pytam go na samym końcu, jak to naprawdę jest z tymi maseczkami. Odpowiada mi, że według rozporządzenia nie każdy musi ją nosić, a jeżeli ktoś do mnie podejdzie to mam prawo po prostu pokazać rozporządzenie. Płacząc opowiadam mu, jak mnie podczas czekania potraktowało kilka osób z personelu.
Pytanie tylko teraz, dlaczego tak mamy. Odpowiedź chyba jest jasna. Pozwolę sobie porównać ogromną część naszego społeczeństwa do stada baranów. Przemiłe te zwierzęta nawet w stadzie pozwalają się zaganiać jednemu owczarkowi.
Nie zamierzam takiego chamstwa odpuścić. Jeszcze dzisiaj idzie skarga do Rzecznika Praw Pacjenta i do Ministerstwa Zdrowia, z kopią do przychodni.
Dziękuję Ci Mamo, że nie wychowałaś mnie na ciepłe kluchy. Dziękuję Wam - Rodzice moi, że zsyłacie na mnie z niebios swoje moce. Kocham Was oboje, kochani :)


Załączone zrzuty ekranu są zrobione z załączonej poniżej strony Ministerstwa Zdrowia. 

poniedziałek, 27 lipca 2020

Radio bombarduje wiadomościami, że pajace już zaczęły dzisiaj narady w celu opracowania strategii walki z mającą nadejść drugą falą koronawirusa.

Radio bombarduje wiadomościami, że pajace już zaczęły dzisiaj narady w celu opracowania strategii walki z mającą nadejść drugą falą koronawirusa. Od kiedy już się o tej mającej nadejść drugiej fali mówi? Co najmniej od kwietnia. Rychło w czas zatem zaczynają obrady teraz – na półmetku lata. Jacy to ludzie rządzą naszym krajem? Ja się nie koronawirusa boję. Ja się boję ponownego wzięcia nas za mordy, zamykania parków i cmentarzy, trzymania nas na siłę w domach, zakładania nam kagańców na gęby. Nie poddam się.
Wieczór w domu wszakże niepandemiczny. Szukam czegoś na youtube i przypadkiem natrafiam na spektakl z nowojorskiego Lincoln Center pod tytułem „Carousel” (Karuzela). Lincoln Center jest to kompleks trzech budynków instytucji kulturalnych. Na wprost od wejścia z Broadway'u jest słynna Metropolitan Opera, po lewej stronie jest City Opera (Opera Miejska) a po prawej Julliard School of Music (Nowojorska Akademia Muzyczna), New York Philharmonic (Filharmonia Nowojorska). Pozwolę sobie wtrącić tu parę słów o Metropolitan. W każdej operze przedstawienia operowe zaczynają się od uwertury. W przypadku Metropolitan jest trochę inaczej. Olbrzymią jej widownię mogącą pomieścić 3,800 widzów oświetlają nisko opuszczone żyrandole. Tuż przed uwerturą żyrandole te stopniowo gasną powolutku podciągane do samej góry. Zawsze ten moment odczuwałam jako zapowiedź czegoś wielkiego. No ale tym razem nie jesteśmy w Metropolitan. Jesteśmy w Filharmonii Nowojorskiej, gdzie odbywa się właśnie pokazany w poniższym linku spektakl. Byłam tu na kilku koncertach. Ostatni raz byłam tu chyba w 1985 roku. Nie pamiętam jaki to był koncert, ale pamiętam z kim byłam i jaką miałam sukienkę :) Ukoronowaniem wieczoru kolacja w eleganckiej restauracji. W tejże restauracji zobaczyłam mojego byłego dopiero od paru miesięcy męża. Bardzo wtedy chciałam wyjść. Przekonał mnie do zmiany zdania mój przyjaciel mówiąc: „Zostańmy. Jesteś ładnie ubrana, wyglądasz pięknie, nie jesteś sama. Niech właśnie cię zobaczy”. Posłuchałam Wayne'a. Wieczór był piękny. Mój były nas nie widział. A może i widział? :)

A tymczasem… dalecy od pandemii obejrzyjmy spektakl „Carousel” :)


niedziela, 26 lipca 2020

Z radia nadal płyną zatrważające wiadomości – ponad 400 osób zachorowało, podobno ileś tam na jakimś weselu, podobno najwięcej na Śląsku. Ja już sama nie wiem. Nasze pajace już takie rzeczy wyprawiają, że ja już im nie uwierzę nawet jak mi powiedzą, że mamy rok 2020. Ja wychodzę kiedy chcę, dokąd chcę, z kim chcę i od dwóch miesięcy bez maseczki i bez przyłbicy, i żyję. Znajoma od paru dni źle się czuła. Zaniepokojona, czy to przypadkiem nie to cholerstwo - planowała zrobić test na corona. Żeby taki test zrobić, trzeba wejść do namiotu. Najpierw jednak zgłosiła się do lekarza. Lekarz stanowczo odradził badanie się w namiocie, bo tam właśnie jest najwięcej zarazków. Po zbadaniu jej stwierdził, że jest po prostu zwyczajnie przeziębiona. Mądry lekarz i mądra dziewczyna. Czuje się lepiej. Pajace nie wszystkich jednak wyjałowiły z mózgu. Jak jednak to ujarzmianie ludzi przez zakładanie im kagańców paraliżuje ludziom myślenie. Stalinowski zamordyzm jak nic.
 
Niedziela upływa spokojnie. Jest mi trochę smutno, bo planowałam wybrać się na moją Saską Kępę do przyjaciółki zawieźć jej po egzemplarzu trzech antologii, ale upał jest taki, że mogę paść. Nic dzisiaj nie gotuję. Nie będę w taki żar stała nad garami, bo też padnę. Idę zatem na obiad na Płatniczą do domu, w którym mieszkała Krystyna Sienkiewicz. Biorę ze sobą antologię „Klinika strachu”, żeby dalej poczytać teksty kolegów. Zamawiam zupę pomidorową z makaronem, na drugie duszony schaboszczak z ziemniaczkami i buraczkami, do popicia kompot z wiśni. To wszystko za 23 złote. Żar jednak leje się taki, że o czytaniu mowy nie ma. Zwykle lubię tam posiedzieć, ale tym razem szybko wracam do domu, gdzie od razu wskakuję pod prysznic. Po drodze kupuję w malutkim osiedlowym sklepiku chleb – bo wczoraj zapomniałam, herbatę i ciasto jogurtowe. Płacę bardzo dużo, ale nie pójdę do Żabki, bo nie dam rady.

Znajomi facebookowi przesyłają sobie wzajemnie linki ze zmarłym wczoraj Bernardem Ładyszem. Najczęściej to jest „Bajkał”. Wyszukuję i ja na youtube w jego wykonaniu „Starego Kaprala” i „Kozaka”. Nawiasem mówiąc był taki okres jeszcze za czasu PRLu, w którym rzadko było słychać Ładysza. Podobno stało się tak za sprawą właśnie „Bajkału”. Kiedyś Bernard Ładysz zaśpiewał „Bajkał” na jakimś przyjęciu dla sowieckich dygnitarzy, z których jeden – będący już w stanie „nieważkości” - wzruszywszy się do łez – powiedział do Ładysza: „Ty śpiewaj, ja ci wszystko oddam tylko śpiewaj”. Na to Bernard Ładysz trzasnął pięścią w stół i wykrzyczał „Wilno oddaj”.
Wyszukując linków z Ładyszem natrafiam na link – mazur z opery „Halka”. I myśl biegnie 50 lat wstecz. Mam dziewiętnaście lat. Jestem maleńkim nowojorskim mieszkanku mojej babuni. Za tydzień mam iść na pierwszy bal – taki najprawdziwszy – bal lekarzy polskiego pochodzenia w bardzo renomowanym nowojorskim hotelu Waldorf Astoria. Babunia uczy mnie mazura. Pokazuje kroki z przytupami, przyklęka, ja ją obiegam, jednym słowem – mazur na całego :)
Mija tydzień. Jest piątek. Przyjeżdżam z akademika na weekend. Kieruję się do miejsca pracy mojej mamy. Mama prowadziła wtedy dom milionera – polskiego Żyda z Gorlic. Poczciwy ten człowiek bardzo mnie lubił i obie nas traktował jak domowników. Samotnie wychowywał czworo dzieci: trzy córki i syna. Dzieci mamę moją ubóstwiały, właściwie to uważały ją za matkę. Nadchodzi dzień balu. Najstarsza z córek – Leslie – układa mi fryzurę. Wieczorem przyjeżdża po mnie mój balowy partner. Wychodzę z pokoiku mamy w balowej sukni – do kuchni. Stoi już w niej pan Morgan z dziećmi. Zobaczywszy mnie woła do syna: - „Nicky, go get the camera”. Sam bal – no cóż… gentlemanów już nie ma. 

Mama moja nostryfikowawszy swój polski dyplom pielęgniarski odeszła do pracy do szpitala (czego potem bardzo żałowała). Dzieci pana Morgana zostały prawnikami i wszystkie adoptowały po kilkoro dzieci z sierocińca z Polski.

A w domu spokojnie, z radyjka płynie piękna muzyka organowa, i tylko Duduś gania nie wiadomo za czym. Niepandemiczny wieczór.

sobota, 25 lipca 2020

Odbieram dzisiaj moje egzemplarze antologii „Klinika strachu”,  „Van Gogh wiedział” i „Pod krzewem bzów spisane”, których mam szczęście być współautorką. To takie mieszane uczucie widzieć swój tekst w druku. To tak, jakby się swoje dziecko wypuściło w świat. „Klinika strachu” to antologia na temat naszej obecnej sytuacji. Tekst ten oddałam 30 kwietnia. Czytam go w pociągu i dopiero dostrzegam, jak bardzo zmieniło się moje podejście do tych spraw. Czytam teksty moich kolegów. Widzę, że na początku odbieraliśmy to wszystko w podobny sposób, czyli podporządkowując się zaleceniom i obostrzeniom. Nie widzieliśmy się jeszcze tak twarzą w twarz od tego pamiętnego marca. Ciekawam, jak oni teraz te rzeczy odczuwają. Muszę się z nimi skontaktować. Kto wie, może uda nam się pojechać w tym roku na Litwę na kolejny Zlot Autorów Polskiego Rodowodu.
Wysiadam na Dworcu Wschodnim. Celowo to robię, choć mogłam wysiąść wcześniej. Lubię ten dworzec i lubię to jego otoczenie. Ma to miejsce jakąś niepowtarzalną atmosferę i nawet kanapka w McDonaldsie smakuje tu jakoś inaczej. Zamawiam więc tę bułę, siadam na zewnątrz, czytam.
W domu błogi spokój. Pałaszuję kupiony dziś na dworcu owoc - kombinację melona i papai. Smaczny. Z radia płynie uspokajająca muzyka fado. Jest cicho, spokojnie, tylko Duduś od czasu do czasu mordkę drze. Niech będzie błogosławiony ten dzień, w którym jego właśnie wzięłam pod swój dach. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.
Przytoczone tu mojego pióra teksty są objęte następującymi prawami autorskimi:
© Copyright by Dorota B. Zegarowska Warszawa 2020
© Copyright by Stowarzyszenie Autorów Polskich Warszawa 2020
© Copyright by Kazimierz Linda Stalowa Wola 2020



Władca w koronie.

Przyszło nam żyć w dziwnych czasach. Choroby XX i XXI wieku panoszą się i nie wiadomo kiedy albo z jakiego powodu wielu z nas dopadają. Niby żyje się lepiej niż kiedyś, niby ciekawiej, ale… czy na pewno? Opanował nas wyścig szczurów, wielu pilnowało tylko swojego nosa. Ingerowaliśmy i ingerujemy nadal w naturę. Wysyłamy rakiety kosmiczne, badamy księżyc nie znając naszej Matki-Ziemi. Latamy w dalekie egzotyczne kraje, a nie znamy swoich okolic. Rozmawiamy z całym światem na Skype, na facebooku, a nie zamieniliśmy nieraz słowa z sąsiadem za ścianą. Jaką zatem rolę spełnia ten wszechobecny włóczykij z koroną na głowie? Czy pojawił się przypadkowo, czy został przez jakąś siłę wyższą nam przysłany? Boję się go. Bardzo się nawet boję. Ale czy ten strach ma prawo mnie ograniczać? Czy ma prawo kazać komukolwiek izolować się nie wiadomo na jak długo? Ja mu to prawo dałam, ale skoro zauważyłam, że taka zmiana mnie w pewnym sensie okalecza, odbieram mu ten przywilej bezwarunkowego panowania nade mną.

A może ten pan przyszedł, by spełnić pewną rolę? Może ma coś nam uświadomić? Może ma niektórych – w tym mnie też – czegoś nauczyć? Może chce nam pokazać, że ta osoba obok potrzebuje naszej pomocy? A może po prostu otwiera nam oczy na to, że nie wszyscy są zapatrzeni wyłącznie w siebie, tylko, że my tego nie dostrzegamy? Mnie samą zaskoczyła życzliwość granicząca nawet z otwartym sercem osób blisko mnie, i tych w internetowej rzeczywistości. W piekarni, w której kupuję chleb z gatunku tych, co mąkę widziały – właścicielka przygotowywała plakaty do rozwieszenia po klatkach schodowych. Wpisywała na nich dwa numery komórek osób, które zaoferowały się pomóc seniorom i innym potrzebującym. Kilka tych plakatów wywiesiłam na naszej klatce. Jeszcze tego samego dnia zapełniły się wpisami osób chcących pomóc sąsiadom. Do mnie samej zgłosiło się kilku znajomych rzeczywistych i z grup faceboookowych. Ja jednak leczę się z tego strachu biorąc swojego „mercedesa” na dwóch kółkach i zakładając maseczkę na twarz ruszam do swoich sklepów. Fajnie jest mieć takie swoje miejsca, w których sprzedawca – zanim poprosisz - poda ci towar, który zawsze u niego kupujesz. Czy ja to dostrzegałam parę tygodni temu?

Mam ponadto wrażenie, że ten siejący postrach pan z koroną na głowie przekonał mnie, że właściwie potrafię wiele. Przede wszystkim nauczył mnie racjonalnego kupowania produktów żywnościowych i nie marnowania ich, a czyniąc to zaoszczędził mi wydatków. Nauczył mnie sprawniej organizować swoje otoczenie. Książki, których mam bardzo dużo – stały na półkach po prostu od przypadku do przypadku. Od dawna planowałam poukładać je według kategorii: beletrystyka, poezja, albumy, literatura faktu. Gubiłam się w tym wszystkim. W tej chwili część już jest na półkach, część jeszcze na podłodze. Nauczył mnie stawiać czoło wyzwaniom i nie przejmować się tym, co ludzie powiedzą.

Tak. Boję się. Boję się bardzo. Nie pozwalam nikomu siadać blisko mnie w środkach komunikacji miejskiej. Ja po prostu chcę żyć. Ja BARDZO chcę żyć. Może więc ten koronawirus jest bardziej tą kliniką, w której ja leczę swój strach i wyzbywam się swoich ograniczeń? Może to on jest moim lekarstwem?


Zapachnie Saska Kępa.

Za parę tygodni obdarzą nas swoim zapachem bzy – białe, niebieskie, fioletowe. Przy moim dawnym domu rosły dwa. Oba z maleńkiego krzaczka po latach przeobraziły się w piękne dorodne drzewa po to, by co roku przystroić się białym kwieciem jak panna młoda welonem. Jeden wdzięczył się od strony ulicy, drugi królował w ogródku za domem tuż przy ogromnym tarasie. Pachniały na potęgę. Szkoda, że tak krótko kwitły. Po nich przychodziła kolej na niebieskie i fioletowe. Te królowały na całej ulicy. To nimi w piosence do tekstu Agnieszki Osieckiej pachniała Saska Kępa. Po nich do ataku ruszały dzikie bzy. Te dopiero dawały po nozdrzach zapachem, którego nie można było porównać do żadnego. I ta naleweczka z nich – zapobiegająca nadchodzącemu przeziębieniu – cudowne i przyjemne lekarstwo, a naleśniczki – pychotka. Zaraz, zaraz. Dlaczego ja piszę w czasie przeszłym? Przecież one cały czas są, i to rozsiadają się wszędzie wcale nie pytając o zgodę.
Ten tekst oddałam w dwóch językach, jako że dedykowany jest mojej koleżance ze szkoły w USA, która od pierwszego momentu traktowała mnie jakbyśmy się znały wieki całe ułatwiając mi w ten sposób aklimatyzację w nowej szkole w nowym kraju.


Słoneczniki.
Kochane słoneczka zstępują z niebios na ziemię. Nie pachną, a tyle zdrowia nam dają. Zakwitają w naszych ogrodach, pod oknami wiejskich chałup, przy przydrożnych kapliczkach, na obrazach mistrzów i sukience córki mojej przyjaciółki.

Ten tekst dedykuję mojej przyjaciółce z IC High w Lodi – Nancy Cucci, która pierwsza się otworzyła na mnie od samego początku. Odnalazła mnie na facebooku kilka tygodni temu. Kiedy jej napisałam, że powstaje tomik o słonecznikach, przysłała mi zdjęcie swojej córki w sukience w słoneczniki właśnie. Dziękuję tobie Nancy i tobie Nancy2 za to, że jesteście. Słoneczniki – to wy właśnie, najpiękniejsze.

Those dear suns step down from the skies to Earth. They do not smell and yet give us so much. They bloom in our gardens, under the windows of country cottages, by wooden chapels on country roads, on masters' paintings and the dress of my friend's daughter.

I dedicate this text to my IC High friend in Lodi, New Jersey – Nancy Cucci and her daughter. I will ever forget that Nancy was the first person who opened up on me at the very first minute. She found me now on facebook. She sent me a photo of her beautiful daughter in sunflowers dress after I told her that there will be a book on sunflowers published here. Thank you Nancy and you – Nancy2 for being here. The two of you are the most beautiful sunflowers.”